29.2 C
Warszawa
sobota, 25 czerwca 2022

Jak PSL zniszczył rolników

Koniecznie przeczytaj

Ludowcy, którzy zawsze uważali się za jedynych obrońców polskich rolników, pogrążyli ich unijnymi dopłatami.

Dwa tygodnie temu w Lublinie przebywali Minister Inwestycji i Rozwoju Regionalnego Jerzy Kwieciński oraz wicemarszałek Sejmu i jednocześnie rzeczniczka PiS Beata Mazurek. Wizyta miała ścisły związek z objazdem polityków partii Jarosława Kaczyńskiego po miastach wojewódzkich w związku z kampanią przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi. W Lublinie politycy PiS poinformowali o tym, jak rzeczywiście wydawane były w ostatnich latach środki unijne w województwie lubelskim. Zdaniem Kwiecińskiego w wyniku zaniedbań, jakich dopuścili się samorządowcy z PSL, Lubelszczyzna może stracić prawie 80 mln euro. Za te pieniądze można by np. wybudować i zmodernizować około 350 km dróg lokalnych.

– Żal by było, gdyby województwo lubelskie z tego nie skorzystało – przekonywał minister Kwieciński. Z kolei Beata Mazurek zadeklarowała, że jeśli PiS zdobędzie władzę w regionie, to przypilnuje, aby „żadne euro nie zostało zmarnowane”. Słowa Kwiecińskiego i Mazurek rozwścieczyły przybyłych na konferencję ludowców (w większości urzędników z Urzędu Marszałkowskiego), którzy rządzą Lubelszczyzną. Doszło do emocjonalnej wymiany zdań pomiędzy ministrem Kwiecińskim a marszałkiem województwa Sławomirem Sosnowskim. Ten ostatni wykrzyczał, że wszystko, co powiedział Kwieciński, jest nieprawdą i może to udowodnić. Według Sosnowskiego „nie grozi nam utrata nawet jednego euro z Regionalnego Programu Operacyjnego”. Wskazując na przybyłych na konferencję kolegów z Urzędu Marszałkowskiego, rzucił, że „ci ludzie, którzy tutaj stoją, walczyli o to, żeby najbiedniejsze województwo w Polsce nie oddało środków. Zostawili pot i krew”. Stwierdzenia ministra nazwał zwykłym „szkalowaniem województwa i podcinaniem skrzydeł”. Pod adresem delegacji polityków PiS posypały się okrzyki w rodzaju „kłamcy” i „tchórze” oraz gremialne buczenie.

Grupy producenckie

Politycy PiS mieli jednak dobre informacje, poruszając temat unijnych środków, które może utracić Lubelszczyzna. Sprawa, o której mówił Kwieciński, dotyczy dotacji dla rolniczych grup producenckich, które były przyznawane przez urzędników podległych marszałkowi województwa lubelskiego Sławomirowi Sosnowskiemu. Takie grupy były tworzone w Polsce od 2007 r. Ich powołanie wymagało jednak spełnienia wielu niezbędnych formalności. Pierwszym krokiem było zebranie co najmniej pięciu rolników, którzy produkują ten sam produkt, np. zboże czy tytoń. Następnie muszą oni zarejestrować się w Krajowym Rejestrze Sądowym (KRS), a na końcu uzyskać wpis do rejestru grup producentów rolnych, który prowadził właściwy terenowo urząd marszałkowski. Po dokonaniu rejestracji takiej grupy producenckiej, może ona złożyć wniosek w Agencji Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR) o przyznanie środków finansowych w ramach istniejącego Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Został on opracowany na podstawie przepisów Unii Europejskiej, a w szczególności rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej nr 1305/2013 z dnia 17 grudnia 2013 r. w sprawie wsparcia rozwoju obszarów wiejskich przez Europejski Fundusz Rolny na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich (EFRROW). Na jego realizację Bruksela przeznaczyła w latach 2007–2015 prawie 7 mld złotych. Beneficjentami tych pieniędzy miały być m.in. rolnicze grupy producenckie. Takie grupy powstawały m.in. w województwie lubelskim, najintensywniej w latach 2010–2015. To czas, gdy Lubelszczyzną rządzili właśnie ludowcy.

Gdy zapytaliśmy o nie urzędników z lubelskiego Urzędu Marszałkowskiego, nie chcieli mówić o konkretach. Powiedzieli nam jedynie tyle, że spora część z tych grup istniała tylko „na papierze”. Miały one zostać zorganizowane z udziałem „umówionych ludzi” i tylko po to, aby móc ubiegać się o unijne środki. W lubelskim urzędzie marszałkowskim istniała zresztą w tym zakresie bardzo specyficzna praktyka. Nie dość, że do podpisywania bardzo ważnych dokumentów urzędowych oddelegowano urzędniczkę niższego szczebla, to w całej dokumentacji dotyczącej rejestracji grup producenckich panował kompletny bałagan. Zdarzało się nawet, że w jednej sprawie decyzję podejmowano podwójnie. W jednym z takich przypadków kontrolerzy z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR) odnaleźli dwa identyczne pisma. Według kontrolerów z ARiMR do nieprawidłowości dochodziło również przy składaniu wniosków o dotacje unijne. Bywało tak, że dokumentacja wniosku była niekompletna, albo zawierała nieprawdziwe informacje. W rezultacie nader często dochodziło do rażącego naruszenia przepisów. Nic dziwnego, że rezultatem kontroli ARMiR, było poinformowanie o całej sprawie prokuratury.

Poszkodowani rolnicy

Część grup producenckich, które zostały utworzone na Lubelszczyźnie, było fikcją, ubraną jedynie w urzędowe dokumenty, niechlujnie zresztą sporządzane. Wielewskazuje na to, że osoby, które je tworzyły, musiały dzielić się później pozyskanymi środkami z tymi, od których decyzji to zależało. Ten aspekt bada obecnie prokuratura okręgowa. Jednak część grup producenckich, jakie zarejestrowano w województwie lubelskim, taką fikcją na pewno nie była. Rolnicy je tworzący działali w dobrej wierze i byli przekonani, że wszystko odbywa się zgodnie z przepisami. Nie mogli przypuszczać, że urzędnicy nie mają nawet stosownego upoważnienia do wydawania odpowiednich decyzji. 

perspektywy rolników, którzy takie grupy współtworzyli, sytuacja, w jakiej się znaleźli, jest niezwykle dramatyczna, bo środki, jakie pozyskali w ramach unijnych dotacji, zostały już dawno zainwestowane. Tymczasem okazało się, że będą musieli je zwrócić, bo zostały im przyznane w sposób niezgodny z prawem. Tutaj pojawia się dramat członków lubelskich grup producenckich. Co zrobić w sytuacji, gdy trzeba oddać kilka albo kilkanaście milionów złotych, których już nie mają? Żaden bank nie udzieli im kredytu, który mógłby pokryć wysokość środków, jakie będą musieli niebawem zwrócić.

Lubelscy PSL-owcy umywają ręce

Lubelscy ludowcy z marszałkiem województwa Sławomirem Sosnowskim nie czują się winni zaistniałej sytuacji. Podważają ustalenie kontrolerów ARiMR, a także lubelskiej prokuratury okręgowej w tej sprawie. Ich zdaniem działanie CBA to „prymitywnie uszyte” kłamstwa, które szkodzą tylko Bogu ducha winnym rolnikom. Jednak czy takie zachowanie ludowców może dziwić? Jeśli uważniej przyjrzymy się działaniom lubelskich samorządowców z PSL, to okazuje się, że sprawa grup producenckich na Lubelszczyźnie nie jest wcale czymś nadzwyczajnym. Zasadniczo rzecz biorąc, sfera unijnych dotacji była na Lubelszczyźnie, podobnie jak w innych województwach rządzonych przez PSL, obszarem nader wielu patologii.

Jednym z najważniejszych mechanizmów było tworzenie różnego rodzaju podmiotów zewnętrznych przez działaczy PSL lub ich „zaufanych”, których zadaniem było spełnianie „filtra” wniosków o unijne dotacje. Po odpowiednim wyselekcjonowaniu wnioski te trafiały do lubelskiego Urzędu Marszałkowskiego. Oficjalnie podmioty – „filtry” miały zadbać tylko o to, aby wnioski te zostały poprawnie przygotowane. W rzeczywistości były one kluczowym ogniwem w patologicznym systemie ich „pozytywnego załatwiania”, oczywiście za tzw. odsypem. Ten z kolei uzależniony był od wysokości unijnej dotacji. Jak się okazuje, równie ważnym mechanizmem było tworzenie fikcyjnych grup producenckich, które również ubiegały się o unijne dotacje.

Trudno nie postawić pytania, czy twórcy takich grup producenckich z lubelskiego Urzędu Marszałkowskiego nie byli także beneficjentami unijnych środków, jakie one potem otrzymywały? Niekoniecznie musiały one popłynąć bezpośrednio do ich kieszeni. Lubelscy samorządowcy z PSL tworzyli w ostatnich latach wiele stowarzyszeń i fundacji, które dzisiaj dysponują całkiem sporymi środkami. Aby to potwierdzić, wystarczyłoby tylko sprawdzić przypływy finansowe na ich kontach bankowych. Patologie na Lubelszczyźnie pojawiały się także przy realizacji wszelkiego rodzaju projektów informatycznych, realizowanych z wykorzystaniem środków unijnych. Uwidoczniło się to zwłaszcza w tych działaniach, które związane były z cyfryzacją urzędów (gminnych, miejskich). Niejasny był wybór firm, które je realizowały (wiele z nich należało do osób powiązanych rodzinnie z lubelskimi działaczami PSL), a sama ich realizacja nie była przez nikogo nadzorowana i niejednokrotnie nie było nawet ostatecznego odbioru całego dzieła.

Zdarzało się nawet tak, że firmy realizujące takie przedsięwzięcia nie przekazywały potem kodów źródłowych do systemu informatycznego, co uniemożliwiało nim zarządzanie. Tak było m.in. w przypadku projektu cyfrowego „Wrota Lubelszczyzny” realizowanego przez firmę Asseco Poland, która miała bliskie powiązania z działaczami na Podkarpaciu (ten wątek pojawia się w śledztwie katowickiej prokuratury prowadzącej śledztwo w sprawie Jana Burego). Wymienione przez nas mechanizmy to jedynie elementy sytuacji, z jaką mieliśmy do czynienia w ostatnich latach na Lubelszczyźnie. Nie da się ukryć, że odpowiedzialność za nią ponoszą rządzący działacze lubelskiego PSL. W rękach ludowców znajduje się nie tylko urząd marszałkowski w Lublinie, także spośród 20 rad powiatów, aż 17 jest na Lubelszczyźnie w rękach tej partii. PSL kontroluje również blisko połowa lubelskich gmin.

Dzisiaj Lubelszczyzna jest prawdziwym bastionem PSL. Ludowcy zdają sobie sprawę z tego, że jeśli władza w województwie trafi w ręce PiS, może być naprawdę źle. Zwłaszcza że w papierach urzędu marszałkowskiego w Lublinie panuje bałagan i kontrola może ściągnąć odpowiedzialność karną. Ludowcy boją się też o swoje własne majątki. Nie jest tak bez powodu. Wielu z nich osiągnęło poziom zamożności, o jakim przeciętny Polak może jedynie śnić. Jeden ze współpracowników marszałka Sławomira Sosnowskiego zakupił kilka lat temu działkę z niewielkim domkiem na Wyspach Bahama. Teraz jeździ tam jego żona, gdy on sam ciężko pracuje w lubelskim Urzędzie Marszałkowskim. Tak wygląda Polska w pigułce, oczywiście pod rządami PSL.

 

Autor

Poprzedni artykułBułgarski trop
Następny artykułNAFTA po liftingu

Najnowsze