14.7 C
Warszawa
wtorek, 4 października 2022

Ukryte koszty wcześniejszych emerytur

Koniecznie przeczytaj

W Sejmie trwają ostatnie prace nad ustawą przywracającą niższy wiek emerytalny. Nasze emerytury będą jeszcze niższe, niż się spodziewamy.

Rząd chce jak najszybciej wywiązać się z obietnicy wyborczej, którą złożył już ponad rok temu, a do tej pory nie kwapił się z wprowadzeniem jej w życie. Odpowiednią presję stworzył także prezydent Andrzej Duda, który stwierdził niedawno, iż czeka aż „parlament wywiąże się ze swojego zobowiązania” oraz wyraził pewność, iż obniżenie wieku emerytalnego dla mężczyzn do 65 lat oraz dla kobiet do 60 lat stanie się faktem jeszcze w 2017 roku.

Wprowadzając te zmiany PiS, na pewno nie rozwiąże ogromnego problemu pełzającej katastrofy systemu emerytalnego, lecz co najwyżej wprawi swoich wyborców oraz siebie w dobre samopoczucie. Obecnie średnia emerytura wypłacana w Polsce przez ZUS wynosi nieco ponad 2 tys. zł brutto, co w zestawieniu z medianą wynagrodzeń wynoszącą ok. 3,3 tys. zł brutto sprawia, że wizja oficjalnego zakończenia życia zawodowego wydaje się względnie atrakcyjna. Tym bardziej że wiele osób nie rozstaje się z pracą i kontynuuje ją legalnie lub nielegalnie. Pod względem tzw. stopy zastąpienia (czyli stosunku wysokości emerytury do wysokości wynagrodzenia przed udaniem się na nią), Polska nie prezentuje się na tle innych państw świata bardzo źle: niższą stopę zastąpienia posiadają chociażby Niemcy. Z tego właśnie względu osobom, które popierają dziś przywrócenie niższego wieku emerytalnego, wizja wcześniejszego pobierania świadczeń wydaje się dość korzystna.

Obecne korzystne stawki emerytur wypłacanych przez ZUS są jednak wyjątkowo nierealistyczne, gdyż stanowią pochodną trwającej nieustannie wielkiej akcji ratowania systemu emerytalnego z budżetu centralnego. Łączna kwota obciążenia finansów publicznych systemem emerytalnym to ponad 130 mld zł rocznie, czyli prawie 30 proc. wszystkich wydatków publicznych. Państwo samo z siebie nie posiada żadnych pieniędzy i musi je najpierw odebrać płatnikom podatków, a tych jest w Polsce z roku na rok coraz mniej. Niestety, proponowana przez PiS ustawa jeszcze bardziej zmniejszy ich liczbę, gdyż przewiduje, iż osoby, które przejdą na emeryturę nie będą mogły pracować aż do ukończenia 67. roku życia.

Zabrać bogatym

Najbardziej znamienna dla proponowanych przez Prawo i Sprawiedliwość zmian w systemie emerytalnym jest propozycja, aby osoby zarabiające najlepiej dokładały się do największej w historii Polski piramidy finansowej w jeszcze większym stopniu. Ok. 330 tys. Polaków, którzy zarabiają ponad 10 tys. zł miesięcznie, miałoby odtąd płacić składki także po przekroczeniu obecnie funkcjonującego limitu 30 średnich pensji. Rządowi eksperci spodziewają się, że zmiany te miałyby przynieść dodatkowo 3 mld zł rocznie.

To populistyczne w swym rdzeniu rozwiązanie, doskonale pokazuje, jak bardzo krótkowzroczne są zmiany proponowane przez partię Kaczyńskiego. Najbogatszym Polakom można by zabrać nawet dziesięciokrotnie więcej, a i tak nie pozwoliłoby to na jakąkolwiek poprawę sytuacji ZUS-u, do którego co roku państwo regularnie dopłaca ponad 100 mld zł. Próba uzupełnienia budżetu instytucji przy pomocy podatków nakładanych na najbardziej produktywne osoby stanowi tak naprawdę zamach na grono osób, które w sporej mierze odpowiadają za to, że państwowy ubezpieczyciel może w ogóle przedłużać swoje istnienie.

Obniżając wiek emerytalny do wcześniejszego poziomu, Prawo i Sprawiedliwość chce wystąpić w roli naprawiającego krzywdy Donalda Tuska i całej III Rzeczypospolitej. Wprowadzając swoje reformy socjalne, partia Jarosława Kaczyńskiego pragnie pokazać się jako władza, która nie odwraca się od zwykłego człowieka, lecz wyciąga do niego rękę wbrew – jak przekonuje sam Kaczyński – dominującej wciąż ideologii neoliberalizmu. Jednakże funkcjonowanie systemu ubezpieczeń społecznych w obecnej formule nie stanowi wcale wykwitu idei liberalnych, lecz socjalnych. Co więcej, zwalczane na innych frontach przez Kaczyńskiego elity postkomunistyczne po 1989 roku starannie pielęgnowały Zakład Ubezpieczeń Społecznych, ustanawiając praktykę przekazywania na jego konta coraz większych sum. Jeszcze w 1998 roku dopłaty do ZUS-u i KRUS-u wynosiły zaledwie 23 mld zł, co całkowicie blednie w zestawieniu z kwotami, które obciążają polski budżet współcześnie. Dopłacanie do agonii systemu emerytalnego pozostaje wciąż jedną z najważniejszych patologii III RP, których PiS najwyraźniej nie dostrzega lub nie chce dostrzegać.

Obserwując wypowiedzi i poczynania najważniejszych osób z kierownictwa partii Kaczyńskiego, można nawet odnieść wrażenie, iż grono to jest święcie przekonane co do możliwości postawienia systemu emerytalnego na nogi. Nawet Donald Tusk i Waldemar Pawlak dawali okresowo do zrozumienia, że nie łudzą się co do nadchodzącego bankructwa ZUS-u. Tymczasem otoczenie polityczne Jarosława Kaczyńskiego wciąż nie traci wiary w państwowego ubezpieczyciela. Co więcej, coraz bardziej realny staje się scenariusz całkowitej nacjonalizacji majątku zgromadzonego przez Polaków w OFE, które dysponują ok. 140 mld zł.

Uszczelnianie receptą na wszystko

Pomysł PiS na rozwiązanie problemu zbankrutowanego systemu emerytalnego jest taki sam, co w przypadku wielu innych dziedzin życia społecznego. Prezentując w Sejmie projekt budżetu na 2017 rok wicepremier i minister finansów Mateusz Morawiecki wiele uwagi poświęcił przychodom budżetowym. Wedle założeń ich łączny wzrost ma wynieść w przyszłym roku 9,4 proc. i osiągnąć najwyższy od 10 lat poziom 15,4 proc. w stosunku do PKB. Zdaniem Morawieckiego w czasie rządów Platformy zaprzyjaźnione z władzą elity gospodarcze starannie unikały płacenia podatków, dlatego budżet powinien wreszcie zostać zasilony miliardami, przy pomocy których mają zostać sfinansowane najważniejsze punkty programu politycznego PiS.

Morawiecki zapowiedział wzrost dochodów z VAT o 11 proc., wyższe o 6 mld zł wpływy z akcyzy, a także zwiększone wpływy z CIT. W swoim sejmowym wystąpieniu wspomniał nawet o dodatkowych 400 mln zł z tytułu podatku od gier. Jednakże nawet przy najbardziej sprzyjających okolicznościach wszystkie te środki nie będą nigdy w stanie sfinansować wszystkich wydatków rządu. Oprócz pogłębiającej się dziury w ZUS-ie budżet musi wszak sprostać m.in. także dodatkowym wydatkom z tytułu programów 500 plus, Mieszkanie plus czy też darmowych leków dla seniorów.

Powtarzany często przez polityków partii rządzącej slogan, iż państwo może w każdej chwili sięgnąć po 100 mld zł niezapłaconych podatków staje się coraz bardziej pozbawiony jakiegokolwiek związku z rzeczywistością. Swego rodzaju uznaniem tego faktu był przedstawiony przez Morawieckiego projekt budżetu, który nie przyniósł żadnej rewolucji w zakresie wzrostu przychodów do budżetu, lecz co najwyżej zwiększoną dynamikę.

W świetle tego coraz bardziej niepokoi postawa Prawa i Sprawiedliwości, które jest zaskakująco bierne wobec nadchodzącej wielkimi krokami zapaści systemu emerytalnego w Polsce. Liczba osób w wieku produkcyjnym spada w coraz szybszym tempie, gdyż na emeryturę odchodzą roczniki z powojennego wyżu demograficznego. Do 2050 roku na 100 Polaków w wieku produkcyjnym będą przypadały aż 52 osoby w wieku emerytalnym, co przy kontynuacji obecnych rozwiązań stworzy ogromne koszty dla pracodawców.

Nie do końca wiadomo, czy szansy na poprawę najważniejszych wskaźników demograficznych PiS upatruje w swoim programie 500 plus, lecz faktem pozostaje, iż bez przyjęcia do Polski co najmniej kilkusettysięcznej grupy imigrantów z Ukrainy lub innych państw i zalegalizowania ich pracy oraz pobytu polski system emerytalny czeka niewypłacalność lub zasiłki na poziomie, który może wywołać jedynie wielką falę niezadowolenia społecznego.

Obniżając wiek emerytalny, PiS zyska więc kilka lat wątpliwego spokoju oraz poparcie wielu wyborców. Jednocześnie straci jednak możliwość rozwiązania bodajże największego problemu gospodarczego III RP.

Autor

Najnowsze