10.8 C
Warszawa
środa, 28 października 2020

Drogowe bezprawie policji

Koniecznie przeczytaj

Pełzający lockdown

Nie zrobiono nic...

Górski Karabach. Nowe ludobójstwo Ormian?

Do tej wojny nigdy by nie doszło...

Lockdown w wersji pełzającej

Pod dyktando paniki

Perły polskiego biznesu

25 najbardziej przedsiębiorczych kobiet

Sąd: policja bezprawnie pozbawiała prawa jazdy!

Nie trzeba uzbierać 24 punktów karnych czy znacznie przekroczyć prędkości w terenie zabudowanym, aby stracić prawo jazdy. Wystarczy jedno wykroczenie i nadgorliwy funkcjonariusz drogówki, który zgodnie z przepisem art. 129 ust. 2 pkt. 13 a ustawy Prawo o ruchu drogowym, może skierować nas na egzamin sprawdzający kwalifikacje do prowadzenia pojazdu. Aby to było możliwe, policjant musi (w związku z czuwaniem nad bezpieczeństwem i porządkiem ruchu na drogach) dojść do wniosku, że istnieją uzasadnione i poważne zastrzeżenia co do kwalifikacji kierowcy. Jak to wygląda w praktyce? Policjanci od niedawna zaczęli masowo bawić się w egzaminatorów. Wystarczy małe wykroczenie, takie jak niezapięcie pasów i trochę złej woli policjanta. Jeszcze w 2015 roku Wojewódzki Sąd Administracyjny w Białymstoku stwierdził, że wystąpienie o sprawdzenie kwalifikacji może być poprzedzone zarówno wielokrotnym naruszeniem przepisów ruchu drogowego, jak i nawet pojedynczym wykroczeniem. Na egzamin sprawdzający mógł zostać wysłany każdy, nawet jeżeli dopiero co „zarobiliśmy” swoje pierwsze punkty. O skierowaniu na egzamin sprawdzający kwalifikacje kierowcy mogą decydować także popełnione w przeszłości wykroczenia drogowe i to pomimo ich zatarcia. Jak stwierdził Wojewódzki Sąd Administracyjny w Białymstoku w wyroku z dnia 16 czerwca 2015 roku (sygn. akt II SA/Bk 292/15) zatarcie ukarania nie jest równoznaczne z niemożnością wyciągnięcia wobec ukaranego w innym postępowaniu skutków prawnych z zachowań nawet zatartych. Wystarczyła zatem zła wola funkcjonariusza policji i traciliśmy swoje prawo jazdy, bo to w istocie powodowało skierowanie na egzamin sprawdzający. Według sądu zupełnie bez znaczenia był fakt nieprzekroczenia przez kierowcę limitu 24 punktów karnych.

Jak to wygląda

Procedura utraty prawa jazdy wygląda najczęściej tak, że policjant po dojściu do wniosku, że kierowca nie powinien mieć prawa jazdy, kieruje do właściwego starosty (wydziału komunikacji) wniosek o skierowanie na egzamin sprawdzający nasze kwalifikacje do prowadzenia pojazdu. Następnie starosta (wydział komunikacji) przesyła nam skierowanie na egzamin. W skierowaniu powinny znaleźć się terminy możliwego podejścia do egzaminu. Kierowca następnie musi udać się na egzamin do właściwego Wojewódzkiego Ośrodku Ruchu Drogowego (WORD-u). Wówczas należy zdać egzamin identyczny z tym, do jakiego przystępują osoby dopiero co ubiegające się o prawo jazdy. Po zdaniu egzaminu możemy posługiwać się swoim dokumentem, po odebraniu go w wydziale komunikacji. Niezdanie egzaminu w wyznaczonym terminie lub niepodejście do żadnego z terminów skutkuje decyzją o cofnięciu uprawnień do kierowania pojazdami. W praktyce dobra lub zła wola policjanta decydowała o tym, czy stracimy uprawnienia. Pytania o rodzaj oleju, który należy wlewać do silnika czy przepytywanie ze szczegółów ustawy Prawo o ruchu drogowym były zmorą kierowców. Policja nie dość, że karała, to często pastwiła się nad delikwentem. Zmiana linii orzeczniczej sądów administracyjnych może ukrócić ten proceder.

Brak ustawowych uprawnień

Podstawą demokratycznego państwa prawnego jest założenie, że funkcjonariusze publiczni mogą robić to, do czego są uprawnieni. Okazuje się, że żaden przepis prawa nie przyznawał organom policji uprawnienia do „rozpytywania” kierujących samochodami czy motocyklami, co do treści przepisów ustawy Prawo u ruchu drogowym. Tak orzekł Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach. W rozpoznawanej przez sąd sprawie komendant Komisariatu Autostradowego Policji wystąpił do właściwego starosty o skierowanie pechowego kierowcy na egzamin sprawdzający kwalifikacje kierującego pojazdem z uwagi na „uzasadnione i poważne zastrzeżenia co do jego kwalifikacji”. Do pojawienia się wątpliwości dotyczących uprawnień kierowcy miało dojść podczas jego zatrzymania, kiedy to poruszał się bez włączonych świateł przeznaczonych do jazdy dziennej. W trakcie czynności doszło do sporu pomiędzy funkcjonariuszami a kierowcą na temat przepisów prawa. W trakcie rozmowy został on rozpytany przez funkcjonariuszy celem oceny jego znajomości przepisów ustawy. Według policjantów pechowy kierowca oblał test i na tej podstawie uznali, że posiada on znaczące braki wiedzy, które uzasadniają skierowanie go na egzamin sprawdzający.

W konsekwencji starosta wydał decyzję, na podstawie której skierował kierowcę na egzamin sprawdzający kwalifikacje do prowadzenia pojazdów mechanicznych. Kierowca słusznie złożył odwołanie od decyzji starosty i zaskarżył je do Samorządowego Kolegium Odwoławczego. Organ odwoławczy podtrzymał decyzję starosty. Kolejnym krokiem było zaskarżenie decyzji do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Kierowca oparł skargę na naruszeniu przepisu art. 99 ust. 1 ustawy o kierujących pojazdami w związku z przepisem art. 114 ust. 1 ustawy Prawo o ruchu drogowym. Zarzucał, że w jego sprawie nie istniały przesłanki uzasadniające skierowanie go na egzamin sprawdzający kwalifikacje. Dlatego domagał się uchylenia decyzji. Sąd rozpoznając sprawę, nie pozostawił suchej nitki na policji i staroście, który wydał decyzję o skierowaniu na egzamin. Po pierwsze, według sądu nie było żadnych poważnych zastrzeżeń co do kwalifikacji skarżącego. Policja błędnie wystąpiła zatem o skierowanie na egzamin. Po drugie, żaden przepis prawa nie daje policjantom uprawnienia do „rozpytywania” kierowcy na temat przepisów prawa. Jak stwierdził sąd, uzyskana w ten sposób wiedza nie może stanowić samoistnej podstawy do stwierdzenia, że kierujący nie posiada wystarczających kwalifikacji do kierowania pojazdem. Jednocześnie sąd stwierdził, że obecne przepisy umożliwiające skierowanie na egzamin sprawdzający opierają się jedynie na „przekonaniu” kontrolującego funkcjonariusza.

W ten sposób zwykli kierowcy, którzy „podpadli” policjantom dokonującym kontroli zostawali wrzucani do jednego worka z piratami drogowymi i naprawdę niebezpiecznymi kierowcami. Nie wiadomo, jaka jest skala kosztów wywołanych tą błędną praktyką policjantów. Wiadomo natomiast, że takie postępowanie stanowi całkiem niezłe źródło dochodów dla WORD-ów. Koszt egzaminu sprawdzającego jest taki sam, jak w przypadku normalnego egzaminu i wynosi 170 złotych. Niby nie jest to wiele, ale z zastosowaniem efektu skali może to być potężne źródło dodatkowych wpływów.

Istotne jest, że sąd zwrócił uwagę na okoliczność, która była do tej pory pomijana. Według Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach, rozstrzygnięcie starosty w postaci wydania decyzji o skierowaniu na egzamin sprawdzający było przedwczesne. Starosta oparł się jedynie na wniosku przygotowanym przez policję. A według sądu z jego treści nie wynikało, że był on uzasadniony. Starosta powinien podjąć próbę ustalenia (faktycznie powinien ustalić – przypis red.), w ramach postępowania dowodowego, na jakich podstawach oparty jest wniosek. Praktyką jest, że starostom nie chce się przeprowadzać postępowania dowodowego i z automatu kierują na egzamin sprawdzający kierowców. Wówczas powinniśmy zaskarżyć taką decyzję na podstawie przepisu art. 7, art. 77 i art. 107 kodeksu postępowania administracyjnego podkreślając, że organ administracji (starosta) wydał rozstrzygnięcie tylko na podstawie informacji uzyskanej od policji bez przeprowadzenia we własnym zakresie postępowania dowodowego. Tylko na tej podstawie SKO lub sąd powinny uchylić decyzję o skierowaniu nas na egzamin kwalifikacyjny.

Czego nie może policja

Policjanci często czują się niczym panowie i władcy szos. Wydaje im się, że mogą wszystko. Dlatego dobrze jest wiedzieć, czego nie może policja i jak się bronić. Po pierwsze, nagrywajmy czynności przeprowadzane z udziałem policjantów. Wiele spraw, w tym karnych, opiera się jedynie na podstawie twierdzeń samych funkcjonariuszy. Zdarza się, że kierowca przychodzi przed sądem udowadniać, że nie złożył propozycji korupcyjnej funkcjonariuszom drogówki, a ponieważ sąd zawsze uwierzy policjantowi, a nie obywatelowi, nagranie czynności może zadecydować o naszej wolności.

Policjant nie ma prawa, bez uzasadnionego podejrzenia, przeszukiwać samochodu, kierowców lub pasażerów. Jedynie, gdy będzie miał uzasadnione podejrzenie, że popełniony został czyn zabroniony, może dokonać przeszukania. Chociaż nie mówi się o tym głośno, to na życzenie przeszukiwanego policjant ma obowiązek spisać protokół. Funkcjonariusze nie lubią tego, ponieważ wymaga to od nich dodatkowego nakładu pracy i może stanowić podstawę do złożenia skargi na ich czynności. Często nadużywanym uprawnieniem jest także nakazywanie kierowcy opuszczenia pojazdu i udania się do pojazdu służbowego policjantów. Może do tego dojść jedynie w przypadku, gdy jest to bezwzględnie konieczne. Tak jest, jeżeli alkomat jest na stałe zainstalowany w radiowozie lub kierowca chce zobaczyć wykroczenie zarejestrowane na kamerze wideo. W każdym innym przypadku nakazanie udania się do radiowozu jest bezprawne. Nieumundurowani funkcjonariusze nie mogą też zatrzymać pojazdu do kontroli poza terenem zabudowanym. Nawet w ciągu dnia mogą to zrobić jedynie w obszarze zabudowanym i przy pomocy „lizaka” lub specjalnej latarki.

W starciu z aparatem państwa zawsze będziemy stroną słabszą. Tylko jak usprawiedliwić fakt, że to organy państwa nie znają prawa i stosują wobec obywateli bezprawne działania, które mogą dotknąć ich lub nawet ich kariery zawodowej?

Najnowsze

Lockdown w wersji pełzającej

Pod dyktando paniki

Cenzura z YouTube

O tym, że serwisy społecznościowe takich gigantów jak Facebook czy Google cenzurują zamieszczane przez użytkowników treści, wiadomo od dawna.

Samozwańczy cenzorzy internetu

Powstała grupa samozwańczych cenzorów internetu zwalczająca nie tyle fake newsy, co wolność słowa i opinie, z którymi się nie zgadzają.

Podatnicy nie chcą nowego JPK-VAT

Pomysł od początku ułomny prawnie

Życie na podsłuchu

Ceną za tę wygodę jest nasza prywatność