1 C
Warszawa
piątek, 9 grudnia 2022
Advertisement

Klienci drugiego sortu

Koniecznie przeczytaj

Polacy, podobnie jak obywatele innych dawnych krajów obozu socjalistycznego, są wciąż traktowani przez zachodnie korporacje jako mniej wymagający klienci, którym można sprzedawać towar gorszej jakości, pod znanymi markami.

Jak co roku, tysiące Polaków postanowiło skorzystać z ofert krajowych biur podróży i wyjechać za granicę. W tym roku znacznie częściej decydują się oni na 8 czy 10-dniowe objazdowe wycieczki turystyczne, niż na dłuższy stacjonarny pobyt w jednym miejscu. Nadal sporą popularnością cieszą się takie kraje jak Włochy, Hiszpania, Portugalia i Francja. Z nieco mniejszym wzięciem spotykają się kraje skandynawskie i Wielka Brytania. O dziwo, coraz więcej chętnych znajdują wycieczki do Niemiec, zwłaszcza do południowo-zachodnich landów tego kraju. Oprócz ściśle zaplanowanej trasy wycieczkowej, odbytej w ekspresowym tempie, każda taka eskapada daje polskim urlopowiczom możliwość zrobienia atrakcyjnych zakupów. Mowa oczywiście o takich towarach jak żywność, alkohol, kosmetyki, chemia i ubrania. Jak się okazuje, ich ceny bywają w wielu wypadkach niższe niż w supermarketach tej samej sieci w Polsce, a dodatkowo ich jakość jest wyraźnie lepsza od jakości towarów tych samych firm, jakie są sprzedawane w polskich sklepach. Niektóre zaś produkty, jak choćby czekolady znanych marek, są w supermarketach we Włoszech, Hiszpanii tańsze. Tak samo jest w przypadku kawy Jacobs, której za porównywalną cenę można za granicą kupić wyraźnie większe opakowanie. Nie inaczej jest w wypadku kosmetyków wielu popularnych firm, które są również lepszej jakości. Jak się okazuje, ta zasada dotyczy wielu towarów, jakie kupujemy w Polsce na co dzień. Właśnie dlatego Polacy, wybierając się na wakacyjne wycieczki turystyczne, robią zakupy w supermarketach znanych sieci, kupując w nich wiele artykułów codziennego użytku, które równie dobrze mogliby kupić w Polsce już po powrocie. Polska traktowana jest przez zachodnich dostawców nadal jako kraj tzw. drugiego sortu, w którym – jak są przekonani – mają do czynienia ze znacznie mniej wymagającym konsumentem, któremu można „wcisnąć” wszystko przy odpowiedniej strategii sprzedaży.

Gospodarczy rasiści

O problemie jakości importowanych z Zachodu produktów mówiło się od dawna i to nie tylko w Polsce. Wiele krytycznych głosów można było usłyszeć na ten temat także u naszych południowych sąsiadów: na Słowacji, w Czechach i na Węgrzech. Źródłem tej krytyki było praktyczne doświadczenie konsumentów, którzy po wyjeździe na Zachód szybko zdali sobie sprawę, że te same produkty zakupione w sieciach handlowych na Zachodzie są dużo lepszej jakości od tych, jakie znajdują się w supermarketach w ich własnych krajach. Trzy lata temu Słowackie Stowarzyszenie Konsumentów zleciło specjalnej firmie badanie kilkunastu wybranych produktów spożywczych, jakie trafiają z Zachodu do supermarketów w Europie Środkowo-Wschodniej. Chodziło oczywiście o produkty, które są najczęściej kupowane przez konsumentów. Znalazła się wśród nich m.in. Coca-Cola, czekolada Milka oraz kawy Tchibo Espresso, Jacobs Kronung i Nescafe Gold. Oprócz Słowacji w badaniu wzięto pod uwagę rynki w Polsce, Czechach, Węgrzech, Rumunii, Bułgarii, a także w Niemczech i Austrii. Na podstawie przeprowadzonych analiz okazało się, że jedynie czekolada Milka spełnia takie same standardy we wszystkich wymienionych krajach. W pozostałych przypadkach wykazano, że te same produkty oferowane na rynku niemieckim i austriackim, znacząco różnią się jakościowo od tych samych produktów oferowanych na rynkach państw środkowoeuropejskich. Zazwyczaj było to spowodowane tym, że stosowano tańsze zamienniki składników. A jeśli takich nie było, to wyszczególnione na etykiecie nie odpowiadały faktycznej zawartości w produkcie. Na przykład w jednym z badanych produktów zamiast oleju słonecznikowego znalazł się tłuszcz palmowy, którego zaletą jest przede wszystkim niska cena i łatwa dostępność na rynku. Jednak znacznie większą wadą tłuszczu palmowego jest to, że aż w 45 proc. jest on nasycony kwasami tłuszczowymi, co sprzyja otyłości i cukrzycy. Jak jednak widać, zachodni producenci i handlowcy tym się specjalnie nie przejmują, wysyłając towar gorszej jakości do krajów naszej części kontynentu. Oficjalnie deklarują, że standardy oraz receptury ich produktów są wszędzie takie same. Te zapewnienia niewiele jednak mają wspólnego z rzeczywistością. Zresztą nie tylko wyniki badań zleconych przez Słowackie Stowarzyszenie Konsumentów mogły wzbudzić niepokój. Wiele organizacji konsumenckich w krajach Europy Środkowo-Wschodniej zwróciło uwagę na jeszcze jeden ważny fakt związany z importowanymi z Zachodu produktami spożywczymi. Otóż wiele z nich trafia na środkowoeuropejskie rynki niby w takich samych opakowaniach, ale z mniejszą zawartością. Nie oznacza to jednak, że ich cena jest niższa niż na Zachodzie. Czy to przypadek? Wcale nie. To jak najbardziej świadoma strategia, ta sama, która nakazuje zachodnim producentom stosowanie dużo tańszych zamienników składników produktów spożywczych. Stoi za nią jeden zasadniczy cel: maksymalizowanie zysków przy jak największym obniżaniu kosztów produkcji. Na pewno jest to wyrazem swoistego rasizmu ekonomicznego Zachodu, którego również my Polacy jesteśmy ofiarami.

Niemiecka strategia

Z upodobaniem takie działania stosują w Polsce niemieckie firmy i to nie tylko spożywcze, dla których od lat jesteśmy ważnym kontrahentem. Najlepiej widać to na przykładzie niemieckich produktów chemicznych i kosmetycznych, które nadal cieszą się w Polsce dobrą marką. Źródeł takiego postrzegania niemieckich produktów należy doszukiwać się jeszcze w czasach istnienia komunistycznego bloku sowieckiego, kiedy każdy produkt przywieziony zza „żelaznej kurtyny” uznawany był za wyjątkowej jakości, co też nie odbiegało od prawdy. Tak było zwłaszcza w przypadku produktów niemieckiego przemysłu chemicznego i kosmetycznego, które w zestawieniu z kosmetykami produkowanymi w PRL-u wypadały wręcz rewelacyjnie. Dzisiaj po prawie trzydziestu latach od upadku „żelaznej kurtyny” niemieckie proszki i płyny do prania nadal uważane są za znacznie lepsze i wydajniejsze od polskich. Dzieje się tak pomimo tego, ze w ostatnich latach nasz przemysł chemiczny i kosmetyczny bardzo się rozwinął i oferuje produkty nie gorsze od niemieckich. Jednak polscy konsumenci i tak wolą kupować droższe niemieckie artykuły. Tyle, że bardzo często nie są one takie same, jak te, które trafiają na rynek niemiecki. Okazuje się bowiem, że towary przeznaczone na rynek wschodnioeuropejski, są mniej skoncentrowane, mają słabszy zapach i mniejszą wydajność. Bardzo często nie zawierają one w swoim składzie takiej samej ilości płynów odkamieniających, jak sprzedawane na rynku niemieckim. Swojego czasu przedstawiciel jednej z największych niemieckich firm chemicznych zapytany o to, dlaczego tak jest, z lekkim uśmiechem skwitował to tym, że „polskie gospodynie domowe są niereformowalne i sypią za dużo proszku do pralek, dlatego jego firma dla ich dobra dostarcza na polski rynek proszek o nieco mniejszym stężeniu środków czynnych”. Podobnie jest z wieloma kosmetykami niemieckich firm, jakie trafiają na polski rynek.

Również produkty spożywcze, jakie wysyłane są z Niemiec do Polski nie są takie same jak te, która trafiają na rynek niemiecki. O tym, jak to wygląda w praktyce, wspomnieliśmy już wcześniej przy okazji wyników badań zleconych przez Słowackie Stowarzyszenie Konsumentów. Nie inaczej jest w przypadku sprzętu technicznego pochodzącego z Niemiec, który znajduje się w supermarketach w Polsce. Bardzo często zdarza się tak, że oferowany w nich sprzęt AGD czy RTV od dawna nie należy do nowości. Przykładowo w sklepach niemieckiej sieci „Media Markt” w Polsce reklamowany jest on bardzo często jako „techniczna nowość”, a więc znacznie droższa od innych, gdy tymczasem w Niemczech został on już dawno przeceniony, bo na tamtejszy rynek weszły dużo nowsze produkty. Tak jest w przypadku komputerów, drukarek, sprzętu fotograficznego, pralek i wielu urządzeń kuchennych. Zdarza się, że ten sam sprzęt (marka, model) potrafi być w Niemczech tańszy o 30–50 proc. niż w Polsce. To mówi samo za siebie.

———————————

Więcej w najnowszej “Gazecie Finansowej”.

 

Autor

Poprzedni artykułZadłużona zmiana
Następny artykułZamach na oszczędności

Najnowsze