21.6 C
Warszawa
środa, 29 czerwca 2022

Trudne sąsiedztwo

Koniecznie przeczytaj

25. rocznica podpisania z Niemcami traktatu o współpracy i dobrym sąsiedztwie to dobry moment, aby podsumować nasze relacje z zachodnim sąsiadem.

Tydzień temu prezydent Niemiec pastor Joachim Gauck postanowił publicznie odnieść się do niechęci Polaków do przyjmowania do swojego kraju uchodźców z Bliskiego Wschodu, jacy dzisiaj tysiącami zalewają Europę. Gauck poruszając ten temat, postanowił odwołać się do miłosierdzia, jakie winno być bliskie wszystkim chrześcijanom, a Polakom w szczególności. Prezydent skonstatował swoje przemyślenia na ten temat słowami, że „Polacy potrafią być niesłychanie miłosierni, ale nie odkryli – jak dotąd – tej zasady, że miłosierdzie nie obowiązuje tylko i wyłącznie w stosunku do naszych”. Nie pierwszy raz mogliśmy usłyszeć z ust niemieckiego polityka słowa moralnego pouczenia pod adresem Polaków. Jednak tym razem padły z ust samego prezydenta Niemiec, pierwszej osoby w państwie i kogoś, kto cieszy się w Niemczech wielkim autorytetem. W czasach komunistycznej NRD Gauck był jednym ze współtwórców wschodnioniemieckiej opozycji demokratycznej. Po zjednoczeniu Niemiec w 1990 r. stanął na czele Federalnego Urzędu ds. Akt Stasi (Instytut Gaucka). Jego działalność była prawdziwym wzorem dla funkcjonowania podobnych instytucji w innych krajach. W 2010 r. został kandydatem SPD i Partii Zielonych na stanowisko prezydenta Republiki Federalnej, ale wybory wówczas przegrał z Christianem Wulffem, popieranym przez CDU i CSU. Gdy ten ostatni w lutym 2012 r. zmuszony został do ustąpienia, stało się jasne, że nowym prezydentem może być tylko Joachim Gauck. Jak wielu jego poprzedników, Gauck od początku swojej prezydentury deklarował, że jest przyjacielem Polski. Jednak za jego deklaracjami o przyjaźni zawsze kryła się postawa typowego niemieckiego polityka, który zawsze lubi pouczać polskiego sąsiada i robi to przy każdej nadarzającej się do tego okazji. Tak również należy odczytywać jego ostatnią wypowiedź, tym razem uczącego Polaków tego, jak mają rozumieć miłosierdzie i kogo ma ono dzisiaj dotyczyć. Na pewno wypowiedź niemieckiego prezydenta bardzo czytelnie wpisuje się w zachowania wszystkich niemieckich polityków odnoszących się z wyższością do polskiego sąsiada i notorycznie pouczającego go, jak ma się zachowywać we współczesnej zjednoczonej Europie.

Jedno wydaje się pewne: relacje Niemiec i Polski są dzisiaj w złym stanie. I to najgorszym od dwudziestu pięciu lat. Jednak dzieje się tak w dużej mierze za sprawą samych Niemiec.

Niemieckie uderzenie

Ataki niemieckich polityków na Polskę wzmogły się w ubiegłym roku, gdy Polska zaczęła stawiać opór wobec niemieckiego planu dyslokacji uchodźców w poszczególnych krajach członkowskich UE. Przybrały jeszcze bardziej na sile na początku br., gdy w Warszawie ukonstytuował się rząd premier Beaty Szydło i gdy zaczął się polityczny kryzys wokół Trybunału Konstytucyjnego (TK). Jego inicjatorem był obecny przewodniczący Parlamentu Europejskiego(PE) Martin Schultz, który rozpoczął prawdziwe tyrady wobec rządu w Warszawie. M.in. w wypowiedzi, jakiej 10 stycznia br. Schultz udzielił opiniotwórczemu niemieckiemu „Frankfurter Allgemeine Zeitung” szef PE porównał politykę rządu Beaty Szydło do działań podejmowanych przez prezydenta Rosji Władimira Putina. Schultz mówił wówczas wprost, ze w Polsce jest „sterowana demokracja à la Putin” i mamy do czynienia w naszym kraju z procesem putinizacji polityki europejskiej”. Jednak nie tylko Schultz wygłaszał w ostatnich miesiącach obraźliwe opinie na temat Polski. Podobne słowa mogliśmy usłyszeć z ust wielu innych niemieckich polityków. Przykładowo w dniu 9 stycznia br. Volker Kauder, szef klubu parlamentarnego CDU/CSU w niemieckim Bundestagu, w wywiadzie dla niemieckiego tygodnika „Der Spiegel” jednoznacznie opowiedział się za sankcjami wobec Polski, „jeśli kraj ten będzie w dalszym ciągu lekceważył normy państwa prawa”. Kauder twierdził, że „kiedy stwierdza się naruszenia wartości europejskich, państwa członkowskie muszą mieć odwagę sięgnięcia po sankcje”. Jak podkreślił, „polski rząd musi wiedzieć: pewnych podstawowych wartości nie wolno w Europie dzisiaj naruszać”. Jeszcze dalej w swoim stanowisku poszedł przewodniczący grupy CDU/CSU w Parlamencie Europejskim Herbert Reul, który opowiedział się za karami finansowymi wobec Polski. Z kolei unijny komisarz ds. gospodarki cyfrowej i społeczeństwa Guenther Oettinger na łamach „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung” opowiedział się za zdecydowanym objęciem Polski stałym nadzorem Komisji Europejskiej (KE). Jako powód proponowanego rozwiązania Oettinger podał m.in. zmiany, jakie nastąpiły w polskich mediach. Wspomniane wypowiedzi niemieckich polityków miały miejsce zaledwie kilka dni przed zaplanowanym na 13 stycznia br. posiedzeniem Komisji Europejskiej, na którym zamierzano dokonać oceny sytuacji politycznej w Polsce. Jednak takich wrogich Polsce wypowiedzi, jakie padały z ust niemieckich polityków, sporo było także w kolejnych miesiącach. Szef polskiego MSZ minister Witold Waszczykowski już w styczniu wezwał ambasadora Niemiec w Warszawie Rolfa Nikela, kierując na jego ręce apel polskiego rządu, by Berlin zaczął wreszcie reagować na antypolskie wypowiedzi niemieckich polityków. Jednak jak można było się spodziewać, styczniowa rozmowa szefa polskiego MSZ z niemieckim ambasadorem nie przyniosła rozwiązania tego problemu. Z jego ust padło jedynie stwierdzenie, że „stosunki polsko-niemieckie są skarbem, którego należy strzec, aby dobrze rozwijały się również w przyszłości”. Żadnego efektu nie przyniosły również spotkania Waszczykowskiego (w styczniu i kwietniu) z niemieckim odpowiednikiem, ministrem Frankiem-Walterem Steinmeierem. Postawa niemieckich władz nie powinna być dla nas jakimś zaskoczeniem. Niemieckie elity polityczne w czasach rządów Donalda Tuska zostały przyzwyczajone do całkowitej uległości polskiego partnera. Jak się okazuje, nie zaakceptowały one też tego, że era rządów Tuska się już zakończyła, a rządzące obecnie Polską PiS otrzymało mocny mandat wyborczy. Niemieccy politycy oskarżają dzisiaj polski rząd, a także prezydenta Andrzeja Dudę i prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego o działania ograniczające w Polsce demokrację. Jeszcze dalej w tych zarzutach idą niemieckie media, które zarzucają politykom PiS ksenofobię i antysemityzm, posługując się przy tym niewybrednymi drwinami i szyderstwami. Szkoda, że polski MSZ nie reaguje na te incydenty w taki sposób, w jaki zrobił to niedawno jego turecki odpowiednik, który zmusił władze w Berlinie do tego, aby ukróciły działania uderzające w osobę prezydenta Turcji Recipa Erdogana. Dużą winę za tę miękkość polskich reakcji ponosi sam minister Waszczykowski, który do tej pory nie zdecydował się na bardziej radykalne posunięcia wobec Niemiec, wybiegające poza standardowe rozmowy z niemieckimi dyplomatami. Dzisiaj wydaje się, że twarde wezwanie Berlina do zaprzestania prowadzonej od kilku miesięcy antypolskiej kampanii, jest już jedynym rozwiązaniem, jakie nam pozostało, jeśli rzeczywiście chcemy zmienić klimat obecnych stosunków polsko-niemieckich.

Pokutujący mit niemieckiego przyjaciela

Jeśli spojrzymy na relacje Polski i Niemiec z perspektywy dwudziestu pięciu lat, jakie mijają od podpisania polsko-niemieckiego traktatu o współpracy i dobrym sąsiedztwie (17 czerwca 1991 r.) to wydaje się, że przez cały ten czas w Polsce dominowało postrzeganie niemieckiego partnera w roli rzeczywistego sprzymierzeńca naszych interesów w Europie. Takie podejście miało zasadniczy wpływ na polską politykę wobec Niemiec. Uwidoczniło się to już w momencie, gdy Niemcy finalizowały proces zjednoczeniowy. Wprawdzie 14 listopada 1990 r. Niemcy podpisały z Polską traktat uznający granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej, ale uczyniły to dopiero pod presją zachodnich aliantów i samego Związku Sowieckiego. Kanclerz Helmut Kohl (CDU) przez wiele miesięcy opierał się uznaniu polskiej granicy zachodniej, chcąc w ten sposób zachować na przyszłość możliwości prawne do ubiegania się o dawne tereny niemieckie, które po II wojnie światowej weszły w skład Polski. Już wtedy powinniśmy zwrócić uwagę na postępowanie naszego zachodniego sąsiada. Tymczasem polskie władze dalej traktowały kanclerza Kohla jako wielkiego przyjaciela Polski i Polaków, zapominając o tym, że tak naprawdę Kohl pomimo wygłaszanych przez niego deklaracji, nikim takim nie był. Postrzeganie Niemiec jako dobrego sąsiada wymuszało w Polsce nie tylko polityczną amnezję, ale i budowało fikcyjną idyllę „wspólnoty interesów” obydwu krajów. Z ust polityków obydwu stron padały deklaracje o współpracy i przyjaźni, które prasa, tak w Niemczech, jak i w Polsce, przedstawiała jako epokowe wydarzenia. Nikt nie chciał słyszeć, że tak naprawdę deklaracje te nie są poparte żadnymi realnymi działaniami, zwłaszcza ze strony Niemiec. Tak było m.in. wtedy, gdy 14 lipca 1997 r. zorganizowano polsko-niemiecki szczyt w Bonn z udziałem prezydentów i premierów obydwu krajów, który miał rzekomo stworzyć „nową jakość” we wzajemnych stosunkach. Mimo deklarowanej przyjaźni wobec Polski, Niemcy wykazywały się jednak wielką ostrożnością w relacjach z Warszawą, zwłaszcza w aspekcie polskiego członkostwa w NATO i UE. Z kolei Polska nie chciała dostrzec tego, że nie jest dla Berlina kluczowym partnerem i nigdy nim nie będzie. A poza tym tradycja niemieckiej polityki jeszcze raz dała znać o sobie i Niemcy stawały się coraz bardziej strategicznym partnerem Rosji, a taki układ coraz bardziej zagrażał polskim interesom. Czasami bywało też tak, że sami popełnialiśmy poważne błędy, które Niemcy wykorzystywały bez najmniejszych zahamowań. Na przykład 28 kwietnia 1995 r. szef polskiego MSZ Władysław Bartoszewski poruszył w niemieckim Bundestagu kwestię „cierpień niewinnych Niemców, którzy utracili swoje ojczyste strony w rezultacie powojennych wypędzeń”. Zresztą Bartoszewski wysłał Niemcom wiele innych politycznych sygnałów, które były całkowicie sprzeczne z polskimi interesami. Gdy z urzędu kanclerskiego odszedł Helmut Kohl, a jego miejsce zajął Gerhard Schröder (SPD) nadal mieliśmy do czynienia z niemiecką polityką pozorów wobec Polski. Wizyty Schrödera w Polsce (1998, 1999) miały być dowodem niemieckiego wsparcia dla polskich aspiracji (NATO, UE), ale nie niosły za sobą realnych działań, które przyczyniałyby się do bliższej współpracy obu państw. Realnych politycznych treści pozbawione było również spotkanie premierów Polski Słowacji, Węgier i Czech z Gerhardem Schröderem z okazji tysiąclecia pielgrzymki cesarza Ottona III do Gniezna, gdzie po raz kolejny niemiecki kanclerz wyraził wsparcie dla aspiracji Polski znalezienia się w wśród członków UE. W rzeczywistości Schröder podejmował działania, które miały przekonać pozostałych członków UE, żeby Polska odbyła siedmioletni okres przejściowy (przynajmniej w zakresie swobody przepływu polskiej siły roboczej do UE). Punktem zwrotnym w stosunkach polsko-niemieckich okazała się amerykańska interwencja w Iraku w 2003 r., którą aktywnie poparły polskie władze, wysyłając tam kontyngent żołnierzy. To wzbudziło irytację Niemiec, które wraz z Francją i Rosją stanęły na czele państw będących w opozycji do amerykańskiego planu zlikwidowania reżimu Saddama Husajna. To z kolei doprowadziło do ochłodzenia relacji pomiędzy Warszawą a Berlinem, który zaczął postrzegać Polskę jako potencjalne narzędzie do budowy amerykańskich wpływów. Niemcy jednak zdecydowały się ostatecznie poprzeć polskie aspiracje do UE, zastrzegając jednak, że konieczny jest siedmioletni okres przejściowy na swobodę przepływu siły roboczej z unijnymi krajami. Jednak niebawem w stosunkach polsko-niemieckich pojawiło się nowe wyzwanie: projekt budowy Centrum przeciw Wypędzeniom, w którym Polska miała zostać przedstawiona jako jeden z głównych sprawców wypędzeń Niemców z ich rodzimych terenów po II wojnie światowej. To wzbudzało irytację zarówno polskiego rządu, jak i polskiej opinii publicznej. Jednak to był dopiero początek problemów z pisaną na nowo niemiecką historią, która stanie się prawdziwą drzazgą w dwustronnych relacjach. Mimo to oficjalnie kontynuowano politykę przyjaznych relacji łączących obydwa kraje, okraszając ją kolejnymi kurtuazyjnymi wizytami prezydentów obu państw: Aleksandra Kwaśniewskiego i Johannesa Raua. Prawdziwy wstrząs nastąpił w ostatnich tygodniach urzędowania kanclerza Schrödera, który 8 września 2005 r. podpisał z prezydentem Federacji Rosyjskiej Władimirem Putinem umowę w sprawie gazociągu Nord Stream, który miał doprowadzać do Niemiec rosyjski gaz po dnie Morza Bałtyckiego, omijając Polskę i republiki bałtyckie. To był projekt czysto polityczny, który naruszał polskie interesy i wzbudził w naszym kraju wiele emocji. Było już jasne, że Niemcy są gotowi zawrzeć z Rosjanami każde porozumienie i nie będzie miało znaczenia to, że jego zawarcie będzie uderzało w polskie interesy. Jednak w 2005 r. pojawił się jeszcze jeden problem w stosunkach polsko-niemieckich. Stała się nią aspirująca do członkostwa w UE Ukraina, której starania w tym zakresie zaczęła wspierać Polska. Niemcy starały się wówczas blokować działania Polski w tym zakresie, obawiając się reakcji Kremla. Widać to było jeszcze wyraźniej, gdy władzę w Polsce przejęło PiS, a prezydentem został Lech Kaczyński. Chęć prowadzenia konkretnej polityki przez braci Kaczyńskich odebrano w Berlinie jako butę, arogancję i przejaw całkowitego awanturnictwa politycznego. Niemieckie media rozpoczęły kampanię propagandową mającą ośmieszyć obydwu braci i zdyskredytować polskie władze na arenie międzynarodowej. To był czas poważnego ochłodzenia w oficjalnych relacjach Polski i Niemiec. Sytuacja uległa zmianie wraz z powołaniem rządu Donalda Tuska, który swoim pełnomocnikiem ds. zagranicznych mianował Bartoszewskiego, uważanego za Odrą za wielki europejski autorytet. Tusk liczył, że dzięki Bartoszewskiemu uda mu się rozwiązać najpoważniejsze problemy, jakie zaistniały pomiędzy Warszawą a Berlinem. Tak jednak się nie stało. Przede wszystkim nie osiągnięto żadnego kompromisu w kwestii budowy Nord Streamu. Niemcy nie zmienili też koncepcji budowy swojego Centrum przeciw Wypędzeniom, pomimo że Polska zgodziła się na projekt Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, które miało być kompromisem pomiędzy niemiecką i polską wersją historii. Jednak dla Tuska znacznie większe znaczenie miała sprawa „Partnerstwa Wschodniego”, który to projekt, jak wówczas deklarowano, miał być inicjatywą współpracy UE z państwami b. Związku Sowieckiego. W rzeczywistości Niemcy poparły ten projekt tylko dlatego, że skutecznie rozmontowywał on politykę zagraniczną prezydenta Lecha Kaczyńskiego, której obawiała się nie tylko Rosja ale i jej nowy strategiczny partner: Niemcy. Lata rządów Tuska tylko pozornie były idyllą w relacjach z zachodnim sąsiadem. Kanclerz Angela Merkel dobrze wiedziała, że Tusk nie będzie stawiał polskich spraw na ostrzu noża i zgodzi się na każde rozwiązanie zaproponowane przez Berlin. Z kolei Tusk mógł zawsze liczyć na poparcie Merkel w Brukseli dla spraw, które wydawały się istotne z perspektywy jego rządu. Otrzymywał też liczne niemieckie odznaczenia i mógł liczyć na wsparcie Berlina w ubieganiu się o funkcję przewodniczącego Rady Europejskiej. Jednak tak było do lata 2015 r., gdy do Europy zaczęły napływać tysiące uchodźców z Bliskiego Wschodu. Zaproponowany przez Berlin plan ich dyslokacji w poszczególnych krajach członkowskich UE obnażył ponurą prawdę o faktycznych relacjach obu stron. Tusk i rząd Ewy Kopacz okazali się wówczas jedynie pasem transmisyjnym oczekiwań Berlina. Na szczęście rządząca przez osiem lat Polską PO sromotnie przegrała wybory parlamentarne i musiała pożegnać się z władzą. Nowy rząd stworzony przez PiS musi się przede wszystkim zmierzyć z podstawową prawdą, która mówi, że interesy Polski i Niemiec są ze sobą w takim samym stopniu sprzeczne jak interesy Polski i Federacji Rosyjskiej.

Jedno nie ulega wątpliwości – że musimy prowadzić dzisiaj niezwykle twardą, ale i przemyślaną politykę wobec Niemiec. Tylko wtedy będziemy w stanie realizować swoje interesy. A mamy ich niemało. To nie tylko sprawa polskiej mniejszości w Niemczech, dostęp do niemieckiego rynku pracy, czy też niemiecka polityka historyczna, zakłamująca historię II wojny światowej, lecz także kwestie o wiele bardziej od nich istotne. Na pewno jedną z nich jest sprawa dyslokacji części amerykańskich sił z Niemiec do Polski i przesunięcie strategicznych instalacji Sojuszu na Wschód. O to będzie walczyć Polska na najbliższym szczycie NATO, jaki odbędzie się w lipcu w Warszawie.

Tak czy inaczej, ostatnie 25 lat nie były dobrym dla Polski okresem w jej relacjach z Niemcami. Głównie dlatego, że postrzegaliśmy Niemcy jako przyjaznego nam sąsiada i strategicznego partnera. Najwyższy czas pozbyć się tego złudzenia i zainicjować zupełnie nową politykę, w której polskie interesy zawsze będą najważniejsze. I nie będzie to łatwe, zważywszy na asymetrię pomiędzy naszymi krajami, jak również to, że Niemcy są dzisiaj dla Polski największym partnerem gospodarczym. Eksport do Niemiec w 2015 r. stanowił 28,8 proc. całego naszego eksportu, import zaś stanowił 22,4 proc. polskiego importu. Równie pokaźne były w 2015 r. niemieckie inwestycje w Polsce, które stanowiły ponad 17 proc. wszystkich inwestycji zagranicznych w Polsce. Krótko mówiąc, od Niemców w dużym stopniu zależy dzisiaj polska gospodarka. Jednak nie tylko to jest wyzwaniem dla stosunków polsko-niemieckich. Rynek mediów w Polsce w aspekcie właścicielskim jest opanowany w ponad 70 proc. przez niemieckie koncerny. Krótko mówiąc, Niemcy kształtują dzisiaj świadomość Polaków. To prawdziwe wyzwanie dla polskiej polityki wobec Niemiec.

Autor

Poprzedni artykułKosztowny rachunek z UE
Następny artykułPolski desant na Ukrainie

Najnowsze