|

Kto kogo ograł w kwestii cen paliw?

Prawdziwą zmorą Europy jest jej polityka klimatyczna, która przekłada się na wyższe koszty funkcjonowania rafinerii, wyższe koszty dystrybucji oraz obowiązek dodawania do paliwa kosztownych biokomponentów. Unijny przemysł, w tym oczywiście naftowy, jest obciążony absurdalnymi kosztami w postaci opłat generowanych przez system EU ETS, który w swojej drugiej odsłonie ma od początku 2027 r. objąć także cały transport.

W politycznym sporze o odpowiedzialność za ceny paliw na całkowicie dalszy plan zeszły jedne z najważniejszych przyczyn obecnej drożyzny. W ubiegłym tygodniu prezydent Karol Nawrocki podpisał rządowy projekt ustawy dotyczący podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych, kierując jednocześnie ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Zdaniem głowy państwa przedstawiony projekt jest niekonstytucyjny, gdyż przewiduje opodatkowanie zysków sektora paliwowego osiągniętych w przeszłości.

Prezydent jako dywersant

Tuż po podpisaniu wspomnianej ustawy przedstawiciele rządu Donalda Tuska przeszli do medialnej ofensywy mającej na celu ukazanie decyzji prezydenta jako wyrazu kapitulacji. Zarówno premier, jak i poszczególni ministrowie ganili Nawrockiego za okazany upór, który przekładał się na to, że Polacy płacili na stacjach paliw historycznie najwyższe ceny. Sama ustawa o podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych była zresztą wcześniej fałszywie przedstawiana jako warunek sine qua non, bez którego rząd nie był w stanie przynieść ulgi obywatelom. Faktycznie jednak nowy akt prawny nie jest w żaden ścisły sposób powiązany z obniżką cen paliw w ramach programu CPN (Ceny Paliwa Niżej). Rząd był w stanie obniżyć stawkę VAT z 23 proc. do 8 proc. oraz akcyzę o 29 groszy na litrze benzyny i 28 groszy na litrze oleju napędowego bez pomocy jakiejkolwiek specjalnej ustawy. Nie czynił tego wyłącznie po to, aby stworzyć przed opinią publiczną fałszywy obraz prezydenta jako notorycznego dywersanta polityki finansowej rządu. Minister finansów Andrzej Domański już wielokrotnie obwiniał Karola Nawrockiego za blokowanie ustaw mających na celu obniżenie deficytu budżetowego. Prezydent twierdzi z kolei, że to właśnie jego weta uratowały państwo przed wieloma zbędnymi wydatkami.

Przedstawiciele pałacu prezydenckiego przekonują z kolei, że dając zielone światło rządowej ustawie, prezydent w bardzo sprytny sposób przerzucił całą odpowiedzialność za kwestię cen paliw na rząd. Wcześniej gabinet Donalda Tuska usilnie przekonywał, że brak prezydenckiego podpisu to główna przyczyna obecnej drożyzny i jeśli tylko zostanie złożony, sytuacja ulegnie błyskawicznej poprawie.

Kryzys się zaostrza

Od soboty ceny paliw zostały obniżone o ok. 1,2 – 1,3zł na litrze, co przyniosło Polakom zauważalną ulgę. Obóz prezydencki wiedział jednak na pewno, że nawet przejściowa obniżka ceny spowodowana redukcją stawki VAT i akcyzy nie rozwiąże całego problemu. Amerykańsko-izraelska agresja na Iran nie skończy się niestety zbyt szybko, co będzie jeszcze długo przekładało się na wysoką cenę ropy na światowych giełdach, a nawet na jej dostępność. Prezydent Nawrocki wezwał prowokacyjnie Donalda Tuska do realizacji przedwyborczej zapowiedzi wprowadzenia ceny benzyny 5,19 zł za litr, lecz w nieodległej perspektywie bardzo realny jest scenariusz, w którym paliwo będzie kosztowało nawet dwukrotność tej stawki.

Innymi słowy, prezydent przerzucił odpowiedzialność za ceny paliw na rząd w momencie, w którym kryzys na rynku ropy zaczął się dopiero zaogniać. Wprawdzie przez Cieśninę Ormuz przepływa w ostatnich tygodniach nawet do 30-40 proc. baryłek ropy, które transportowano nią jeszcze przed wybuchem konfliktu, ale nadal nie zapobiega to ogromnej wyrwie, która powstała w światowym systemie dostaw. Przez ostatnie miesiące wiele państw na świecie, w tym przede wszystkim azjatyckich, konsumowało intensywnie zgromadzone uprzednio rezerwy ropy, lecz na dłuższą metę obecne zawirowania mogą przełożyć się na wzrost cen do rekordowych poziomów i wystąpienie braków surowca.

Rząd Donalda Tuska starał się przekonać opinię publiczną do tego, że ustawa o nadzwyczajnych zyskach koncernów paliwowych to wręcz jedyny sposób na pozyskanie środków niezbędnych do sfinansowania programu CPN. Gdyby tak było w rzeczywistości, świadczyłoby to niewątpliwie o naprawdę bardzo trudnej sytuacji finansowej polskiego budżetu. Poprzednia tura programu CPN kosztowała budżet 5,5 mld zł co, jak na kwoty, które wydaje obecny rząd, nie stanowi żadnej astronomicznej wartości. Przy rocznych wydatkach sięgających 700 mld zł wysupłanie dodatkowych 4-5 mld zł nie powinno teoretycznie stanowić żadnej większej niedogodności. Okazuje się tymczasem, że rząd musi rozpaczliwie poszukiwać nawet kilku dodatkowych miliardów, nie mając do dyspozycji żadnych zasobów przeznaczonych na wydarzenia losowe.

Równie niepokojące jest to, że przyjęty projekt ustawy przewiduje wprowadzenie zasady prawnej działającej wstecz. Podatek od nadmiernych zysków byłby usprawiedliwiony, gdyby pozwalał sektorowi paliwowemu przygotować się na nowe rozwiązanie prawne i nie naruszał już wypracowanego kapitału. Jak słusznie wskazała część opozycji, firmy objęte podatkiem od nadzwyczajnych zysków są przecież podmiotami notowanymi na giełdzie, a więc przedmiotem lokaty kapitału tysięcy Polaków. Uderzając w ich zyski, rząd dokonuje jednoczesnego ataku na stabilność i przewidywalność całej gospodarki oraz podkopuje elementarne zasady funkcjonowania państwa. Jeśli dziś możliwe staje się uchwalenie podatku wstecz dla firm sektora paliwowego, to dlaczego jutro niemożliwe miałoby być wsteczne naliczenie podatków obywatelom z dowolnego powodu?

Cichy winowajca

Polityczna awantura o odpowiedzialność rządu i prezydenta za ceny paliw niestety odsuwa na całkowicie dalszy plan przynajmniej kilka niezwykle istotnych kwestii. Przede wszystkim, bezpośredni wpływ rządzących Polską na światowe ceny ropy naftowej jest dość ograniczony. Już sam zakres obniżki cen o zaledwie 1,2-1,3 zł na litrze pokazuje jak w gruncie rzeczy niewiele może zdziałać jakikolwiek rząd.

Stosunkowo niewiele mówi się niestety także o tym, że wysokie ceny paliw w Polsce są efektem szkodliwych regulacji narzucanych przez Unię Europejską. Niewiele osób ma świadomość tego, że horrendalnie wysokie ceny na stacjach benzynowych to głównie zjawisko typowe dla Unii Europejskiej, ponieważ w Azji czy obu Amerykach kierowcy płacą nawet o połowę mniej. Głównym winowajcą są absurdalnie wysokie stawki podatku VAT i akcyzy, które łącznie odpowiadają za nawet 40-50 proc. ceny detalicznej.

Dodatkowo prawdziwą zmorą Europy jest jej polityka klimatyczna, która przekłada się na wyższe koszty funkcjonowania rafinerii, wyższe koszty dystrybucji oraz obowiązek dodawania do paliwa kosztownych biokomponentów. Unijny przemysł, w tym oczywiście naftowy, jest obciążony absurdalnymi kosztami w postaci opłat generowanych przez system EU ETS, który w swojej drugiej odsłonie ma od początku 2027 r. objąć także cały transport.

Szczególnie fatalną dla Polski okolicznością jest również to, że system zielonych ograniczeń praktycznie wyłączył Europę z globalnego wyścigu o pozyskiwanie ropy naftowej. Stary Kontynent nie jest oczywiście tak zasobny w „czarne złoto” jak Bliski Wschód, lecz posiada wystarczająco wiele mniejszych złóż, aby prowadzić przynajmniej ograniczoną eksploatację, tworzącą odpowiednie zabezpieczenie na wypadek kryzysów takich, jak obecny. Ideologiczne zaślepienie sprawiło jednak, że z tego typu projektów zrezygnowano, a dodatkowo cała branża naftowa została wyraźnie niedoinwestowana. W efekcie Europa – w tym oczywiście Polska – ma dziś najwyższe ceny paliw na świecie. Obecny polityczny spór o cenę paliw jest więc w pewnym sensie tematem zastępczym, ponieważ prawdziwa debata dotycząca horrendalnych cen na stacjach paliw powinna rozgorzeć wokół polityki Zielonego Ładu.

Podobne wpisy