|

Imigracjonizm – ostatnie stadium

Czy w sensie społecznym wzrost PKB – tego współczesnego ekonomicznego fetyszu – jest wart ceny, jaką za chwilę wszyscy zapłacimy, a częściowo zaczynamy płacić już teraz? Czy na dłuższą metę nie warto rozwijać się wolniej, ale za to bezpieczniej, zachowując spoistość społeczną, zamiast podkładać pod nią migracyjną bombę z opóźnionym zapłonem?

Patrząc na stojące w ogniu francuskie miasta, dewastowane przez hordy współczesnych barbarzyńców, na zamieszki rozlewające się na ościenne kraje, warto mieć świadomość dwóch spraw. Po pierwsze, mamy przed oczyma ostatnie stadium polityki imigracjonizmu, zapoczątkowanej na Zachodzie kilkadziesiąt lat temu masowym sprowadzaniem taniej siły roboczej. Po drugie, nas również za jakiś czas to czeka, jeśli nie zawrócimy w porę z samobójczej drogi. Od państw zachodniej Europy różni nas bowiem jedynie zapóźnienie – to, co oni mają dziś, my będziemy mieli za jakieś 15-20 lat, ponieważ niepokojąco szybko nadrabiamy dystans, powtarzając przy okazji te same błędy, jakie na Zachodzie legły u źródeł społecznych problemów generowanych przez masową imigrację. Tam również zaczęło się od imigracji legalnej, ponieważ wykrwawiona dwiema wojnami światowymi Europa potrzebowała rąk mających pracować na wzrost PKB – brzmi znajomo, nieprawdaż? Podobnie jak u nas, założenie było takie, że gastarbeiterzy popracują i wrócą do siebie. Nie wrócili. Osiedlili się na stałe, a dzisiejsze dzielnice bezprawia zachodnich miast zaludniają ich potomkowie w drugim i trzecim pokoleniu, nieodczuwający najmniejszej więzi z krajami, w których żyją i których, formalnie rzecz biorąc, są obywatelami. Na powyższe oczywiście nałożyła się imigracja nielegalna z ostatnich lat, potęgująca patologiczne zjawiska, lecz pierwotne źródło tkwi jednak w migracji jak najbardziej legalnej, co do której państwa przyjmujące łudziły się, że będą miały ją pod kontrolą.

Toteż, kiedy słyszę, że Polsce brakuje rąk do pracy, że bez masowego napływu siły roboczej nie utrzymamy obecnego tempa wzrostu, nieodmiennie zadaję sobie pytanie: czy warto? Czy w sensie społecznym wzrost PKB – tego współczesnego ekonomicznego fetyszu – jest wart ceny, jaką za chwilę wszyscy zapłacimy, a częściowo zaczynamy płacić już teraz? Czy na dłuższą metę nie warto rozwijać się wolniej, ale za to bezpieczniej, zachowując spoistość społeczną, zamiast podkładać pod nią migracyjną bombę z opóźnionym zapłonem? Co nam po dzisiejszym wzroście PKB, jeśli za pół pokolenia będziemy mieli płonące ulice? Były okresy, gdy mieliśmy dynamiczny wzrost PKB, a mimo to większość Polaków klepała biedę i emigrowała za granicę (co również jest jedną z przyczyn tak niskiej dzietności – to odłożony w czasie skutek naszej sławetnej „transformacji”). Różni „Janusze biznesu” i siedzące w specjalnych strefach ekonomicznych zagraniczne korporacje do dziś z łezką w oku wspominają tamte czasy „rynku pracodawcy”. Nic więc dziwnego, że są żywotnie zainteresowani jak największą ilością „tanich rąk do pracy”, choćby z Marsa. Natomiast politykom wzrost PKB służy za „podkładkę” do dalszego zadłużania – ponieważ dług publiczny liczy się w relacji do PKB, to im wyższe PKB, tym więcej można pod ten „zastaw” pożyczyć. Tak więc i oni są zainteresowani sprowadzaniem siły roboczej. Obie te grupy – świat biznesu i polityki – łączy jedno: „dojutrkowa” mentalność spod znaku „liczy się tu i teraz, a po nas choćby potop”.


Niższy PIT, wyższy CIT? Makowski o tym, kto zapłaci za reformę podatkową


Co gorsza, polskie państwo de facto abdykowało z kontrolowania migracyjnego procederu przejętego przez prywatne agencje pracy, nad którymi nie ma żadnego nadzoru. Agencje te często stosują praktyki rodem z handlu żywym towarem – zatrzymując pracownikom dokumenty tożsamości, trzymając ich pod kluczem czy wymuszając haracze. Innymi słowy, mamy do czynienia z zalegalizowanymi grupami przestępczymi zajmującymi się współczesnym odpowiednikiem handlu niewolnikami na transkontynentalną skalę. Tego nie widać jeszcze w największych miastach, za to doskonale widoczne jest w „Polsce powiatowej”, tam, gdzie zlokalizowane są różne centra logistyczne i strefy przemysłowe. W moim powiecie obcokrajowcy stanowią 15,9 proc. zatrudnionych, ale to nic przy takiej Mławie, gdzie stanowią oni 27,8 proc. ogółu mieszkańców, czy Mszczonowie, gdzie ten odsetek wynosi 31,7 proc. Skutki? Ograniczona liczba miejsc pracy dla lokalnej ludności, bo pracodawcom wygodniej jest zatrudnić hurtem obcokrajowców na kontrakt, nie mówiąc już o szybujących w kosmos cenach mieszkań. To są koszty, które już dziś płaci polska prowincja za tę wieżę Babel zafundowaną jej pod dyktando biznesowego lobby.

Biznesowe organizacje w rodzaju Związku Przedsiębiorców i Pracodawców od lat domagają się „imigracji osiedleńczej”, żądając przyjęcia na stałe 5 mln przybyszów. Trzeba powiedzieć sobie jasno: jest to przepis na trwałe rozerwanie tkanki społecznej i bezpowrotną utratę spoistości, którą jeszcze się cieszymy. Ta spoistość jest niezbędnym warunkiem istnienia „demosu”, a bez „demosu” nie ma obywatelskiej świadomości i poczucia wspólnoty, a co za tym idzie – demokracji. Skutki zniszczenia tej fundamentalnej społecznej wartości obserwujemy dziś we Francji. Mówiąc „Kisielem” – to nie kryzys, to rezultat. Dziś widzimy u siebie pierwsze stadia imigracjonizmu. Obyśmy nie musieli doświadczać na własnej skórze stadium ostatniego.

Podobne wpisy