Komunizm w Berlinie
Rządząca niemiecką stolicą lewicowa koalicja planuje przeprowadzenie masowych wywłaszczeń właścicieli nieruchomości. Rząd federalny nie wyraża zgody, ale radykałowie z Berlina nie zamierzają się łatwo poddać.

Miesiąc temu Die Linke wygrała wybory do berlińskiej Izby Deputowanych, zdobywając 25,3 proc. głosów. Światowe media tradycyjnie skupiają się na Alternative für Deutschland, ale to właśnie skrajnie lewicowa formacja, której przewodniczą Luigi Pantisano oraz Ines Schwerdtner zasługuje na nagłówki grozy, gdyż jej postulaty rażąco wykraczają poza standardowy repertuar partii tworzących główny nurt polityczny.
Proponowaną przez Die Linke osobą do objęcia stanowiska burmistrza Berlina jest Elif Eralp, która znana jest ze swojej silnie antyizraelskiej retoryki oraz aktywnej współpracy z radykalnymi ugrupowaniami muzułmańskimi. Sama Eralp jest muzułmanką, która jeszcze do niedawna była członkiem lewicowych bojówek, co wciąż mocno wpływa na propagowany przez nią program polityczny.
Wypełnienie referendum
Najlepszym tego przykładem są plany przeprowadzenia wielkiej akcji wywłaszczeniowej w Berlinie. Mimo iż po wyborach nie doszło jeszcze do zatwierdzenia umowy koalicyjnej, mające ją utworzyć formacje osiągnęły już wstępne porozumienie w tej sprawie, wywołując lawinę komentarzy w całym kraju. Rządy w Berlinie Die Linke ma objąć razem z Zielonymi oraz socjalistami z SPD. Zwycięzcy uczynili swój kluczowy postulat wywłaszczenia warunkiem wstępnym podjęcia rozmów o wspólnych rządach, choć w trakcie negocjacji ostatecznie przystali na nieco łagodniejszą formę komunistycznej reformy. Pierwotnie zamierzali bowiem, aby przedmiotem wywłaszczenia stały się firmy posiadające więcej niż 3 tys. mieszkań, a wstępne porozumienie z SPD i Zielonymi przewiduje, że próg został podniesiony do 10 tys.
Gwoli przypomnienia, w Berlinie już w 2021 r. przeprowadzono z inicjatywy obywatelskiej powszechne referendum, w którym ponad 57 proc. głosujących przy ponad 77-proc. frekwencji opowiedziało się za przeprowadzeniem wywłaszczeń firm posiadających ponad 3 tys. mieszkań. Podmioty będące przedmiotem siłowego pozbawienia swojej własności miałyby otrzymać finansową rekompensatę, a przejęte przez miasto zasoby miałyby już nigdy nie zostać ponownie sprywatyzowane. Referendum z 2021 r. nie obligowało przy tym władz miasta do realizacji jakiejkolwiek ustawy. Decydujący głos w radzie miejskiej miało jeszcze SPD, które miało wielkie wątpliwości związane z konstytucyjnością przedsięwzięcia i nie chciało przeciwstawiać się stanowisku rządu federalnego.
Berlińscy wyborcy nie zapomnieli jednak o wyrażonym przez siebie poparciu w powszechnym głosowaniu, czego wyrazem był historycznie najlepszy wynik skrajnej Die Linke. W niemieckiej stolicy kwestia czynszów płaconych za wynajem nieruchomości odgrywa ogromną rolę w polityce głównie dlatego, że w Berlinie bardzo niewielki odsetek mieszkańców posiada własne lokum (zaledwie 15 proc.). Mimo iż zarobki nad Sprewą są wyższe niż w Polsce, a wydatki na wynajem nie pochłaniają zbyt wielkiej ich części, z perspektywy Niemców cała sprawa ma niezmiennie szczególny charakter.
Popularne komunalne
Berlińczycy bardzo chcieliby, aby możliwie jak największa liczba mieszkań przeszła pod zarząd jednej z miejskich spółek, które korzystając z publicznych środków oferują niższe ceny wynajmu oraz wyższą jakość usług. Jednocześnie wiele skarg płynie tradycyjnie na prywatnych dostawców, którzy siłą rzeczy muszą mieć wyższe ceny i czerpią spore zyski m.in. z dodatkowych opłat i napraw. Zazdrośni o niższe ceny mieszkańcy miasta chcieliby korzystać z zasobów komunalnych, które dziś stanowią ok. 25 proc. wszystkich zasobów mieszkaniowych.
Sytuacja może się jednak szybko zmienić, jeśli tylko Die Linke razem z Zielonymi i SPD doprowadzi do skutku swój sztandarowy postulat. Zgodnie z wstępnymi planami, które nie przyjęły jeszcze nawet formy żadnej oficjalnej ustawy, miasto Berlin miałoby się wzbogacić o 160 tys. mieszkań odebranych firmom posiadającym obecnie więcej niż 10 tys. lokali. Tak skonstruowane przepisy uderzałyby w pięć wiodących na berlińskim rynku firm, którym należałoby zapłacić odszkodowanie w wysokości 16 mld euro.
Kongres „Dialog o Gospodarce”. I. Woźniak-Konopa rozmawia z wpływowymi postaciami polityki i biznesu
Rząd federalny Friedricha Merza nie jest oczywiście entuzjastą takiego rozwiązania, dlatego podjął już nawet wstępne działania zmierzające do zablokowania inicjatywy stołecznego miasta. Minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt chciałby wprowadzenia „Ustawy o Ochronie Inwestycji”, która nakładałaby na rządy regionalne obowiązek udowodnienia, że przed wywłaszczeniem podjęte zostały wszelkie możliwe działania zmierzające do ograniczenia kryzysu mieszkaniowego, takie jak tworzenie nowych zasobów mieszkaniowych lub uruchamianie dopłat dla osób wynajmujących. Dodatkowo mienie przejmowane przez dany samorząd musiałoby zostać wykupione przy pomocy gotówki, a nie zaciągniętego kredytu przy zachowaniu ceny rynkowej, a nie narzuconej arbitralnie przez stronę wywłaszczającą (proponowana przez Die Linke kwota 16 mld euro znacznie zaniża wartość 160 tys. lokali proponowanych do przejęcia).
Igranie z konstytucją i nie tylko
Eksperci zauważają, że sam pomysł wywłaszczania jest sprzeczny z niemiecką konstytucją. Republika Federalna Niemiec nie jest przecież (póki co) krajem komunistycznym, w którym własność prywatna może zostać w każdej chwili przesunięta do zasobów wspólnych, nawet jeśli opowiada się za tym zdecydowana większość wyborców. Politycy Die Linke przekonują jednak, że artykuł 15. ustawy zasadniczej pozwala przenosić część zasobów do domeny publicznej, jeśli tylko służy to interesowi publicznemu. Niemcy stoją tym samym w obliczu fundamentalnego sporu prawnego czy wręcz ustrojowego, którego rezultat zademonstruje kierunek, w którym zmierza całe państwo. Gdyby bowiem w Berlinie miała zwyciężyć opcja charakterystyczna dla rewolucji komunistycznej, ustanowiono by bardzo niebezpieczny precedens dla całej reszty kraju i dla całego szeregu innych przypadków. Jeśli własność prywatna w mieszkalnictwie może zostać zakwestionowana w imię niskich czynszów, to równie dobrze można będzie ją podać w wątpliwość także w innych obszarach gospodarki.
Pierwsze skutki berlińskiego igrania z własnością prywatną stały się widoczne jeszcze przed podjęciem jakichkolwiek środków prawnych. Należąca do Szwedów spółka Heimstaden Bostad, która jest jednym z liderów na niemieckim rynku wynajmów, stwierdziła niedawno, że berliński rynek „nie nadaje się do inwestowania”. Z opinią potentata trudno się nie zgodzić: w sytuacji gdy cały rynek nieruchomości w niemieckiej stolicy dosłownie drży przed mającym nadejść wywłaszczeniem, które na dodatek miałoby się odbyć przy znacznym zaniżeniu wartości zasobów, żadna poważna firma nie podejmie jakichkolwiek inwestycji.
Zamiast więc pomóc Berlińczykom, koalicja z Die Linke w roli głównej faktycznie przyczyni się do pogłębienia ich trudności. Sytuację mieszkaniową mogłyby znacząco polepszyć masowe inwestycje dużych firm, ale te jeszcze długo będą temu niechętne. Berlin teoretycznie mógłby za 16 mld euro wybudować wiele nowych mieszkań komunalnych, ale jego zafascynowane komunizmem nowe władze nie kwapią się do działania.
Sytuacja panująca w Berlinie powinna być ostrzeżeniem dla całej Europy, w której fascynacje skrajnymi ideami są artykułowane coraz wyraźniej i coraz częściej. Niemiecka stolica doznała już w XX w. przygody z gospodarką opartą na własności wspólnej i powinna jak ognia unikać powtórki z rozrywki.