28.6 C
Warszawa
czwartek, 30 czerwca 2022

Polityka potrzebuje kobiet

Koniecznie przeczytaj

Z Joanną Augustynowską, posłanką, rozmawiała Katarzyna Mazur

Skąd w zasadzie zrodził się w Twojej głowie pomysł, żeby wejść do polityki?
Do pewnego momentu życia faktycznie nie bardzo było mi po drodze z polityką. Przełom nastąpił w 2015 r. Kiedy spojrzałam poza swoje przysłowiowe podwórko, okazało się, że społeczeństwo jest nieprawdopodobnie podzielone, a różnica w zamożności Polaków uderzająca – jednym kokosy i miliony wypadają z kieszeni, u innych te kieszenie świecą pustkami. Zadziwiła mnie i rozzłościła także arogancja władzy. Te czynniki razem wzięte spowodowały różne niedogodności w życiu codziennym, które dotknęły mnie osobiście.

Co najbardziej Ci przeszkadzało w otaczającej Cię rzeczywistości?
Ludzie wokół mnie byli coraz bardziej zmęczeni, ceny szły do góry, a wynagrodzenia stały w miejscu. Frustracja społeczna, którą obserwowałam, podpowiadała mi, że albo coś się diametralnie zmieni, bo jesteśmy narodem potrafiącym walczyć o wolność i swoje wartości, albo uśpieni, zniechęceni, nie zareagujemy, a „tłuste koty” będą nami rządzić do końca naszego życia. Trochę w emocjach, przy wsparciu męża, który był wówczas bardziej ode mnie zaangażowany w politykę, zaczęłam się interesować tym, co dziś jest moją zawodową codziennością. Zaczęłam chodzić na spotkania organizowane przez Ryszarda Petru w których uczestniczyli młodzi ludzie prowadzący działalność gospodarczą. Przychodzili tam, bo nie wiedzieli, z jakiego powodu nie da się na przykład obniżyć kosztów pracy, dlaczego składki na ZUS co roku rosną, a emerytury i zasiłki nie, itp. itd.

To były Twoje początki?
Tak, zaczęło się od uczestnictwa w spotkaniach grup roboczych Nowoczesnej. Kompletnie nie wiedziałam wtedy, czym jest polityka. W każdym razie byłam podczas tych spotkań na tyle aktywna i wyrazista, tak to dziś oceniam, że zaproponowano mi „jedynkę” we Wrocławiu na liście Ryszarda Petru. Moje przerażenie i przeświadczenie, że za mało wiem i umiem, nie pozwoliło mi przyjąć tej propozycji. Na „jedynce” powinna być lokomotywa, która ściąga głosy, a ja się nią wówczas nie czułam. Ryszard Petru był zdziwiony moją odmową, ale ostatecznie byłam „dwójką”. Moja kampania była niestereotypowa – wyszłam do mieszkańców mojego miasta. Rano parzyłam kawę, zabierałam ze sobą termos, kubki i częstowałam mieszkańców Wrocławia, pytając ich jednocześnie, co ich wkurza, co chcieliby zmienić, czego oczekują od polityków. Na tej kanwie zbudowałam swoją rozpoznawalność i zdobyłam zaufanie Wrocławian – zostałam wybrana do parlamentu.

Jak wspominasz swoje pierwsze chwile w Sejmie?
Kiedy wchodziłam do polityki, chciałam walczyć o równouprawnienie różnych grup społecznych. Dziś mam poczucie, że muszę walczyć o podstawowe wartości, takie, o których wydawało się, że nikt nie pomyśli nawet o tym, żeby je naruszyć. Poza tym, zanim weszłam do polityki, byłam przekonana, że ci wszyscy ludzie, którzy w niej siedzą od lat, są trochę oderwani od rzeczywistości, dlatego ustalają na przykład takie a nie inne stawki podatków. Sądziłam, że jak już będę w tym parlamencie, to wszystko im wyjaśnię, a oni wszystko zmienią, bo przecież nie jest możliwe, żeby oni wszyscy tam chcieli źle dla Polaków. Szok był olbrzymi, kiedy się okazało, że nie jest tak, jak sobie wyobrażałam. Pierwszy rok to była też potężna lekcja umiejętności organizacyjnych – okazało się, że moje życie zaczyna się o 4.40 nad ranem, a kończy często o 1.00 w nocy. Musiałam się nauczyć znajdować czas dla rodziny i aktywności wynikających z nowych obowiązków.

Mówisz o równych prawach. Nie masz wrażenia, że media często kreują wizerunek kobiet w polityce trochę w oderwaniu od rzeczywistości?
Media kreują to, co się dobrze sprzedaje. Prędzej pokażą matkę, która w depresji poporodowej morduje swoje dziecko, niż przeciętną, zadowoloną, uśmiechnięta „matkę Polkę”. Zdarzyło się, że jakaś rozmowa ze mną nie ujrzała światła dziennego, bo wydawca jednego czy drugiego medium uznał, że jestem zbyt „normalna”. Zasadniczo jednak należy walczyć ze stereotypami i kreowaniem rzeczywistości na czyjąś wydumaną, oderwaną od realiów modłę. Kobiety – tak w polityce, jak i biznesie czy życiu społecznym – są niezbędne. Inaczej niż mężczyźni patrzymy na świat, mamy więcej empatii, mocniej stąpamy po ziemi – łatwiej nam zrozumieć problemy osób niepełnosprawnych, szybciej dostrzeżemy brak zinstytucjonalizowanego wsparcia dla seniorów, bo w sposób naturalny w historii naszą rolą była opieka – lepiej nam wychodzi wykorzystywanie instynktów w tym zakresie, to dla nas naturalne. Polityka potrzebuje kobiet, bo wnoszą do niej pewną harmonię i łagodzą obyczaje.

Polityka potrzebuje kobiet, ale czy one się w niej odnajdują? Czy polityka jest dla kobiet? Jak oceniasz kobiecą solidarność w polityce?
Może to zabrzmi kontrowersyjnie, może wywoła protesty wśród pań w polityce, ale nie jestem przekonana, czy polityka jest dla kobiet. Nie potrafi ę ocenić, na ile kobiety w polityce potrafi ą ze sobą współpracować. Częściej widziałam dwóch mężczyzn o różnych poglądach, odmiennym pomyśle na rozwiązanie jakiegoś problemu, dogadujących się, odrzucających emocje. Kobiety mają w sobie większą potrzebę udowadniania, że „ich” musi być na wierzchu, że to one mają rację, że to ich pomysł jest najlepszy. Poza tym, wcale nie jest tak łatwo namówić kobiety do kandydowania w wyborach parlamentarnych. Dużo w tej kwestii zależy od regionu Polski.

Skoro wspominasz o regionach – aktywnie uczestniczyłaś w projekcie Sprawa Polek. Co on wniósł do Twojego postrzegania sytuacji kobiet w Polsce?
Założeniem było, że spotykamy się z kobietami w całej Polsce i rozmawiamy z nimi o równości, świadomości, o prokreacji, edukacji seksualnej. W zasadzie przygotowani byliśmy na każdy temat, który kobiety będą chciały z nami poruszyć. Okazało się, że jedną z podstawowych kwestii była potrzeba wyższego wynagrodzenia – godziwe w ich ocenie wynagrodzenie dawałoby im poczucie spełnienia.

Zależność ekonomiczna kobiet to jeden z powodów, dla których niejednokrotnie tkwią w patologicznych, unieszczęśliwiających je związkach…
Często kobiety nie są nauczone tego, że mogłyby sobie same poradzić. Wychowane w przeświadczeniu, że to mężczyzna jest głową rodziny, godzą się na wiele niegodziwości, bo nie mają świadomości, że można żyć lepiej. Inaczej jest oczywiście w dużych miastach, inaczej w Polsce powiatowej. Te różnice niestety się pogłębiają. Trochę lepiej było, kiedy na przykład Centrum Praw Kobiet mogło liczyć na większe wsparcie finansowe, organizacyjne ze strony państwa, samorządów lokalnych. Miało większe możliwości działania w terenie. Na przykładzie Wrocławia mogę powiedzieć, że działające w ramach Centrum Praw Kobiet dziewczyny z pełną świadomością wyjeżdżały poza granice aglomeracji miejskiej. Wiedziały, że największego wsparcia, edukacji, potrzebują te panie, które nie mają na co dzień dostępu do bogatych zasobów miejskich.

Oceniasz te działania, które podejmujecie, jako realną pomoc?
Zgłaszane przez kobiety problemy można traktować jako konsultacje społeczne, które pozwolą na tworzenie lepszego prawa. Przede wszystkim jednak kobiety z którymi się spotykamy, bardzo głośno i wyraźnie mówią o tym, że tego potrzebują , bo nikt z nimi nie rozmawia. Mają dzięki spotkaniom z nami poczucie, że ktoś interesuje się ich problemami, są dla kogoś ważne. To jest dla mnie wymiernym efektem tych działań. Myślę, że w ślad za tym poczuciem bycia wysłuchanymi, pójdą inne, głębokie zmiany w sposobie myślenia kobiet w Polsce. Bez wątpienia drzemie w nas ogromna siła. Mamy potencjał, by zmieniać rzeczywistość.

 

Autor

Poprzedni artykułNiemiecka strefa Euro
Następny artykułPozdrowienia z Brukseli

Najnowsze