22.2 C
Warszawa
niedziela, 3 lipca 2022

Cicha wojna o bioenergię

Koniecznie przeczytaj

Zielona energia to nie tylko moda. To także nie tylko wymogi Brukseli, która pod wpływem rozmaitych zielonych lobby, nakłada coraz to nowe restrykcje na tradycyjne sposoby wytwarzania prądu. To przede wszystkim duży biznes. Właśnie teraz trwa cicha walka o to, komu przypadną pieniądze, które rząd musi wydać na odnawialne źródła energii.

Uchwalona niedawno ustawa o Odnawialnych Źródłach Energii (OZE) ma uregulować rynek biogazowni, wiatraków i kolektorów energii słonecznej. Zgodniej z jej zapisami, podział rynku będzie przebiegał w ramach systemu aukcyjnego. Oznacza to, że Ministerstwo Energii ogłasza w rozporządzeniu, ile prądu z takich źródeł jest potrzebnych, a przedsiębiorcy zgłaszają projekty. O tym, komu ostatecznie przypada kontrakt, decyduje aukcja. Prosty system. By zostać dopuszczonym do aukcji, należy najpierw swój projekt złożyć w Urzędzie Regulacji Energetyki i przejść tzw. procedurę prekwalifikacji. „Do URE wpłynęło 136 wniosków o prekwalifikację (stan na 30.06). W wyniku przeprowadzonych postępowań prekwalifikacyjnych wydaliśmy już 75 zaświadczeń. Reszta postępowań jest w toku. Do tej pory nie wydaliśmy decyzji odmawiającej wydania zaświadczenia” – czytamy w przesłanej nam przez urząd odpowiedzi na pytania o skalę przedsięwzięcia.

Pierwsza aukcja planowana jest na listopad 2016 r. Mały wolumen, bo jedyne 63 MW dotyczy tylko starych wniosków złożonych przez biogazownie. Kolejna ma się odbyć już w grudniu i ma dotyczyć tzw. źródeł niestabilnych o mocy do 1 MW, czyli fotowoltaiki i wiatraków. Planowany wolumen ma wynieść 100 MW. Wciąż nie wiadomo, jaka będzie cena referencyjna. Prace nad odpowiednim rozporządzeniem wciąż trwają. „Pismem z 2 sierpnia 2016 r. minister energii przekazał Prezesowi Urzędu Regulacji Energetyki m.in. projekt rozporządzenia ministra energii w sprawie ceny referencyjnej energii elektrycznej z odnawialnych źródeł energii w 2016 r., z prośbą o zgłoszenie uwag” – czytamy w mailu przesłanym przez URE. Do końca czerwca w ministerstwie ścierały się dwie koncepcje – 550 zł za MW oraz 350 zł. Perspektywa tej drugiej opcji wzbudza przerażenie w branży. Dla małych firm próg opłacalności to powyżej 400 zł za MW. Ostatecznie na początku lipca zdecydowano, że będzie to 420 zł. To nie jest ostateczna kwota, ale według naszych informatorów – najbardziej prawdopodobna. Wciąż jednak jest możliwe, że ta cena będzie niższa. I to wbrew pozorom bardzo zła wiadomość. Pozornie wszystko w porządku, gdyż budżet – czyli my wszyscy – zapłaci mniej. Jest jednak jeden haczyk.

Dumping zawsze w cenie

Po wygraniu aukcji firma będzie miała cztery lata na wykonanie inwestycji. Jest więc nie tylko możliwe, ale i bardzo prawdopodobne, że pojawią się firmy celowo zaniżające cenę poniżej progu opłacalności przedsięwzięcia tylko po to, by wygrać aukcję. – Inwestycja wtedy nie ruszy przez najbliższe trzy lata. Poczekamy aż ceny technologii spadną i dopiero wtedy zaczniemy – mówi nam prezes jednej z firm inwestujących w energię odnawialną. Jak twierdzi, nie tylko jego firma przygotowuje się do takiego scenariusza. Może się więc okazać, że choć aukcja będzie sprawnie przeprowadzona, to prąd do sieci nie trafi przez najbliższe lata. Nie pozwoli to na uzyskanie oczekiwanego zastrzyku gotówki i ożywienie rynku, a zablokuje możliwość realizacji innych projektów, które są gotowe do budowy w każdym momencie.

Według naszych rozmówców, pomogłoby zwiększenie wolumenu. To można zrobić. Aukcję dla biogazowni pierwotnie planowano na zaledwie 35 MW, ale po naciskach branży szybko tę liczbę podwyższono. Już teraz dopuszczonych projektów też jest aż nadto, by zapełnić zapotrzebowanie i jednocześnie by aukcja nie była fikcją. „Według stanu na koniec lipca 2016 r. Urząd Regulacji Energetyki wydał zaświadczenia o dopuszczeniu do udziału w aukcji dla instalacji o łącznej mocy zainstalowanej elektrycznej 206 MW” – dowiadujemy się z przesłanego przez URE maila. Obecnie nie ma jednak planów, by powiększyć pierwszą aukcję. „URE nie dysponuje informacjami wskazującymi na ryzyko „oferowania nierealnie niskiej ceny energii, poniżej opłacalności w nadziei, że uda się zrealizować projekt za 3-4 lata, gdy spadną ceny technologii” – komentuje sprawę URE. Póki co, urzędnicy uważają, że takie ryzyko nie istnieje, a obecne regulacje prawne są całkowicie wystarczające do ochrony przed takim procederem. Te jednak są różne, w zależności od rodzaju energii. Np. wiatraki morskie mają na to aż sześć lat, instalacje fotowoltaiczne natomiast – dwa lata. Pozostałe, w tym np. wiatraki muszą zostać uruchomione właśnie w czteroletnim terminie od zamknięcia aukcji. Tak czy inaczej, obecnie urzędnicy nie mają zamiaru nawet badać tej sprawy. „Ocena funkcjonowania nowego mechanizmu wsparcia, w tym m.in. ryzyka występowania tzw. underbiddingu będzie mogła zostać dokonana po rozstrzygnięciu co najmniej kilku aukcji oraz przeprowadzeniu monitoringu realizacji projektów, które te aukcje wygrają” – informuje nas URE.

Słońce dobre, wiatr zły!

Największe problemy mają inwestorzy planujący stawianie wiatraków. Obecne władze nie darzą ich sympatią. Mszczą się skojarzenia z kapitałem niemieckim i powiązania części firm z działaczami Polskiego Stronnictwa Ludowego. Jednak to nie są jedyne powody. – Jurgiel jest bardzo przeciwny wiatrakom. Mówi, że chłopi mu się pobuntują – twierdzi jeden z rządowych doradców. To właśnie opinie ministra rolnictwa były kluczowe w opracowywaniu obu ustaw dotyczących odnawialnych źródeł energii. – Niemcy już w tym nie siedzą. To prawda, jeszcze dwa – trzy lata temu to oni trzęśli rynkiem, ale to już przeszłość. Teraz głównym graczem są Chińczycy. Robią dokładnie to samo, ale ponad dwa razy taniej – mówi osoba związana z rynkiem OZE. Teraz Niemcy na własnym terenie przerzucili się na inne metody ekologicznego pozyskiwania energii. Głównie są to kolektory słoneczne. Nawet, jeśliby przyjąć tę opinię, to nie ma ona większego znaczenia. Dla rządzących farmy wiatrowe równają się obcemu kapitałowi. I to był jeden z powodów, że pierwsza aukcja dotyczy wyłącznie małych projektów – nieopłacalnych dla wielkich korporacji.

By obejść plany polityków i zakwalifikować się do aukcji właściciele wielkich farm wiatrowych zaczęli sztucznie dzielić swoje projekty na mniejsze. – Jeżeli firma ma warunki przyłączenia np. na 50 MW napięcia to obchodzi system robiąc z siebie „wirtualnego operatora” i sama wydaje 50 pojedynczych warunków przyłączenia mniejszym spółkom celowym – mówi w rozmowie z nami urzędnik z ministerstwa energii. Jak widać, plany wielkich koncernów nie są dla naszego rządu tajemnicą. I jest to duży problem. Choć tę akurat informację wszyscy usiłują trzymać w tajemnicy, to „Gazeta Finansowa” ustaliła, że pod względem ilości projektów w prekwalifikacjach URE, ok. 50 proc. to wiatraki. Często właśnie podzielone w ten sztuczny sposób. Wbrew pozorom nie oznacza to jednak, że połowa rynku przypadłaby wiatrakom. Ich udział byłby znacznie większy. – Wiatraki są cztery do sześciu razy bardziej wydajne niż fotowoltaika. Przy tych proporcjach projektów dostaliby przynajmniej 70 proc, rynku. Może i więcej… – przewiduje jeden z pracowników URE. Do tego ministerstwo za wszelką cenę nie chce dopuścić. Plany koncernów budujących farmy wiatrowe wywołał w resorcie prawdziwą wściekłość. Rozważany obecnie plan wyjścia z tej sytuacji przewiduje rozbicie aukcji dla źródeł niestabilnych na dwie odrębne. Pierwsza dotyczyłaby energii słonecznej, druga wiatrowej. Ta miałaby być jednak właściwie tylko formalnością, bo zapotrzebowanie określono na prawie zero MW. To skutecznie zablokowałoby plany wszystkich firm z tego sektora. Jest jednak jedna wątpliwość. Takie działanie może być uznane przez nasze i europejskie sądy za oczywistą dyskryminację. A to doprowadziłoby do konieczności wypłaty olbrzymich odszkodowań.

Wśród doradców Tchórzewskiego powstała więc jeszcze jedna koncepcja. Jak zapewniają, ta będzie zgodna z unijnym prawem. Chcą w rozporządzeniu dotyczącym aukcji wprowadzić zapis, że projektem OZE spełniającym warunki będzie tylko taki, który będzie bezpośrednio podłączony do sieci średniego napięcia jednego z czterech obecnych na rynku dystrybutorów energii – PGE, Energi, Enea lub Tauronu. Nie wiadomo jeszcze, na które z proponowanych rozwiązań ostatecznie rząd się zdecyduje. To wbrew pozorom znacznie bardziej poważna decyzja, niż tylko dotycząca jednej – w sumie niedużej przecież aukcji. Dopiero co uchwalona ustawa nie jest dobrze dopracowana. I wie o tym samo ministerstwo. Już teraz ruszyły prace nad jej małą nowelizacją, która ma doprecyzować kilka niejasności. Resort planuje, że wejdzie z życiem na początku stycznia 2017 r. Jednak to z pewnością nie koniec zmian. Te dwie pierwsze aukcje mają być swego rodzaju pilotażem i eksperymentem na żywym organizmie. – Nie wiemy, jak to wszystko się potoczy. Nie wiemy do końca, jakie dać ceny referencyjne. Dlatego właśnie robimy te akcje na małym wolumenie. Nawet jak wszystko się pochrzani, to straty nie będą duże – mówi w rozmowie z „Gazetą Finansową” jedna z osób pracujących nad stworzeniem systemu OZE. Te dwie aukcje mają pokazać, jak system funkcjonuje i jednocześnie być materiałem, na którym ministerstwo oprze się przy opracowywaniu już kolejnej, dużej zmiany ustawy. Tej należy się spodziewać jednak nie wcześniej niż w połowie 2017 r.

Autor

Najnowsze