13.4 C
Warszawa
wtorek, 27 września 2022

Polski desant na Ukrainie

Koniecznie przeczytaj

Obecność Balcerowicza jest potrzebna władzom w Kijowie do wszystkiego, tylko nie do reformowania gospodarki i państwa.

W Kijowie wylądował polski desant na czele z byłym wicepremierem i ministrem finansów Leszkiem Balcerowiczem. Polscy doradcy mają opracować konkretny plan reform strukturalnych, a jest to niezwykle odpowiedzialne zadanie. Od jego powodzenia zależy nie tylko los ukraińskiej gospodarki, ale i polityczna przyszłość naszego wschodniego sąsiada. Tyle że po doświadczeniach poprzedniej grupy zagranicznych doradców – rodem z Gruzji i Litwy – miejscowi komentatorzy nie bardzo wierzą w polski sukces. Twierdzą, że obecność Balcerowicza jest potrzebna władzom w Kijowie do wszystkiego, tylko nie do reformowania gospodarki i państwa.

Stan ukraińskich reform

W kwietniu tego roku Petro Poroszenko mianował Leszka Balcerowicza członkiem prezydenckiej rady konsultacyjnej ds. reform. Nasz polityk i finansista został jednocześnie współprzewodniczącym zagranicznej grupy doradczo-eksperckiej, której zadaniem jest przygotowanie planu działań zmian strukturalnych ukraińskiej gospodarki. Taki zakres działania może być nieco mylący, zadaniem grupy jest bowiem przygotowanie zarówno strategicznej koncepcji, jak i konkretnych reform, i to w postaci projektów prawnych do dalszego procedowania legislacyjnego, w trójkącie prezydent, rząd, parlament. Drugim współprzewodniczącym zespołu eksperckiego został mianowany były minister finansów Słowacji Iwan Miklosz, choć z informacji prasowych wynika, że jego kooptacja nastąpiła na wyraźne życzenie Balcerowicza. Ponadto nasz reformator otrzymał od Poroszenki prerogatywę reprezentowania prezydenta w ukraińskiej radzie ministrów. Z kolei Miklosz objął funkcję szefa zespołu doradców nowego premiera Wołodymyra Hrojsmana. Taka roszada nie jest przypadkowa. W odróżnieniu od poprzednich ciał doradczych, podzielonych organizacyjnie oraz kompetencyjnie pomiędzy kancelarię prezydenta i rząd, tym razem grupa ekspercka jest wspólna, integrując i zamykając na sobie wszelkie kompetencje doradcze wobec władzy wykonawczej i ustawodawczej. O przyczynach takiego położenia nieco później. Warto dodać jedynie, że Leszek Balcerowicz zaprosił do działania dwóch innych polskich przedstawicieli. Pierwszym jest Jerzy Miller, jego były zastępca w Ministerstwie Finansów, a następnie minister spraw wewnętrznych i administracji w rządach PO. Sylwetki Millera przedstawiać polskiemu czytelnikowi raczej nie potrzeba, choćby z racji jego przewodniczenia komisji ds. wyjaśnienia okoliczności katastrofy prezydenckiego samolotu Tu-154 pod Smoleńskiem. Sam Balcerowicz rekomenduje Millera ukraińskiej opinii publicznej, jako technokratę i specjalistę w dziedzinie usprawniania administracji państwowej i decentralizacji kraju. Takiego zatem reformatora, którego usług Kijów potrzebuje obecnie najbardziej. Drugim doradcą jest Mirosław Czech, polski Ukrainiec, jak przedstawia go kijowska prasa, czyli poseł dwóch kadencji sejmu, publicysta, dziennikarz oraz, co ważne, działacz mniejszości ukraińskiej w Polsce. Czech jest niezwykle aktywnym rzecznikiem polsko-ukraińskiego porozumienia „ponad podziałami”, a zatem zwolennikiem najdalej posuniętej pomocy Warszawy w europejskich aspiracjach Kijowa. Dla porządku, w składzie prezydenckiej rady konsultacyjnej ds. reform znalazł także miejsce były minister spraw zagranicznych i marszałek sejmu Radosław Sikorski.

Na razie tyle o nazwiskach i pełnionych funkcjach, natomiast pytanie o rolę, jaką mają do odegrania nasi doradcy, koniecznie trzeba zacząć od innego – jaki jest obecny stan ukraińskich reform? A tego nie można nazwać inaczej niż węzłem gordyjskim. Dla przypomnienia przyczyną wybuchu Rewolucji Godności, czyli krwawych wydarzeń na kijowskim Majdanie było żądanie radykalnych zmian. Reform we wszystkich dziedzinach funkcjonowania gospodarki i państwa, wyniszczonych długoletnim, kleptokratycznym układem elit władzy i oligarchicznego biznesu. Ukraińcy powiedzieli w ten sposób stanowcze „nie” dla dalszej degradacji ekonomicznej i własnej biedy, w jaką wpędziły ich kolejne ekipy rządzące na czele z Wiktorem Janukowyczem. Z drugiej strony, byłoby naiwnością sądzić, że jego usunięciem nie były zainteresowane te grupy kapitałowo-przemysłowe, które z „rodziną” prezydencką nie mogły osiągnąć biznesowego kompromisu. Lub mówiąc jeszcze inaczej, za Majdanem stanęli ci z ukraińskich oligarchów, którzy swoją pomyślność biznesową widzieli poza ścisłym związkiem gospodarczym i politycznym Ukrainy z Rosją, szukając korzyści w reorientacji kraju na Zachód. Jest to bardzo ważny przyczynek polityczny obecnego stanu reform, pomimo bowiem zmiany ustrojowej fasady, wpływ oligarchów na życie polityczne i społeczne, a zatem na kierunek i tempo zmian pozostaje ogromny, jeśli wręcz nie kluczowy, ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami. Przecież nawet prezydent Poroszenko to oligarcha, który dorobił się miliardowego majątku w branży cukierniczej.

Nie można powiedzieć, że okres, jaki upłynął od Majdanu, był czasem kompletnie straconym i reform, jakich domagali się protestujący, w ogóle nie przeprowadzono. Jednak społeczne oczekiwania, a zatem pretensje dotyczą ich tempa i metod. Zaraz po własnej inauguracji prezydenckiej w 2014 r. Petro Poroszenko przedstawił wizję zmian w postaci strategii Ukraina – 2020. Na liście reform uznanych za kluczowe dla gospodarki i państwa znalazło się, aż 69 pozycji w różnych dziedzinach życia, a ich istota sprowadzała się do antykorupcyjnego oczyszczenia aparatu władzy i wymiaru sprawiedliwości, decentralizacji państwa i struktur administracyjnych, deregulacji ekonomicznej oraz zrównania warunków działalności gospodarczej w ramach państwa prawa i wolnego rynku. Jednak sami Ukraińcy uznali za kluczowe następujące zadania: walkę z korupcją, deoligarchizację, uzdrowienie systemów wymiaru sprawiedliwości oraz porządku publicznego, wreszcie zmniejszenie kontrolnych i represyjnych funkcji państwa w gospodarce, co wynika dokładnie z dwóch poprzednich oczekiwań. Jakie są skutki podejmowanych dotąd działań reformatorskich? W listopadzie ubiegłego roku wiarygodna organizacja pozarządowa o nazwie Narodowa Rada Reform, w skład której wchodzą ekonomiści, politolodzy i socjologowie, a stawiająca sobie za cel społeczną kontrolę władzy, ogłosiła wyniki badania w tej dziedzinie. Wnioski zostały poparte sondażem opinii publicznej autorstwa pracowni TNS. I tak z siedemnastu reform zadeklarowanych przez prezydenta i zainicjowanych przez poprzedni rząd premiera Arsenija Jaceniuka, Ukraińcy ocenili pozytywnie przebieg tylko trzech. Jakkolwiek ponad 40 proc. ankietowanych zgodziło się z tezą, że zmiany w kraju zachodzą, to 60 proc. wskazało, jako wymierny sukces: reformę systemu bezpieczeństwa państwa i sił zbrojnych; 49,9 proc. poprawę wizerunku Ukrainy w świecie; 44,3 proc. reformę systemu porządku publicznego, czyli przekształcenie milicji w policję. W tzw. żółtej, czyli ostrzegawczej strefie, oznaczającej odstawanie deklaracji od rezultatów znalazły się: decentralizacja kraju – uważało tak 32,9 proc.; reforma konstytucyjna – 32,4 proc; reforma systemu edukacji – 28 proc.; reforma systemu zamówień publicznych – 26,5 proc. Z kolej w strefie czerwonej, czyli w dziedzinach, w których odnotowano najmniejszy postęp, a zatem, co do których panowało największe niezadowolenie społeczne, znalazły się: reformy wymiaru sprawiedliwości i antykorupcyjna – odpowiednio 19,5 i 15 proc. pozytywnie nastawionych oraz reforma systemu ochrony zdrowia – 16,1 proc. Niewiele lepiej Ukraińcy odnieśli się do reformy sektora energetycznego, w tym zmniejszenia zależności importowej od Rosji – 26,6 proc. zadowolonych; deregulacji gospodarki – 24,6 proc.; stabilizacji sektora finansowo-bankowego – 24 proc.; reformy podatkowej i administracji państwowej – po 23 proc.; przemysłu rolno-spożywczego – 21 proc.; zarządzania majątkiem państwowym – 20,1 proc. Jak podsumowała wyniki Narodowa Rada Reform, pozytywna korelacja pomiędzy odbiorem zapowiadanych zmian a stopniem ich faktycznej realizacji, ma się nijak lub po prostu nie istnieje. Stąd wniosek o niedostatecznie ambitnym podejściu władz do reform, co z kolei wpłynęło na nieznaczną akceptację społeczną ich tempa. Tłumacząc na polski, Ukraińcy nie są zadowoleni z przebudowy państwa i gospodarki, a to z kolei każe się pochylić nad przyczynami.

Zgniły system pokonuje reformatorów.

Dokładnie tak agencja informacji ekonomicznej Bloomberg oceniła przyczyny niepowodzenia ukraińskich reform. Pretekstem dość jasno sformułowanej tezy stała się analiza składu personalnego i motywacji stojących za nowym gabinetem ministrów na czele z Wołodymyrem Hrojsmanem. Po pierwsze, w skład rządu nie weszło kilku najbardziej profesjonalnych ukraińskich technokratów, którym nowy premier zaproponował teki ministerialne. A są to ludzie, którzy już pracują w strukturach władzy wykonawczej, na przykład w kancelarii prezydenta. To wielce znamienny fakt świadczący o skali wyzwania, a zarazem niknącej wiary w jego powodzenie. Z drugiej strony, sam premier został nazwany rzutkim i zdolnym administratorem, jakich na Ukrainie nie brakuje. Wg agencji Bloomberg, Hrojsman nie wyróżnia się niestety in plus motywacją działania, mają nim kierować osobista kariera i korzyści. Świadczą o tym dokonania z okresu, gdy był merem Winnicy, stolicy jednego z regionów administracyjnych, a zarazem „głównej bazy cukierniczego imperium” Petra Poroszenki. Bo o tym, że Hrojsman jest protegowanym prezydenta, któremu zawdzięcza polityczny sukces, nikogo na Ukrainie przekonywać nie trzeba. Nie można powiedzieć, że Hrojsman nic nie zrobił dla Winnicy, wręcz przeciwnie, jak na miejscowe standardy postępowania administracji publicznej wobec obywateli, władze miejskie wyróżniały się pozytywnie. Znaczącej poprawie uległa miejska infrastruktura, a szczególnie transport.

Niestety podobnie, jak sytuacja materialna rodziny mera, która korzystając z uprzywilejowanej pozycji, stała się właścicielem ogromnego centrum handlowego, a obecnie jest niedwuznacznie oskarżana o nieterminowe spłacanie zaciągniętych wówczas kredytów. Taka sytuacja to również ogólnokrajowy standard etyczny, bo system powiązań władzy i biznesu, z obowiązkowym udziałem dyspozycyjnego wymiaru sprawiedliwości oraz milicji i służb specjalnych był misternie wiązany od początku ukraińskiej niepodległości. Póki nie przegnił na tyle, że korupcyjna bezczelność urzędników państwowych i oligarchów wywołała wybuch społeczny. Obecnie system być może się chwieje, ale nadal trzyma się bardzo mocno. Na tyle, że pokonał reformatorów, którzy na rewolucyjnej fali najpierw uwierzyli w zwycięstwo, a potem na stanowiskach rządowych próbowali zmienić kraj. Jaceniukowi udało się wprawdzie ustabilizować sytuację gospodarczą, ale jego głównym grzechem było przyjęcie błędnej metody reform. Stopniowość i fragmentaryczność, takie motto przyświecało najwidoczniej premierowi i przyczyniło się nie tylko do jego dymisji, lecz także przyniosło Ukraińcom ogromne rozczarowanie. W miarę jak gospodarka osiadała na dnie, hrywna biła dewaluacyjne rekordy, a siła nabywcza społeczeństwa malała, gasł społeczny entuzjazm, a wraz z nim przyzwolenie na nieuniknione i dotkliwe socjalnie koszty reform. W ten sposób zamykało się wewnętrzne okno zmian, podobnie jak opinia Zachodu o zdolności Ukrainy do samonaprawy. Plebiscytowe „nie” wyrażone przez Holendrów w referendum na temat akceptacji umowy stowarzyszeniowej UE – Ukraina nie pojawiło się bez powodu. Podobnie jak wstrzymanie przez MFW kolejnych transz pomocy finansowej. Rosnące obawy Zachodu, przekładające się na coraz bardziej wyczekującą postawę Europy najdobitniej zwerbalizował były sekretarz generalny NATO. Anders Rasmussen (także członek prezydenckiej rady reform) wskazał Ukraińcom na prostą korelację reformatorskich osiągnięć Kijowa z gotowością wspólnoty euroatlantyckiej do przedłużenia antyrosyjskich sankcji. A to znaczy, że oba okna możliwości nie zamknęły się jeszcze kompletnie, ale dynamiczną sytuację po mistrzowsku wygrali oligarchowie. Jak dawniej uzależnili od siebie, czyli mówiąc wprost kupili, parlament – Radę Najwyższą. I to nie pojedynczych reprezentantów narodu, ale całe frakcje parlamentarne. Na wyniki nie trzeba było długo czekać, w 2015 r. z dziesiątków inicjatyw ustawodawczych rządu finału legislacyjnego doczekało się jedynie 19 proc.

Dziś lata 2014-2015 są nazywane przez ukraińską opinię publiczną okresem romantycznego zapału, który w znacznym stopniu został zmarnowany. Szczególnie w oczach tych obywateli, którzy nie tylko chcieli reformować kraj, ale i mieli ku temu przesłanki. Takie jak wykształcenie uzyskane w europejskich uniwersytetach oraz praktykę zawodową w transnarodowych strukturach lub korporacjach. Inaczej mówiąc, spora grupa profesjonalistów porzuciła swoje intratne posady dla ratowania ojczyzny. Jak twierdzi analityk agencji Bloomberg Anatolij Berszydski, tacy ludzie już w randze ministrów poznali zatrważający rozmiar korupcji i równie niski poziom państwowego zarządzania, ale mimo to wiedzieli, jakich reform chcą dokonać, i w jaki sposób. A jednak działając zespołowo dla dobra kraju, nie mogli zwyciężyć przegniłego systemu, co więcej zostali przez ten system z kretesem pokonani. Cytując Berszydskiego: na swoim przykładzie dowiedzieli się, jak polityczny i biurokratyczny establishment Ukrainy robi z nich głupców. W tym z zagranicznych doradców, bo polski desant nie jest pierwszym. Swoich sił spróbowali Litwini, Gruzini i obywatele USA ukraińskiego pochodzenia. Wszyscy otrzymali wysokie stanowiska łącznie z ministerialnymi tak jak litewski przedsiębiorca Ajwaras Abramoviczius – minister gospodarki czy partner amerykańskich funduszy inwestycyjnych Natalia Jareśko – minister finansów. Niestety wraz ze stanowiskami nie otrzymali swobody ani prerogatyw działania, co po wielu bezowocnych podejściach reformatorskich skłoniło ich do złożenia dymisji. Podobny los stał się udziałem gruzińskiego ministra zdrowia, który przegrał walkę z korupcyjnym układem państwowych zamówień na leki, czy gruzińską wiceminister spraw wewnętrznych. Ta ostatnia dokonała pokazowego przekształcenia milicji w policję. Jednak gdy chciała sięgnąć głębiej, czyli rozbić korupcyjne układy w MSW, grzecznie, ale stanowczo podziękowano za taką nadgorliwość. Czy podobny los czeka także polskich doradców?

Eksperci czy lobbyści?

Po przyjęciu prezydenckiej oferty Leszek Balcerowicz udzielił kilku wywiadów ukraińskim mediom. M.in. w rozmowie z agencją internetową Liga.net przedstawił priorytety własnego działania. Jako kluczowe dla powodzenia Ukrainy wskazał następujące obszary: reformy stabilizujące system finansowy i bankowy oraz budżet państwa; uzdrowienie systemu gospodarczego, czyli transparentną prywatyzację majątku skarbu państwa; reformy wzmacniające potencjał ekonomiczny, m.in. poprzez deregulację gospodarki i zniesienie barier eksportowych; równoległą budowę państwa prawa, a więc niezawisłego wymiaru sprawiedliwości i ochrony porządku publicznego; wreszcie rekonstrukcję aparatu administracyjnego oraz decentralizację państwa, czyli rozdział kompetencji pomiędzy władzą centralną, regionalną i lokalnymi samorządami. Balcerowicz wskazał także na swoją motywację w pomocy Ukrainie, ale tu nie powiedział niczego odkrywczego, bo znaczenia stabilnego sąsiedztwa dla Polski i UE w postaci proeuropejskiej, a jeszcze lepiej Ukrainy w strukturach europejskich przekonywać Polaków nie trzeba. Sformułował przy okazji motto swojej pracy w Kijowie – reform trzeba dokonywać wszędzie, szybko, a przede wszystkim naraz. I rozpętał medialną burzę, ale najpierw warto oddzielić ziarno od plew. Jak nietrudno zgadnąć polski desant na czele z Leszkiem Balcerowiczem nie ma dobrej prasy w sąsiedniej Rosji. Moskwa wylewa na jego osobę pomyje, co zresztą świadczy w podtekście o poważnym traktowaniu naszych doradców. Prosty aksjomat każe twierdzić, że każdy sukces polityczny i gospodarczy Kijowa jest moskiewską klęską. Podobnie jest z tymi głosami w ukraińskiej przestrzeni publicznej, które w dyskusji o polskich doradcach są rosyjską dywersją popełnianą ze świadomej lub nie głupoty.

Do takich należy niejaki Ochrimienko, który nazywa Balcerowicza aferzystą. Na Ukrainie panuje pluralizm i każdy może zabrać głos w dyskusji, gdyby Ochrimienko nie był sam aferzystą, a więc prezydentem nieistniejącej w realu instytucji analitycznej. Oraz gdyby nie podawał się za ekonomistę wykształconego w radzieckiej akademii gospodarki narodowej, co już jest chyba najlepszą rekomendacją jego profesjonalizmu. A mówiąc poważnie, polski desant spolaryzował nieco Ukrainę, zgodnie zresztą z osią podziału na zwolenników proeuropejskiego i zachowawczego kursu. I w tym tkwi największa pułapka, w jakiej znajdują się nasi eksperci. Nazwisko i dokonania Balcerowicza stają się w rękach przeciwników reform największym społecznym straszakiem, a więc instrumentem politycznej manipulacji. Ukraina jest pełna dziwnych instytucji analitycznych i eksperckich, podszywających się pod NGO’sy. Aż dziw, że kraj znajduje się na skraju politycznej i ekonomicznej katastrofy! Tak naprawdę są to agendy finansowane przez oligarchów i lobbujące publicznie ich interesy. Tym bardziej niezrozumiały jest napad na Balcerowicza autorstwa byłego prezydenta Gruzji Michaela Saakaszwili, obecnie szefa regionu odesskiego. Nie kto inny nazywa naszego polityka najemnikiem, wybielającym korupcję, a swe doświadczenia opiera na zerowych rezultatach analogicznej misji Balcerowicza w Gruzji na początku obecnego wieku. Gruziński polityk zarzuca Balcerowiczowi brak poparcia dla ówczesnych reformatorów na czele z nim samym. Aż chce się wierzyć, że za złością Gruzina nie stoi nic więcej niż tylko urażona ambicja. To Saakaszwili miał chrapkę na dowodzenie zagranicznymi doradcami Poroszenki, tymczasem wdał się w polityczne przepychanki i został odstawiony na mocno boczny tor. Natomiast dyskusja merytoryczna wokół Leszka Balcerowicza sprowadza się do kilku wątków, z których najważniejszym jest jego wiedza na temat realiów, czyli ukraińskich uwarunkowań, takich jak: korupcja, kryminalizacja aparatu administracyjnego i brak elementarnego wymiaru sprawiedliwości. Stąd biorą się najpoważniejsze wątpliwości w powodzenie jego działań. Na przykład, jeśli zostanie wprowadzona reforma decentralizacyjna, to czy w warunkach powszechnego przekupstwa lokalnych samorządów, jakiego dopuszczają się oligarchowie i grupy przestępcze, Balcerowicz nie doprowadzi do feudalizacji kraju, czyli de facto rozpadu Ukrainy na regiony niekontrolowane przez centralne władze? Słowem, czy zdaje sobie sprawę z biurokratyczno-oligarchicznej kwadratury koła, u której podstaw leży brak niezawisłych sądów? Innym problemem jest możliwość przeniesienia polskich doświadczeń na miejscowy grunt. Kilku publicystów zastanawia się wprost, czy polski desant nie stanie się parawanem dla politycznych ambicji prezydenta, a wobec tego, kim będzie Balcerowicz na Ukrainie, doradcą, politykiem, a może lobbystą? Co do ostatniej roli panuje największa zgoda i przekonanie, że nasz były wicepremier może z powodzeniem reprezentować ukraińskie interesy w unijnych i międzynarodowych instytucjach, takich jak MFW czy Bank Światowy, przyciągając na Ukrainę kapitały i inwestycje. Może również przygotować plan restrukturyzacji i prywatyzacji majątku państwowego, ale niewiele więcej. Szokowej terapii Balcerowicza na Ukrainie nie będzie, przekonują media, bo nie są nią zainteresowani oligarchowie, a z nimi nawet on nie wygra. Istnieje za to duża szansa, że polski desant zostanie wmanewrowany w polityczne rozgrywki różnych grup wpływu i ośrodków władzy, na czele z prezydenckim.

Przeciwnicy już oskarżają Poroszenkę o chęć nadmiernej koncentracji władzy, w czym ma dopomóc rzekomo misja Balcerowicza. Jednak ten racjonalizuje podobne obawy, każąc Ukraińcom poczekać na rezultaty działań – własnych, Hrojsmana i prezydenta. I być może w tym kryje się istota funkcjonowania polskiej misji. W odróżnieniu od poprzedników grupa konsultacyjna Balcerowicza nie zajęła eksponowanych stanowisk państwowych, uzyskała za to spore prerogatywy kompetencyjne. Jak się wydaje, najważniejszą z nich jest prawo narzucania doradców wszystkim instytucjom państwowym i podmiotom gospodarczym, tak aby proces legislacji, a potem egzekutywy reform znajdował się na każdym szczeblu działania pod stałym nadzorem eksperckim. Czy da to pożądany rezultat? O tym przekonamy się nie później niż za kilka miesięcy.

Na razie nominacji Balcerowicza i jego doradców towarzyszył wygrany przez Polaka konkurs na stanowisko prezesa ukraińskich kolei – monopolisty towarowego i osobowego. Szefem ukraińskiego przewoźnika został były prezes PKP Cargo Wojciech Bałczun. Czy jest to początek większego procesu dowodzącego systemowego udziału Polski i Polaków w ukraińskiej gospodarce? Na Ukrainie działa ponad dwa tysiące naszych firm, wszystkie narzekają, i nie bezzasadnie, na brak państwowego wsparcia, a jeszcze bardziej na specyfikę miejscowego rynku, wynikającą z opisanych powyżej uwarunkowań. Polscy eksperci, według ich własnych zapowiedzi będą odgrywać kluczową rolę w restrukturyzacji miejscowej gospodarki oraz przygotowaniu rozwiązań prywatyzacyjnych. Warto, aby Leszek Balcerowicz nie zapominał o naszym interesie narodowym i stał się najpierw polskim, a dopiero potem ukraińskim lobbystą. Oczywiście z korzyścią tak dla Polski, jak i Ukrainy. Jeśli zaś chodzi o przebieg reform w tym kraju, to najlepszą radą byłoby przekonanie Ukraińców do tego, że nikt nie zrobi za nich porządków w ich własnym kraju. Do tego z kolei potrzebne są nowe elity, bo dzisiejsze myślą o Ukrainie tylko i wyłącznie w kategorii własnego interesu. Najlepszymi reformami byłyby wobec tego wymiana elit oraz zmiana narodowej mentalności.

Autor

Najnowsze