13.4 C
Warszawa
wtorek, 27 września 2022

ACTA 2, CZYLI PODATEK OD „SIADAJ SZOGUNIE”

Koniecznie przeczytaj

„Podatek od linków” to bat na tych, którzy nie chcą płynąć w „głównym nurcie”.

 W środę 12 września Parlament Europejski przyklepał kolejną wersję dyrektywy o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym, potocznie tzw. ACTA 2. Dyrektywa zawiera przepisy, których wejście w życie diametralnie zmieni dotychczasowe zasady korzystania z serwisów internetowych oraz portali społecznościowych. Regulacje zaproponowane przez Brukselę sprawią, że udostępnianie memów, kopiowanie linków do artykułów, a nawet wrzucanie zdjęć z meczów piłkarskich będą zabronione z uwagi na naruszenie praw autorskich lub pokrewnych. Administratorzy portali, na których zostaną udostępniane tego typu treści (Facebook, Twitter, ale również polski wykop.pl itd.) będą je usuwali dzięki specjalnym oprogramowaniom do skanowania aktywności użytkowników.

Oficjalnie nowym przepisom przyświeca szczytny cel, jakim jest ochrona praw autorskich (i pokrewnych) twórców, dziennikarzy, koncernów mediowych, artystów oraz organizatorów imprez. Ucywilizowanie bałaganu z udostępnianiem cudzych treści to bez wątpienia zadanie „na wczoraj”. Obecnie w internecie panuje pełna samowolka w tym zakresie. Wyegzekwowanie przez wydawców należności z tytułu bezprawnego korzystania z ich własności intelektualnej przypomina walkę z wiatrakami, zwłaszcza w sytuacji, gdy prawa autorskie naruszają internauci ukrywający się pod fikcyjnymi kontami, zalogowani np. w kafejkach internetowych.

Pytanie, czy potrzeba aż tak skrajnych i kontrowersyjnych narzędzi, by rozprawić się z internetową „szarą strefą”? Z pewnością nie. Rada Europejska opracowała przecież bardziej kompromisowy projekt dyrektywy, o którym pochlebnie wypowiadali się nawet urzędnicy z polskiego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Projekt ostatecznie wylądował w koszu. Zamiast kompromisu mamy propozycję Komisji, przyklepaną przez Parlament, która zawiera przepisy „skrojone” pod wielkie koncerny mediowe, które wraz z rządzącymi w Brukseli elitami, tworzą jedno wielkie liberalno- lewicowe środowisko.

Po co im ta dyrektywa? Odpowiedź jest prosta: unijni biurokraci i giganci rynku mediowego tracą polityczny grunt pod nogami na rzecz rosnących w siłę ugrupowań prawicowo-populistycznych, zyskujących popularność już nie tylko w państwach Europy Środkowo- Wschodniej, lecz również na zachodzie (Austria), południu (Włochy) oraz północy (Szwecja). Antyestablishmentowe ugrupowania zawdzięczają swoje sukcesy destrukcyjnej polityce (np. migracyjnej) Brukseli z jednej strony, z drugiej zaś skutecznej aktywności w mediach społecznościowych. Tworzenie memów, korzystanie z fikcyjnych kont, przeróbki filmików z politykami – to dziedziny zdominowane przez umowną „prawą stronę”. Nie byłoby przecież zwycięstwa Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich, gdyby nie pełna mobilizacja PiS-owskiego elektoratu na portalach społecznościowych. W tym kontekście „podatek od linków” to nic innego, jak próba „odbicia internetu” z rąk umownej prawicy poprzez wprowadzenie faktycznej cenzury.

Podatek od „siadaj szogunie”

Dowodów na to, że prawica „umie w internety”, nie trzeba szukać daleko. W pierwszej połowie 2015 roku sztab wyborczy Andrzeja Dudy podpisał umowę z tajemniczą spółką Echupacabra z o.o. (nazwa nawiązuje do mitycznego meksykańskiego potwora – red.), założoną przez byłych asystentów szefa sztabu Dudy Adama Bielana – Piotra Sulima oraz Dominika Czernika. Potwierdzają to dokumenty znajdujące się w Polskiej Komisji Wyborczej, do których dotarła „Gazeta Wyborcza”. Przedmiotem umowy było prowadzenie internetowej kampanii na rzecz kandydata PiS w wyborach prezydenckich.

Nie chodziło jednak ani o założenie strony internetowej, ani też o obsługę oficjalnych kont kandydata w mediach społecznościowych. Tym zajmowały się zupełnie inne firmy. Sekret umowy z „Elchupacabrą” został opisany w załączniku nr 2 do umowy, który zobowiązywał spółkę do stworzenia w ciągu miesiąca 1 tys. „wątków tematycznych” za 20 zł od każdego oraz 5 tys. „wpisów automatycznych” przy cenie 2 zł od jednego. Za tymi enigmatycznymi sformułowaniami kryje się stworzenie armii internetowych bootów oraz fikcyjnych kont w mediach społecznościowych.

Z dokumentów nie wynika, jaki miał być konkretny cel ich działalności. Wiadomo natomiast, że w czasie kampanii wyborczej portale takie jak Twitter oraz Facebook zostały zalane przez tysiące anonimowych kont, memów oraz wpisów, dyskredytujących kontrkandydata Dudy – Bronisława Komorowskiego. Inna sprawa, że ośmieszenie urzędującego wówczas prezydenta nie było trudnym zadaniem. Głowa państwa zasłynęła z licznych wpadek, które stanowiły paliwo dla internetowych „trolli” wynajętych przez sztab Adama Bielana.

Spółka Echupacabra wzorowo wywiązała się ze zlecenia, o czym świadczy, chociażby fakt, że od podpisania umowy do ostatniego przedwyborczego sondażu Andrzej Duda odrobił 15 pkt. proc. do Bronisława Komorowskiego. Gdyby w 2015 roku obowiązywały przepisy unijnej dyrektywy o prawach autorskich, nie byłoby tysięcy fikcyjnych kont oraz memów, które pchały sondażowe słupki Andrzeja Dudy. Można wręcz postawić tezę, że jego zwycięstwo nad Komorowskim byłoby mało prawdopodobne, lub wręcz niemożliwe. Informacja o wpadce byłego prezydenta w japońskim parlamencie (słynne: „siadaj szogunie”) nie rozniosłaby się tak szerokim echem po internecie, ponieważ nagranie było własnością Polskiej Agencji Prasowej i jego publikacja naruszałaby przepisy dyrektywy.

„Podatek od linków” dotyczyłby również udostępniania wspólnych zdjęć Komorowskiego z byłymi agentami WSI oraz ludźmi powiązanymi ze SKOK Wołomin. ACTA 2 zakończyłaby działalność słynnego profilu na Twitterze „PikuśPOL”, który przez ostanie 2 lata opublikował blisko 25 tys. postów ośmieszających przeciwników PiS-u, co daje ponad 30 wpisów dziennie! Takich przykładów jest znacznie więcej i każdy z nich dowodzi, że wprowadzenie unijnej dyrektywy kilka lat temu mogłoby skutecznie utrudnić Jarosławowi Kaczyńskiemu zwycięstwo w podwójnych wyborach w 2015 r. Art. 11 i 13, czyli bat na prawicę.

Dominacja umownej prawicy w mediach społecznościowych to zjawisko znane nie tylko nad Wisłą, lecz także wszędzie tam, gdzie lewicowo-liberalne elity nadają dyskurs oficjalnej publicznej debaty. To właśnie na kampanii w internecie swoje zwycięstwo zbudował Sebastian Kurz, wprowadzając do austriackiego parlamentu Wolnościową Partię Austrii, która zdobyła aż 26 proc. głosów. Te same mechanizmy zadziałały ostatnio w Szwecji, gdzie antyimigranckie ugrupowanie Szwedzcy Demokraci na początku września zdobyło 62 mandaty w 349-osobowym parlamencie.

Zmasowana kampania w mediach społecznościowych pomogła zwyciężyć również Donaldowi Trumpowi w wyborach prezydenckich w 2016 roku. Elity Brukseli czują, że tracą władzę, dlatego „podatek od linków” należy w pierwszej kolejności rozpatrywać w kategoriach politycznych. Wielkie koncerny mediowe, pokroju niemieckiego Ringier Axel Springer, to nic innego, jak polityczna przybudówka środowisk lewicowych. Komisji Europejskiej zależy nie tyle na ucywilizowaniu regulacji praw autorskich, ile przede wszystkim na ograniczeniu internetowej wolności, z której skutecznie korzystają prawicowe środowiska, ośmieszając memami, filmikami i krótkimi wiadomościami swoich lewicowych oponentów. W tym kontekście „podatek od linków” to bat na prawicowo-populistyczne ugrupowania, które kwestionują ideę Wspólnoty, krytykują politykę migracyjną oraz nie akceptują norm kulturowo-obyczajowych, promowanych przez lewicę.

Największe zagrożenie dla ugrupowań budujących swoją siłę w internecie stanowią art. 11 i 13 dyrektywy w sprawie praw autorskich. Ten drugi zobowiązuje serwisy internetowe do wdrożenia mechanizmów filtrujących treści, co w praktyce oznacza, że każdy materiał opublikowany przez użytkownika będzie poddawany kontroli pod kątem ewentualnego naruszenia praw autorskich i pokrewnych. Natomiast w art. 11 został ukryty „podatek od linków”, który polega na obowiązku wykupienia licencji w celu wykorzystania treści danego serwisu. Pieniądze z tego tytułu powędrują głównie do wielkich serwisów informacyjnych, które cieszą się największą cytowalnością.

Autor

Poprzedni artykułBat na mafię autostradową
Następny artykułRosjanie źle widziani

Najnowsze