9.6 C
Warszawa
środa, 28 października 2020

Jak Czarnecki ograł tajnych agentów

Koniecznie przeczytaj

Pełzający lockdown

Nie zrobiono nic...

Górski Karabach. Nowe ludobójstwo Ormian?

Do tej wojny nigdy by nie doszło...

Lockdown w wersji pełzającej

Pod dyktando paniki

Perły polskiego biznesu

25 najbardziej przedsiębiorczych kobiet

„Gazeta Finansowa” miała rację

Rzecznik ministra koordynatora ds. służb specjalnych kłamał na temat planów zatrzymania jednego z najbogatszych Polaków.

Dziennik „Puls Biznesu” opisał przebieg wydarzeń wokół próby zatrzymania biznesmena Leszka Czarneckiego, właściciela m.in. Getin Banku, który nagrał szefa Komisji Nadzoru Finansowego Marka Ch. podczas składania korupcyjnej propozycji. Nieudaną akcję służb na lotnisku w Warszawie jako pierwsza opisała „Gazeta Finansowa” 16 listopada 2018 r. Tuż po publikacji rzecznik koordynatora służ specjalnych Stanisław Żaryn zarzucił „Gazecie Finansowej” publikację „fake newsa”. Okazało się, że „fake news” owszem był, ale w publikacji rzecznika.

W bagażniku żony
W marcu „Puls Biznesu” przedstawił krok po kroku, jak doszło do wydarzeń na Okęciu. – Ta historia to gotowy scenariusz filmu sensacyjnego z elementami farsy spod znaku Pasikowskiego i Machulskiego. W rolach głównych występują: Leszek Czarnecki, jego żona, kierowca i ochroniarz w jednym, służby specjalne. Drugoplanową rolę odgrywa Komisja Nadzoru Finansowego. Przebieg zdarzeń zrekonstruowaliśmy po wielu rozmowach i potwierdziliśmy u trzech niezależnych od siebie źródeł – przekonywał autor tekstu „Jak Czarnecki ograł służby” red. Eugeniusz Twaróg. Twaróg wyjaśnił, że przebieg wydarzeń zrekonstruował po wielu rozmowach i potwierdził w trzech niezależnych od siebie źródłach. Według autorów materiału biznesmen i jego żona – znana dziennikarka Jolanta Pieńkowska na 9 listopada mieli zarezerwowany odrzutowiec, którym mieli polecieć na wakacje. Dwa dni wcześniej pełnomocnik Czarneckiego złożył zawiadomienie w prokuraturze dotyczące Marka Ch. To właśnie Ch. miał złożyć biznesmenowi dwuznaczną ofertę.

Z ustaleń „Pulsu Biznesu” wynika, że oficer służb specjalnych pracujący jako tajniak (czyli „pod przykryciem”, jak mówi się w żargonie służb), o którym pisaliśmy w listopadzie, został zatrudniony przez Czarneckiego już dwa lata wcześniej. „Przykrywkowiec” był szoferem i ochroniarzem żony biznesmena. Gdy jednak Czarnecki dowiedział się, kim naprawdę jest jego nowy pracownik, nie zwolnił go. Najciekawsze okazały się wydarzenia między złożeniem zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa przez Marka Ch., a planowanym terminem wylotu. Według „Pulsu Biznesu” żona Czarneckiego umówiła się na spotkanie u znajomej. Na spotkanie nie pojechała jednak sama – „towarzyszył” jej sam Czarnecki. W bagażniku. W apartamencie został jednak jego telefon, za którego sygnałem podążały służby. W dniu planowanego wylotu, gdy Czarnecki był już poza granicami Polski, Pieńkowska zabrała telefon męża z apartamentu i wsiadła do auta, które miało zawieść ją na lotnisko. Oficer pod przykryciem, który miał zawieźć parę na lotnisko, musiał się zorientować, że „coś nie gra”, jednak w obecności żony biznesmena nie mógł zaalarmować reszty ekipy realizacyjnej. Według „Pulsu Biznesu” po nieudanej próbie zatrzymania na warszawskim lotnisku, służby przez godzinę przesłuchiwały Pieńkowską, po czym pozwoliły jej opuścić Polskę.

Wizerunkowa katastrofa
Dla polskich służb wydarzenia z 9 listopada były sporym blamażem. Na niepowodzenie operacji wpłynęło kilka czynników. Wśród nich presja – wpłynięcie zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa 7 listopada, połączona z faktem, że para planowała wylot na wakacje do Izraela, z którym to Polska nie ma podpisanej umowy o ekstradycji. Również fakt dekonspiracji oficera rzuca się sporym cieniem na polskich służbach. Natomiast fakt, że podążano za sygnałem telefonu, a nie człowiekiem, to podręcznikowy błąd szkoleniowy, przed którym ostrzega się młodych funkcjonariuszy. Zaskakujące jest również to, że już na lotnisku doszło do nieudanej próby zatrzymania. Ekipa realizacyjna nie powinna podejmować działań, dopóki z auta nie wysiadł cel. A tym celem przecież nie była Pieńkowska. Nic więc dziwnego, że gdy 16 listopada 2018 r. w „Gazecie Finansowej” ujawniliśmy to wydarzenie, przełożonym ABW nie było do śmiechu. Rzecznik Stanisław Żaryn atakując nas w sposób emocjonalny na Twitterze, wykazał się brakiem profesjonalizmu. Zaraz po nim zaatakował bliski mu portal braci Karnowskich (Żaryn był jego publicystą). „A już szyli taką piękną narrację… Czarnecki miał być zatrzymany?! Rzecznik ministra koordynatora dementuje: Klasyczny fake news!” – brzmi tytuł jednego z tekstów, które ukazał się tamtego wieczora.

Teraz, gdy ustalenia „Gazety Finansowej” potwierdził „Puls Biznesu”, który na dodatek opisał przebieg wydarzeń krok po kroku, atakującym zabrakło przyzwoitości, aby przeprosić za swoje słowa. Sam rzecznik, po dłuższym milczeniu, opublikował na Twitterze oświadczenie: „Służby specjalne podległe Ministrowi Koordynatorowi nie podejmowały jakiejkolwiek próby zatrzymania Leszka Czarneckiego. Publikacje w tej sprawie są nieprawdziwe”. Przypomnijmy, że rzecznicy muszą podawać komunikaty, odpowiadające nie prawdzie, a stanowisku swoich przełożonych. Czy gdyby jednak urzędnikom groziła odpowiedzialność karna, za podawanie nieprawdziwych informacji w przestrzeni medialnej, to Żaryn powtórzyłby swoje słowa? Wątpliwe.

Najnowsze

Lockdown w wersji pełzającej

Pod dyktando paniki

Cenzura z YouTube

O tym, że serwisy społecznościowe takich gigantów jak Facebook czy Google cenzurują zamieszczane przez użytkowników treści, wiadomo od dawna.

Samozwańczy cenzorzy internetu

Powstała grupa samozwańczych cenzorów internetu zwalczająca nie tyle fake newsy, co wolność słowa i opinie, z którymi się nie zgadzają.

Podatnicy nie chcą nowego JPK-VAT

Pomysł od początku ułomny prawnie

Życie na podsłuchu

Ceną za tę wygodę jest nasza prywatność