|

Orędzie „cesarzowej Europy”

Dostaliśmy to, co jest tak typowe dla brukselskich elit: sklerotyczne brnięcie w samobójczy klimatyzm okraszone imperialną tromtadracją, mającą stwarzać wrażenie „ucieczki do przodu”. Efektem będzie to samo, co zwykle – buksowanie w miejscu i marazm aż do ostatecznego rozpadu UE pod naporem wewnętrznych napięć i sprzecznych interesów oraz zewnętrznej presji politycznej i gospodarczej. Natomiast Ursula von der Leyen zamiast „cesarzową Europy” stanie się jej grabarzem, który złoży unijny projekt do grobu.

16 września przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wygłosiła na forum Parlamentu Europejskiego w Strasburgu doroczne orędzie o stanie UE i szczerze mówiąc trudno o bardziej wyrazisty przykład bezradności maskowanej buńczuczną retoryką i mocarstwowymi urojeniami. Przede wszystkim rzucało się w oczy niemal kompletne ignorowanie rozlicznych problemów trapiących Europę, a zwłaszcza ich prawdziwych przyczyn. Ursula von der Leyen wspomniała jedynie o zagrożeniu propagandą i „obcych wpływach” oraz „siłach antyeuropejskich”, zaraz dodając jednak, iż mogą one zostać „przezwyciężone”, czego przykładem są Węgry. Z kontekstu wynikało, iż miała na myśli ugrupowania kontestujące obecny kształt UE i kierunek, w jakim ona podąża, czyli tzw. populistów, nie przejawiając jednak nawet cienia refleksji nad tym, skąd owi „populiści” się wzięli i dlaczego rośnie ich popularność. Tego, że wzrost poparcia dla sił antyestablishmentowych wynika z realnych problemów trapiących europejskie społeczeństwa, lekceważonych przez polityczny mainstream, przewodnicząca KE zdaje się kompletnie nie przyjmować do wiadomości.

Koronnym przykładem wzmiankowanego wyparcia jest deklaracja kontynuowania polityki klimatycznej – czyli głównego czynnika nie tylko hamującego europejski rozwój gospodarczy, ale wręcz prowadzącego do zwijania się europejskiego przemysłu i rolnictwa oraz uderzającego m.in. z powodu absurdalnie wysokich cen energii w konkurencyjność UE, a także w poziom życia jej obywateli. Tutaj przesłanie można sprowadzić do jednego zdania: „ani kroku wstecz”, a może nawet „więcej tego samego”, zważywszy, iż nie padły żadne zapowiedzi wycofania się czy choćby złagodzenia mającego wejść w życie z początkiem 2028 r. systemu ETS2. Było za to straszenie „najszybciej ocieplającą się Europą” i postulat jakiegoś unijnego systemu „ubezpieczeń klimatycznych”. Co więcej, wbrew wszelkim faktom Ursula von der Leyen określiła UE jako „silną” i „prosperującą”, tak więc nadal czeka nas „prosperity” na poziomie 1,5 proc. wzrostu PKB.

Wszystko to jednak nic przy częściach orędzia poświęconych polityce zagranicznej i bezpieczeństwa. Tutaj dopiero odklejenie od rzeczywistości i „sny o potędze” wjechały na pełnej petardzie. Padła m.in. sugestia powołania jakiejś paneuropejskiej korporacji zajmującej się pozyskiwaniem i gromadzeniem surowców krytycznych, co stanowić ma odpowiedź na niestabilną sytuację wokół cieśniny Ormuz. Czyli będziemy mieli coś w rodzaju centralnie zarządzanego systemu zakupów ropy i gazu? A co z metalami ziem rzadkich, kluczowymi dla nowych technologii, których UE ani nie wydobywa, ani nie przetwarza, choć potencjalnie mogłaby, gdyby nie kretyńskie obostrzenia i niemal w stu procentach uzależniona jest w tym zakresie od Chin? Wszystko to wygląda na przykrywanie własnej bezsilności jałowym gadaniem, podszytym dodatkowo myśleniem magicznym, tak charakterystycznym dla europejskich elit, na zasadzie: ogłosimy nową strategię i wszystko się samo zrobi.


Ceny energii duszą polskie firmy! | L. Skiba wymienia, co trzeba zrobić natychmiast!


Kolejna rzecz to kuriozalny pomysł przyznania Kanadzie ekskluzywnego statusu „pierwszego członka stowarzyszonego”, co z jednej strony miało być prztyczkiem w nos Donalda Trumpa, a z drugiej ukłonem wobec obecnego na sali kanadyjskiego premiera Marka Carneya. Nikt wprawdzie nie wie, co konkretnie ma stać za owym nadzwyczajnym statusem, ale zapowiedź wybrzmiała odpowiednio „mocarstwowo”, zaś sama Ursula von der Leyen mówiąc o „łączącym nas wspólnym oceanie” oraz uczynieniu wraz z Kanadą z Arktyki „naszego sztandarowego wspólnego projektu” zaprezentowała się niczym „cesarzowa Europy” budująca pod swym berłem wielkie, transatlantyckie imperium – i zapewne głównie o to chodziło.

No i wreszcie koncept chyba najgłośniejszy i najdalej idący – stworzenie Europejskiej Rady Bezpieczeństwa mającej stanowić odpowiednik art. 4 traktatu o NATO. Brzmi to niebezpiecznie, gdyż wprowadza polityczny dualizm do transatlantyckiej architektury bezpieczeństwa, de facto rozbijając ją na dwa bloki. Co więcej, patrząc na europejski potencjał obronny, który będzie potrzebował dziesięcioleci, by zapewnić kontynentowi militarną samowystarczalność (o ile w ogóle kiedykolwiek do tego dojdzie), należy tę zapowiedź ocenić jako skrajnie nieodpowiedzialną fanfaronadę. Trawestując znany cytat z „Ziemi obiecanej”: ja nie mam armat i czołgów, za to ty nie masz rakiet – czyli razem mamy akurat tyle, by stworzyć papierowego tygrysa pod postacią bezzębnego NATO-bis.

Podsumowując, dostaliśmy to, co jest tak typowe dla brukselskich elit: sklerotyczne brnięcie w samobójczy klimatyzm okraszone imperialną tromtadracją, mającą stwarzać wrażenie „ucieczki do przodu”. Efektem będzie to samo, co zwykle – buksowanie w miejscu i marazm aż do ostatecznego rozpadu UE pod naporem wewnętrznych napięć i sprzecznych interesów oraz zewnętrznej presji politycznej i gospodarczej. Natomiast Ursula von der Leyen zamiast „cesarzową Europy” stanie się jej grabarzem, który złoży unijny projekt do grobu.

Podobne wpisy