0.2 C
Warszawa
niedziela, 27 listopada 2022
Advertisement

Tajemnice banku w Wołominie

Koniecznie przeczytaj

Miłość, wielkie pieniądze, służby specjalne i małe, ambicjonalne zagrywki potężnych ludzi z cienia. Prawda o historii upadku banku spółdzielczego w Wołominie to ciąg większych i mniejszych afer, które mogłyby nigdy nie wyjść na światło dzienne, gdyby partnerów w szemranych interesach nie podzieliło namiętne uczucie żywione do tej samej kobiety.

Spółdzielczy Bank Rzemiosła i Rolnictwa w Wołominie był do niedawna przykładem olbrzymiego potencjału leżącego w bankowości spółdzielczej.  Z roku na rok otwierał coraz to nowe oddziały w całym kraju, chwalił się coraz większą liczbą klientów i coraz większymi depozytami. Bank sponsorował lokalne wydarzenia i drużyny sportowe. Rozmachem coraz bardziej przypominał duży bank komercyjny. Jednak za fasadą pasma sukcesów kryły się ryzykowne, a nawet niezgodne z bankowymi regulacjami działania w polityce kredytowej. Sporządzony przez departament audytu wewnętrznego raport jasno wskazywał, że nastąpiła koncentracja udzielonych kredytów u powiązanych ze sobą podmiotów. Dodatkowo, mimo że jedna firma z grupy kapitałowej nie spłacała zaciągniętej pożyczki, to bank lekką ręką dawał kolejne kredyty innym, powiązanym kapitałowo i osobowo. To jaskrawe zagrożenie stabilności finansowej. Taki też raport przedstawiono szefom SK Banku Wołomin. Zarząd nakazał natychmiastowe zniszczenie tych dokumentów. I tak też się stało. Zachowały się jednak wersje robocze. Zawierały dokładnie te same informacje. Pod koniec kwietnia ktoś przekazał te dokumenty warszawskim śledczym. W rękach prokuratury i CBA znalazły się dokładne wyliczenia i zestawienia, które pokazywały nie tylko, że udzielano bezprawnie kredytów podmiotom powiązanym, lecz także, że szefostwo SK Banku miało pełną wiedzę o tym procederze i aprobowało takie działania.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. 17 maja funkcjonariusze katowickiej delegatury biura weszli do siedziby SK Banku i do mieszkań siedmiu osób z kierownictwa banku, w tym do prezesa i członków zarządu. Dzień później do siedziby największego z klientów – spółki deweloperskiej Dolcan. „Agenci CBA w ramach prowadzonego śledztwa weszli do siedziby SK Banku w Wołominie, do mieszkań osób sprawujących funkcje kierownicze w banku oraz do kilkudziesięciu podmiotów gospodarczych z grupy kapitałowej działającej w branży deweloperskiej. Ponad 100 kredytów udzielonych przez SK Bank zostało uznanych jako stracone – straty ok. 1 600 000 000 zł” – podało CBA w swoim komunikacie. Śledczy zapewniają, że to nie koniec, a dopiero początek ich działań w sprawie banku spółdzielczego w Wołominie. Jak nieoficjalnie się dowiadujemy, śledczy liczą na to, że wpadli na trop związku między władzami wołomińskiego banku i równie słynnego z afer wołomińskiego SKOK. Jedną z poszlak dostarczyło sprawdzenie Elżbiety K. – do niedawna wiceprezes SK Banku. Łącznik jest w Fundacji od Pokoleń do Pokoleń. W jej władzach zasiada zarówno Elżbieta K., jak i Joanna P. – była wiceszefowa SKOK Wołomin.

Deweloper w opałach

Przeszukanie w Dolcanie to może być gwóźdź do trumny stołecznego dewelopera. Z dokumentacji SK Banku wynika, że spółki powiązane osobowo i kapitałowo z Dolcanem otrzymały aż połowę wszystkich kredytów udzielonych przez upadły bank – prawie 1,5 mld zł. Koniec działalności banku to też koniec dostępu do pieniędzy, zarówno z kredytów, jak i tych, które Dolcan miał tam na kontach. Sytuacja firmy stała się bardzo trudna. Od kilku miesięcy wszystkie prace inwestycyjne na budowach realizowanych przez spółkę są wstrzymane do odwołania. Z dnia na dzień zlikwidowano odnoszącą duże sukcesy drużynę piłkarską Dolcan Ząbki. To była perła w koronie spółki. Jej znaczenie budowano latami, wkładając w drużynę i obiekty sportowe dziesiątki milionów złotych. Jak dotąd niepowodzeniem skończyły się poszukiwania inwestora, który mógłby włożyć środki w ich dokończenie. Trwają rozmowy z likwidatorem SK Banku, ale działania CBA raczej nie skłonią zarządcy masy upadłościowej do pójścia na rękę deweloperowi, przynajmmniej dopóki sytuacja się nie wyjaśni.

Kasjer wojskowych służb

Według informacji, do których dotarła „Gazeta Finansowa”, kluczem do rozwiązania sprawy upadłości SK Banku okazuje się postać Dariusza U. ps. „UZI”. – To etatowy pracownik WSI, teraz związany z SWW (Służba Wywiadu Wojskowego – red.). Był na pierwszej zmianie naszego kontyngentu w Sarajewie. Duża postać, zarządza sporą częścią funduszu operacyjnego SWW – mówi „Gazecie Finansowej” major cywilnej „konkurencji” rodzimej formacji Dariusza U. „Uzi” to znana w półświatku postać. „Dariusz U. kieruje dużą zorganizowaną grupą przestępczą o multiprzestępczym charakterze, powiązaną z działalnością grup rosyjskojęzycznych (pranie pieniędzy, oszustwa, w tym podatkowe, podrabianie dokumentów, wyłudzenia kredytów bankowych, wystawianie pustych faktur VAT i obrót nimi, nielegalny handel bronią palną i materiałami wybuchowymi, wymuszenia rozbójnicze)” – czytamy w analizie zrobionej dla jednej ze służb.

Opowiadana przez naszych informatorów i potwierdzana meldunkami służb historia przyczyny upadku SK Banku wygląda jak skrzyżowanie Harlequina z tanim filmem sensacyjnym. Całość zaczyna się od uzyskania przez „Uziego” kredytu na 10 mln zł. Formalnie na realizację inwestycji spółki H w Mszanie Dolnej. Jako zabezpieczenie U.  przekazał list gwarancyjny Banku Spółdzielczego w Nadarzynie na sumę 11 mln zł. Formalnie, U. powinien był Nadarzynowi wpłacić 10 mln zł kaucji. Nigdy tego nie zrobił. Mimo to, list gwarancyjny wystawiono. Jako że w papierach wszystko się zgadzało, kredyt został udzielony, a pieniądze spółce wypłacono. Jednak gdy nadchodził czas spłaty, ani jedna rata nie pojawiła się na koncie SK Banku. – To nic dziwnego. Od początku ten kredyt miał był stracony. Nie spodziewaliśmy się, że U. go spłaci. Wojsko potrzebowało kasy i wojsko dostało. Kredyt miał być spisany jako stracony. 10 baniek to nie był przecież problem – mówi nam jeden z byłych pracowników SK Banku.

„UZI”, miłość i pieniądze

Z uzyskanych przez „Gazetę Finansową” informacji wynika, że był to częsty proceder. Co więc tym razem poszło nie tak? Z naszych ustaleń wynika, że poszło o kobietę. Elżbieta K. była długoletnią przyjaciółką prezesa banku. Ale wpadła też w oko Dariuszowi U. Czym konkretnie ją ujął – tego nie wiemy. Za to wiadomo, że sam prezes zaczął się czuć bardzo zazdrosny i postanowił zażądać spłat udzielonego spółce H. kredytu. Ta nie miała na to oczywiście najmniejszej ochoty, więc tym samym – na podstawie wystawionego listu gwarancyjnego – zobowiązany stawał się mały bank w Nadarzynie. Sprawa mogła się jeszcze rozejść po kościach, gdyż szybko do Nadarzyna wpłacono wymagane 10 mln kaucji. Kto konkretnie przekazał pieniądze nie jest jasne. Wiadomo tylko, że nie był to sam „Uzi” a jeden z jego mocodawców.

Dariusz U. nie miał zamiaru tak zostawić sprawy. Czuł się oszukany i chciał zemsty. Postanowił wykorzystać swoje stare wojskowe kontakty w Komisji Nadzoru Finansowego. Powiadomił urzędników o znanych mu nieprawidłowościach w SK Banku. To by nie wystarczało do podjęcia przez Komisję jakichkolwiek działań. Całą siłę departamentu nadzorującego bankowość spółdzielczą rzucono na SKOK-i. To tam miały być problemy i bankructwa. Nie w BS-ach, które przecież od początku były pod nadzorem KNF-u. Komisja do tej pory zostawiała silny i prężnie rozwijający się BS Wołomin w spokoju. Mimo wielu niepokojących sygnałów do tamtej pory nie przeprowadzono np. kontroli przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy. Ale „Uzi” miał wejścia, gdzie trzeba. Przez swoich znajomych poprosił o dokonanie pilnej inspekcji. Tak też się stało. Kontrolerzy wiedzieli, czego szukać. Wnioski były negatywne – zresztą nie mogło być inaczej. Komisja nakazała opracowanie i wdrożenie planu naprawczego w dwa miesiące. To – zdaniem specjalistów – kompletnie niewykonalny termin. – Nie dało się w takim czasie zrobić nic sensownego. Było jasne, że BPS (Bank zrzeszający m.in. SK Bank) to wszystko uwali. To było już uzgodnione na samym szczycie – mówi „Gazecie Finansowej” osoba z otoczenia prezesa SK Banku. Rzeczywiście, Bank Polskiej Spółdzielczości odmówił zatwierdzenia planu naprawczego. To dało KNF możliwość wprowadzenia zarządu komisarycznego. Rozpoczęło się poszukiwanie banku, który by przejął Wołomin. Najpoważniejszym kandydatem był Alior. – Upadłość nie była w planie. KNF chciał ugrać swoje prywatne interesy. Wiadomo, że dla ludzi nadzorujących BS-y i SKOKi „dobra zmiana” nie będzie miała litości. Wołomin miał być ich tratwą ratunkową – byliby tam, po przejęciu – ustawieni jako doradcy z pensjami po 10 tys. Miesięcznie. – mówi nam jeden z pracowników Aliora.

Prezes SK Banku próbował interweniować. Pośrednictwa podjął się szef bezpieczeństwa SK Banku – Stanisław M., były naczelnik zarządu CBŚ w Warszawie. To człowiek, który miał szczególny interes w tym, by bank działał jak dotychczas. Nie chodziło tylko o jego miejsce pracy. SK Bank podpisał z firmą jego żony kontrakt na usługi marketingowe i reklamowe. Dodatkowo, to M. przyprowadził Dolcan do SK Banku. Mimo szerokich kontaktów byłego policjanta tym razem przegrał. Prezes osiągnął tylko jedną korzyść. Dowiedział się wcześniej o zamiarze wprowadzenia komisarza i błyskawicznie wypłacił pieniądze ze swojego prywatnego konta. Według pracowników banku, było to ponad pięć milionów złotych. Takich pieniędzy nie mógł osiągnąć z samego kierowania bankiem spółdzielczym, gdzie pensje zarządu są wielokrotnie niższe niż w bankach komercyjnych. Skąd więc tak duże środki? Oficjalnie pochodziły z różnych umów zleceń. Część od podmiotów zarejestrowanych na Ukrainie. – To właśnie jest dziwne. On nigdy nie miał żadnych kontaktów z Ukrainą, nikogo stamtąd nie znał. Nigdy też tam nie był, choćby żeby pojechać na grób Stefczyka (pochowany we Lwowie twórca polskiej bankowości spółdzielczej – red.) – mówi jeden ze współpracowników prezesa SK Banku.

Ostatecznie jednak również plan urzędników KNF zakończył się kompletną porażką. Żaden bank nie był zainteresowany przejęciem Wołomina, w którym braki w kapitale sięgały 1,6 mld zł, przy wartości aktywów 1,4 mld zł. Bank upadł, a dziś zarówno „UZI”, jak i zarząd banku, a nawet urzędnicy KNF mogą mieć powody do niepokoju.

Autor

Poprzedni artykułRanking 150 firm z sektora MSP
Następny artykułWprost na dno

Najnowsze