18.6 C
Warszawa
czwartek, 6 października 2022

Transatlantyckie kłótnie

Koniecznie przeczytaj

Zakończony niedawno szczyt państw G-7 w kanadyjskim Charlevoix pogłębił napięcia na linii USA – Europa, lecz dla Polski może mieć to paradoksalnie dobre konsekwencje.

 Niemal wszystkie media relacjonujące przebieg rozmów pomiędzy najważniejszymi przywódcami politycznymi zachodniej półkuli swoją uwagę skupiły na zdjęciu wykonanym przez niemieckiego fotografa, na którym zasiadający z jednej strony stolika Donald Trump spogląda na stojącą po drugiej Angelę Merkel i pozostałych liderów. Ta sama scena została uchwycona także z innych ujęć, na których cała sytuacja przedstawia się w nieco innej perspektywie, lecz uwagę zwraca przede wszystkim brak przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska.

Polski polityk, który wybrał się do Kanady razem z rodziną, bardzo starannie relacjonował swój pobyt na Instagramie, ukazując siebie m.in. w czasie rozmów w najwęższym gronie, czy też ściskającego dłonie prezydentów i premierów. W czasie kluczowych dyskusji, które najczęściej mają miejsce w kuluarach, jednak go zabrakło, co dość wyraźnie pokazało, że były premier służy głównie jako rodzaj politycznej dekoracji, zasiadającej na dodatek najczęściej u boku niemieckiej kanclerz Angeli Merkel.

Pozostając przy zdjęciach, sporą furorę zrobiła także fotografia ukazująca premiera Kanady Justina Trudeau ze sztucznymi brwiami, które w czasie wielogodzinnych rozmów odkleiły się i wywołały falę komentarzy. Tego rodzaju niecodzienna charakteryzacja była mu zapewne potrzebna jako element politycznego teatru odgrywanego w Kanadzie przez przywódców państw G-7. Wzajemne relacje pomiędzy obiema stronami Oceanu Atlantyckiego już dawno nie były tak kiepskie, choć nie można powiedzieć, aby istniał jakiś szczególnie istotny rozłam. Wzajemny chłód wynika przede wszystkim z linii politycznej Donalda Trumpa, który konsekwentnie odmawia odgrywania takiej roli, jaką uprzednio pełnili Barrack Obama, George W. Bush czy Bill Clinton.

Pozostali przywódcy państw grupy G-7 bardzo chcieliby, aby nastał 2022 rok i USA miały już innego przywódcę, lecz niestety, ku ich przerażeniu, to wciąż dość odległa perspektywa. Trump wygrał wybory jako antyestablishmentowy przywódca i pomimo wielu kompromisów na rzecz polityczno- biznesowych elit wciąż realizuje swój pierwotny program. Jako polityk nie mieści się we współczesnym kanonie, czego ilustracją było wspomniane zdjęcie, które obiegło cały świat. Podstawowy przedmiot sporu dotyczy handlu, który w skali globalnej coraz mocniej zmienia swoją strukturę. Po raz pierwszy od zakończenia zimnej wojny świat znalazł się w sytuacji, w której totalna dominacja Stanów Zjednoczonych zapewniająca na ogół swobodny przepływ towarów i usług nie jest już czymś oczywistym.

Media na całym świecie starają się uczynić z amerykańskiego prezydenta awanturnika, który nie liczy się z dobrymi obyczajami i uruchamia wojny celne, lecz w rzeczywistości już od dłuższego czasu pozostałe potęgi z grupy G-7 czynią bardzo podobnie. W zasadzie jedyną rzeczą, wobec której udało się na kanadyjskim szczycie ustalić wspólne stanowisko, było podtrzymanie sankcji wobec Rosji. Nie mogło być jednak inaczej skoro w tym samym czasie, w którym trwał szczyt G-7, Władimir Putin odwiedził Chiny. Pomimo tego Donald Trump zaskoczył wszystkich propozycją ponownego przyłączenia Rosji do tego elitarnego grona. Rosja nie przyjeżdża na spotkania potęg od czasu dokonania aneksji Krymu w 2014 roku, lecz Trump konsekwentnie dąży do tego, aby pozbawić Państwo Środka wszystkich możliwych sojuszników.

Szansa czy zagrożenie?

W Polsce nie brakuje w ostatnim czasie komentarzy, że z geopolitycznego punktu widzenia pogorszenie relacji transatlantyckich może stanowić dla naszego kraju katastrofę. Niekwestionowana pozycja Waszyngtonu miała przed laty działać jako czynnik powstrzymujący lokalne europejskie mocarstwa przed nadmierną aktywnością, a trwający obecnie proces wyłaniania się nowego porządku światowego może wiązać się z wielkimi stratami dla naszego kraju. Trwające wciąż spory w rodzinie imperiów półkuli zachodniej nie wiążą się jednak wcale z wycofaniem się Stanów Zjednoczonych z naszego regionu.

Wręcz przeciwnie, polski rząd negocjuje właśnie utworzenie stałej bazy wojsk amerykańskich na terenie Polski (na koszt rodzimego podatnika). Czysto teoretycznie znacznie zwiększa to bezpieczeństwo Polski w obliczu zagrożenia ze strony Rosji, lecz jednocześnie kraje goszczące na swoim terytorium amerykańskie wojska stają się przedmiotem manipulacji. Polska doświadcza tego, gdy amerykańskie władze uzależniają swoją militarną obecność od wycofania się przez PiS z nowelizacji ustawy o IPN.

Bez względu na to, czy amerykańska stała baza powstanie, czy nie, spory w relacjach transatlantyckich stanowią tak naprawdę wielką szansę dla Polski, która powinna umiejętnie rozgrywać brak jedności w gronie państw, które od wieków dążą do jej zdominowania. Tak naprawdę już dziś odczuwamy wiele pozytywnych skutków rozłamu wśród państw półkuli zachodniej. Stany Zjednoczone pod wodzą Trumpa nie dają już Niemcom wolnej ręki w regionie i same montują konkurencyjne wobec Unii Europejskiej Międzymorze. W odpowiedzi na to Niemcy zmuszone są szukać porozumienia z Polską, oferując nawet wskrzeszenie Trójkąta Weimarskiego. Jednym z naczelnych problemów Polski jest to, że w kwestiach militarnych zbyt wiele zależy od USA, a w kwestiach gospodarczych od Niemiec i Unii Europejskiej (aż 80 proc. handlu dotyczy krajów wspólnoty). Ponieważ obu stronom konfliktu będzie w najbliższym czasie bardzo zależało na przeciągnięciu Polski na swoją stronę, powinniśmy tę sytuację wykorzystać dla własnej korzyści.

Pod wieloma względami prezydentura Donalda Trumpa stanowi ogromną szansę dla Polski. Pomimo tego, że podpisał ustawę 447, wspierającą żydowskie roszczenia majątkowe wobec naszego kraju, tak naprawdę to właśnie dzięki niemu wyhamowany został wielki polityczny projekt, którego realizacja mogła być dla Polski niebezpieczna. Miliarder George Soros w wywiadzie dla „Washington Post” stwierdził nawet, że „Trump zniszczy świat”, gdyż dokonuje destrukcji sojuszu transatlantyckiego. Trump raczej nie zniszczy świata, ale może przejść do historii jako polityk, który w kluczowym momencie zablokował starania na rzecz bezprecedensowej centralizacji władzy na zachodniej półkuli.

Jego zaskakująca polityka nie tylko pokrzyżowała plany osób pokroju George’a Sorosa, lecz dała także impuls do walki kolejnym siłom sceptycznym wobec działań globalistycznych elit (m.in. antyunijnej koalicji rządzącej od niedawna we Włoszech). W swoim przemówieniu na szczycie w Charlevoix Donald Tusk stwierdził, że oprócz braku zgody w kwestii umowy z Iranem, handlu i klimatu najbardziej w relacjach między Europą Zachodnią a USA martwi go to, że za sprawą Trumpa „jest kwestionowany ład światowy oparty na zasadach” oraz że czyni to jego główny architekt i gwarant, czyli USA. Tusk dodał, że w tej sytuacji grozi nam stworzenie „nowego, postzachodniego porządku, w którym […] liberalna demokracja przestanie istnieć”.

Biorąc pod uwagę cywilizacyjny uwiąd i gigantyczne problemy społeczne państw Zachodu, nie powinniśmy obawiać się świata, przed którym ostrzega nas przewodniczący Rady Europejskiej. Na transatlantyckim zwarciu możemy tylko zyskać.

Autor

Poprzedni artykułNiemiecka burza
Następny artykułReparacje czas zacząć

Najnowsze