1.9 C
Warszawa
czwartek, 8 grudnia 2022
Advertisement

Komik prezydentem

Koniecznie przeczytaj

Obłęd czy metoda?

Według przedwyborczych sondaży prezydentem Ukrainy może zostać komik. Wołodymyr Zełenski zawdzięcza poparcie nie tyle atrakcyjnemu programowi, co nastrojom protestacyjnym. To wyraz społecznej dezorientacji czy desperacji? W każdym razie tak wygląda niewesoły pejzaż Ukrainy pięć lat po Rewolucji Godności.

Czy chcieliby Państwo, aby prezydentem Rzeczypospolitej został Robert Górski? To chyba niegłupi pomysł. Byłoby na pewno weselej, a wstrząs mentalnościowy bardzo przydałby się nadętym elitom z obydwu stron sceny politycznej. Tym bardziej, że powiew świeżości nie zburzyłby utrwalonych instytucji naszego państwa, ani polskiej gospodarki.

Tragifarsa
W przypadku Ukrainy sytuacja jest zgoła odmienna, bo w szwach trzeszczy praktycznie wszystko, a państwo jest ostanie w stabilizowaniu sytuacji. Choć, tak jak w przypadku Górskiego, nie można powiedzieć, że Zełenski wyskoczył na scenę jak diabełek z pudełka. Wręcz przeciwnie, od kilku lat współkreuje rzeczywistość… w kabaretowej manierze. Nikt nie traktował poważnie jego kandydatury w wyborach prezydenckich, zapowiedzianych na 31 marca. Do czasu, gdy od lutego nie tylko prowadzi w przedwyborczych sondażach, ale wciąż powiększa przewagę nad głównymi rywalami, czyli tuzami ukraińskiej polityki. Tegoroczna kampania wyborcza w ogóle zapisze się w księdze rekordów Guinnessa. Start zaaprobowany przez komisję wyborczą zgłosiło 44 kandydatów, z których obecnie na placu boju pozostało trzydziestu kilku. Zdecydowana większość to tzw. kandydaci techniczni. Ich start jest, w najlepszym przypadku, wynikiem politycznych kalkulacji. W najgorszym, choć wpisującym się w ukraińską mentalność, można mówić o manipulacji. Tak naprawdę kandydaci celują w wybory do parlamentu, które odbędą się jesienią. Poparcie uzyskane w marcu chcą przetworzyć w zdolności koalicyjne, budując latem regionalne bloki wyborcze.

Gorzej, że wielu z nich zgłosiło swój akces za pieniądze, albo inny rodzaj materialnej gratyfikacji tylko po to, aby po pierwszej turze wyborów prezydenckich, sprzedać swój procent lub tylko promil uzyskanego poparcia tym politykom, którzy przejdą do kolejnego etapu głosowania. Jeśli nie jest to polityczna korupcja, jak nazwać podobne zjawisko? Cały bałagan liczy zaledwie pięć-sześć nazwisk, z których realne szanse na objęcie urzędu mają dwa. Mowa o obecnej głowie państwa Petro Poroszenko i byłej premier Julii Tymoszenko. To znaczy liczyli się, bo nadciągnął Zełenski i rozrzucił puzzle. Najnowszy, marcowy sondaż opinii publicznej daje mu 26 procent poparcia, podczas gdy na Poroszenkę chce oddać głos ok. 18 proc. Ukraińców, a na Tymoszenkę ok. 16 proc. To nie koniec, gdyż symulacje wykazują, że jeśli preferencje wyborców okażą się trwałe, niezbędna będzie druga, kwietniowa tura głosowania. A w niej Zełenski ma ogromną szansę pokonania obydwojga przeciwników, bez względu na to, kto z nich stanie w szranki po marcowych bojach.

Komik przedsiębiorcą z sukcesami
Miejscowe media, całą parą zaangażowane w poparcie Poroszenko i Tymoszenko, wieszczą katastrofę. „Showman na czele Ukrainy”, biją w oczy nagłówki. Lamentu nie ustrzegł się nawet zazwyczaj obiektywny tygodnik „Dzerkało Tyżnia”, który zatytułował wstępniak: „Komik prezydentem kraju z odrąbanymi kończynami”. Krwawe porównanie odnosi się do fatalnej kondycji ekonomicznej, demograficznej i wojennej Ukrainy, która od pięciu lat walczy z rosyjską agresją. Stanu podtrzymywanego sztucznie kolejnymi transzami MFW. Tymczasem taki rezultat kampanii wyborczej był przewidywalny, a kandydatura człowieka z zewnątrz, jak w przypadku showmana okazuje wręcz oczywista. Zgodnie z oficjalną biografią Wołodymyr Zełenski, rocznik 1978, pochodzi z Krzywego Rogu, chluby przemysłu ciężkiego sowieckiej Ukrainy. Scenicznego bakcyla złapał jako młody prawnik, porzucając adwokaturę na rzecz kabaretu. Zdobył ogromną popularność dzięki telewizyjnemu show „KWN”. Swego rodzaju maraton kabaretowy nie ma polskiego odpowiednika. Ale jeśli pokusić się o krótki opis, fenomen „KWN” przetrwał ZSRR i do dziś cieszy się niesłabnącą popularnością w bodaj wszystkich republikach postsowieckich. Z czasem Zełenski zrobił na komedianctwie niezły biznes. Stworzył zespół i zarazem studio filmowe „95 Kwartał”. Dziś jest to prężna firma działająca na Ukrainie, a do niedawna w Rosji. Przyniosła komikowi naprawdę duże pieniądze i markę przedsiębiorcy z sukcesami.

Profesjonalna biografia kandydata na prezydenta Ukrainy jest niezwykle ważna. Zełenski wie, jak złapać kontakt z widownią, którą obecnie są wyborcy. Ma szczególny wpływ na młodzież i południowe regiony kraju. Zyskał sympatię dzięki mądrej cenzurze elit politycznych i biznesowych, które przejęły władzę po rewolucji 2014 r. Firma „95 Kwartał” produkuje komediowy serial pt. „Sługa ludu”, w którym główną rolę prezydenta Ukrainy Gołoborodko kreuje Zełenski. Dzięki niemu, a raczej odgrywanej postaci, raz w tygodniu miliony telewidzów spełniają marzenia w wirtualnym świecie rozrywki. Gołoborodko jest nieco gapiowaty, ale uczciwy i bezinteresowny. Dba o naród, brzydzi się korupcją i walczy z obrzydliwie bogatymi oligarchami. Kpi ze sprzedajnego wymiaru sprawiedliwości, a przekupnych deputowanych Rady Najwyższej najzwyczajniej masakruje z wirtualnego karabinu maszynowego. Dzięki temu choć na ekranach telewizorów Ukraińcy mogą poczuć się jak obywatele. Na ich oczach spełnia się sen o sprawiedliwości i równości, za jaki w pełni realnie walczyli i ginęli na kijowskim majdanie. Rozpoznawalność Zełenskiego wzrosła do tego stopnia, że w ubiegłym roku powołał do życia już nie kabaretowe ugrupowanie polityczne „Sługa ludu”, z ambicjami wejścia do parlamentu. Sam ogłosił udział w wyborach prezydenckich. Tyle że w przededniu marcowego głosowania rodzą się pytania. Kogo naprawdę wybiorą Ukraińcy? Czy Zełenskiego, czy kreowaną przez niego postać Gołoborodki? Kolejnym jest motyw ewentualnej decyzji? Większość socjologów sugeruje, że poza showmanem, społeczeństwo jest zdane na wybór pomiędzy dżumą i cholerą.

Programowe nic
„Przyszła wiosna, będziemy wsadzać”. Do więzień… nieuczciwych deputowanych, urzędników, sędziów i prokuratorów. To jedno z głównych haseł wyborczych Zełenskiego, którymi oplakatowano całą Ukrainę. Od dawna wiadomo, że ukraińskie wybory rządzą się swoimi prawami. Minimum programu, z którego trzeba się rozliczyć, maksimum populistycznych, a więc pustych, obietnic i jeszcze więcej emocji, do których apeluje kandydat. Drugą cechą ukraińskiego systemu wyborczego jest wojna na haki. Wiadra kompromitujących pomyj politycznych oraz obyczajowych są wylewane na przeciwnika do ostatniej chwili. Także obecna kampania nie odbiega od normy. Tyle że zarówno Poroszenko, jak i Tymoszenko trafili na diablo inteligentnego konkurenta. Badania socjologiczne już od miesięcy sygnalizowały ogromne zmęczenie Ukraińców, które przechodzi właśnie w depresję czyli negację. Gdy w 2014 r. rozegrała się Rewolucja Godności, społeczeństwu obywatelskiemu wydawało się, że zmiana elit władzy będzie cudownym panaceum na wszelkie zło.

Tymczasem dziś widać, jakim fiaskiem zakończyła się próba gruntownego zreformowania państwa i budowy nowoczesnego narodu. Jak komentuje niemiecki „Stern” z perspektywy faktycznych dokonań ówczesne wydarzenia na majdanie nie były ani rewolucją, ani godności, tylko kolejną fazę oligarchicznej wojny o wpływy z cynicznym wykorzystaniem proeuropejskich nastrojów i emocji społecznych. Poczytny portal „Zahid” pyta, „dlaczego kluczowe postulaty Majdanu nie zostały dotąd zrealizowane, a pod wieloma względami Ukraina cofnęła się jeszcze bardziej, niż pięć lat temu?” To znaczy społeczeństwo reformuje się cały czas i z coraz lepszym skutkiem, tyle że oddolnie, a więc bez jakiekolwiek udziału państwa i jego aparatu. Dlatego Zełenski gra na rozczarowaniu Ukraińców elitami, które przejęły władzę w 2014 r. Ten sam portal wskazuje, że tak naprawdę nie było żadnej wymiany kadrowej biurokracji ani wymiaru sprawiedliwości. Oligarchowie, którzy jawnie sterowali najważniejszymi instytucjami, robią to samo tylko zakulisowo, ale tak samo skutecznie. Wyrazem są antyrankingi zaufania. Króluje nieufność do parlamentu wyrażona przez 86 proc. ankietowanych i do rządu (72 proc.). Na kolejnych miejscach znaleźli się Petro Poroszenko (60 proc.) i Julia Tymoszenko (50 proc.).To jawny znak powszechnych nastrojów protestacyjnych, z których korzysta nowa twarz polityki, jaką stał się Zełenski. Sam spotyka się tylko z nieufnością 20 proc. ankietowanych, dzięki czemu mówi Ukraińcom, że remedium jest zmiana lidera. Proponuje republikę referendalną, a więc poddawanie najważniejszych decyzji organów państwowych obywatelskiej akceptacji. I to koniec programu, w który uwierzyło bardzo wielu wyborców, zniesmaczonych kolejnym fiaskiem i wojnami na górze. Prosty lecz skuteczny tricki wybił grunt spod stóp przeciwników.

Petro Poroszenko
Poroszenko zbudował program wyborczy na haśle: „Armia, język, wiara”. Istotą kampanii wyborczej jest antyrosyjskość rozumiana jako zarzut lub wręcz oskarżenie wobec każdego oponenta obecnie urzędującego prezydenta. Poroszenko pojawia się publicznie w mundurze konstytucyjnego głównodowodzącego, a więc aureoli silnego przywódcy mającego poparcie armii, jedynej instytucji państwa cieszącej się powszechnym zaufaniem. Wszystko grało do czasu, gdy dziennikarze nie opublikowali wyników dochodzenia o korupcji w armii i przemyśle zbrojeniowym. Najbliższe otoczenie Poroszenko sprzedawało części zamienne uzbrojenia, licząc sobie 300 proc. marży. W oczach Ukraińców grzech graniczący z hańbą i zdradą. Prezydentowi nie pomaga już rola ojca chrzestnego, odegrana w spektaklu prawosławnej autokefalii, a więc organizacji narodowej cerkwi niezależnej od Moskwy. Tak samo, jak nie zadziałały poprawki konstytucji, według których Ukraina musi podążać ścieżką integracji z Unią Europejską i NATO. Jak złośliwie skomentował portal „Gławred”: „Łatwiej znowelizować ustawę zasadniczą, niż postawić realne kroki na drodze ku Zachodowi” Jakie? Według portalu zwalczyć korupcję, odsunąć od władzy oligarchów i zreformować państwa oraz gospodarkę. A w tych dziedzinach czteroletnia prezydentura Poroszenki nie zrobiła zgoła nic lub zatrzymała się w pół kroku.

Julia Tymoszenko
Może więc jego główny konkurent – Julia Tymoszenko – ma coś do zaoferowania? Jesienią wystąpiła przed zachodnimi biznesmenami i dyplomatami z koncepcją republiki kanclerskiej na wzór niemiecki. Chce ograniczyć władzę prezydenta na rzecz parlamentu po to, by najsilniejszy klub Rady Najwyższej miał prawo utworzenia rządu, obdarzonego szerokimi prerogatywami wykonawczymi. Cóż, Tymoszenko ma własną partię „Batkiwszczyna”. Ponadto obiecała skończyć z korupcją krępującą wolny rynek i napływ zagranicznych inwestycji. Tyle, że jak ocenia niemiecki „Der Spiegel” kandydatka na prezydenta jest wielką populistką prącą do osobistej władzy. Z tak silną rządzą, że wszystko wszystkim obieca. Takiego samego zdania jest portal Apostrof, nazywając byłą premier kłamcą numer jeden Ukrainy. Portal jest tubą klasy średniej, która najliczniej poparła rewolucję, a dziś odczuwa największe rozczarowanie. Dla takich ludzi Tymoszenko jest takim samym oligarchą jak Poroszenko, zamieszaną w miliardowe machinacje gazowe i niejasne związki z Rosją.

Problemem są kandydaci
Jak podsumowuje „Th e Washington Post” „największym problemem ukraińskich wyborów prezydenckich są kandydaci, absolutnie nie zainteresowani budową demokracji i liberalnej gospodarki”. I nie może być inaczej, skoro prezydent i premier należą do głównych beneficjentów obecnego systemu. Czerpią zyski z korupcji, a władzę traktują jak gwarancję bezpieczeństwa własnych biznesów. Na tle wyboru pomiędzy dżumą i cholerą Zełenski wygląda nieomal jak anioł opatrzności, skąd i zwiększające się poparcie wyborcze. Gdyby nie fakt, że za jego plecami majaczy sylwetka trzeciego oligarchy, który jeszcze dwa lata temu trząsł połową Ukrainy, w tym strategicznym kompleksem paliwowym. Tyle że Igor Kołomojski skonfliktował się z Poroszenko, który odebrał mu energetyczne włości. Prezydent pozbył się niewygodnego sternika zakulisowej polityki, czym i zakończył walkę z korupcją i oligarchami. Dziś oskarża Zełenskiego, że jest marionetką Kołomojskiego, a jego jedyny celem jest reaktywacja ekonomicznej potęgi patrona oraz zemsta na uczciwej głowie państwa. Kolejna z rozpowszechnianych wersji mówi, że Zełenski to człowiek Poroszenki. Gdy wypchnie z drugiej tury Tymoszenko, wspaniałomyślnie przekaże poparcie dla reelekcji prezydenta. Dlatego obecnie kampania przechodzi w krytyczną fazę walki wszystkich ze wszystkimi przy użyciu materiałów kompromitujących. Zełenski jest oskarżany o przestępstwa kryminalne dwudziestoletniej dawności. Poroszenko oskarża Tymoszenko o płatną organizację głosów na jej korzyść. Była premier odwdzięcza się zarzutami budowy tzw. schematów, czyli wykorzystania administracyjnego wpływu obecnego prezydenta na przebieg wyborów. Już wspólnie inicjują wojnę medialną z elektoratem Zełenskiego. Medialnie dzielą Ukraińców na „świadomych wyborców”, a więc ludzi, którzy sukcesy zawdzięczają oligarchicznemu państwu oraz na resztę, czyli „nieświadome bydło, które dąży do rewanżu”.

Ukraiński koloryt
Fałszerstwa wyborcze, medialne nagonki, ingerencje w prace komisji wyborczych, płatny handel miejscami obserwatorów głosowania. Ot, ukraiński koloryt można by rzec, gdyby nie polityczne zaangażowanie służb specjalnych i policji. Poroszenko popiera armia i Służba Bezpieczeństwa Ukrainy. Tymoszenko – minister spraw wewnętrznych Arsenij Awakow, a więc podległa mu policja i silne jednostki Gwardii Narodowej. Już trwają wzajemne naloty na siedziby komitetów wyborczych przy użyciu rywalizujących struktur siłowych. Czym to się skończy? Lub inaczej, jak pyta „Financial Times”, czy Ukraina przeżyje 31 marca? Portal Apostrof przedstawia trzy scenariusze. Daje największe fory Zełenskiemu, ze względu na jego nieprzewidywalność, co stanie się atutem nawet w negocjacjach z Putinem. Wszak to człowiek pokroju ukraińskiej premier czy prezydenta. Jeśli wygra Poroszenko, Ukrainę czekać może wielka wojna z Moskwą, która zrekompensuje ciągły brak reform wewnętrznych. Zwycięstwo Tymoszenko stawia Ukrainę przed widmem wojny domowej. Chęć absolutnej władzy sprawi, że przeciwko byłej premier zjednoczą się pozostali oligarchowie, w obawie przed utratą majątków i wpływu. W sumie naszym wschodnim sąsiadom grozi trzeci Majdan, tym razem krwawy, bo w rękach Ukraińców jest 6 milionów sztuk nielegalnej broni palnej. Trudno się dziwić, że Zachód jest co najmniej skonsternowany. Dowodem są dwie wykluczające się analizy „The Atlantic Council”. Pierwsza mówi, że wybór komika na prezydenta zakończy się rozpadem Ukrainy. Druga wskazuje, jak wielkim zagrożeniem byłby głosowanie na Poroszenko. A więc na kogo, skoro innych nie ma?

Konsternacja wynika także z faktu, że wszyscy kandydaci, poza Poroszenko, obchodzą bokiem kwestię dalszej integracji Ukrainy z UE i NATO. Zełenski nie mówi nie, dodając, że „nie można się pchać tam, gdzie nas nie chcą”. Tymoszenko bredzi o Europie, ale nie wymienia ani UE, ani NATO. Chce natomiast przeglądu warunków umowy stowarzyszeniowej Ukrainy z Unią, bo uważa ją za niekorzystną. Miejsce Zachodu w kampanii wyborczej wynika także z nastrojów społecznych. Po 2014 r. oczekiwania były tak wielkie, że dziś naprawdę wielu Ukraińców jest rozczarowanych. Zarówno ekonomicznymi wynikami strefy wolnego handlu, jak i militarną pomocą w wojnie z Rosją. Dlatego, jak twierdzą tamtejsze media, Europa i USA przegrywają Ukrainę. W dużej mierze wynika to z rosyjskiej pomyłki. Tak jak w przypadku Moskwy ćwierć wieku temu świat demokratyczny postawił na złe priorytety. Pozwolił Putinowi zniszczyć demokrację za cenę stabilnego sąsiedztwa. Obecnie powtarza błąd w relacjach z ukraińskimi elitami na czele z Poroszenko. Chwali rzekome reformy, nie egzekwując zmiany kluczowej, od której zależy przyszłość Ukrainy. Jest nią lustracja i opcja zero w sprzedajnym wymiarze sprawiedliwości. Bez nich wygrana wojna z korupcją jest niemożliwa, a wraz nią także systemowe i strukturalne zmiany włączające Ukrainę w wolny świat.

Jeśli zatem Zełenski nie jest koniem trojańskim Kołomojskiego lub podstawionym figurantem Poroszenki, w tym szaleństwie jest metoda. Kto, jeśli nie on, można zapytać? Klasa polityczna Ukrainy jest skompromitowana w oczach własnych obywateli i Zachodu. Ten ostatni ze stronic „Le Monde” zastanawia się, ile czasu jeszcze Ukraińcy będą cierpieli z powodu władzy rodem z Trzeciego Świata? Dodaje, że społeczeństwo zasługuje na kogoś lepszego niż Poroszenko lub Tymoszenko, karty zgrane do granic możliwości. Może dlatego unijne centrum analityczne ECFR wzywa, aby po ewentualnej wygranej dać Zełenskiemu kredyt zaufania, a jego prezydenturę potraktować jak eksperyment. Tylko czy Ukraina ma jeszcze czas na kolejne doświadczenia? Na pewno nie ma na nie ochoty, lecz jak pisze „Zahid”, jeśli trzeba będzie, Zełenski też zostanie rozliczony. A dobitniej, jeśli „zdradzi Ukrainę i Rewolucję Godności zostanie powieszony na tym samym Majdanie”. Groźna kwintesencja społecznych emocji, bez względu na to, który kandydat obejmie urząd prezydenta.

Czy chcieliby Państwo, aby prezydentem Rzeczypospolitej został Robert Górski? To chyba niegłupi pomysł. Byłoby na pewno weselej, a wstrząs mentalnościowy bardzo przydałby się nadętym elitom z obydwu stron sceny politycznej. Tym bardziej, że powiew świeżości nie zburzyłby utrwalonych instytucji naszego państwa, ani polskiej gospodarki. Tragifarsa W przypadku Ukrainy sytuacja jest zgoła odmienna, bo w szwach trzeszczy praktycznie wszystko, a państwo jest ostanie w stabilizowaniu sytuacji. Choć, tak jak w przypadku Górskiego, nie można powiedzieć, że Zełenski wyskoczył na scenę jak diabełek z pudełka. Wręcz przeciwnie, od kilku lat współkreuje rzeczywistość… w kabaretowej manierze. Nikt nie traktował poważnie jego kandydatury w wyborach prezydenckich, zapowiedzianych na 31 marca. Do czasu, gdy od lutego nie tylko prowadzi w przedwyborczych sondażach, ale wciąż powiększa przewagę nad głównymi rywalami, czyli tuzami ukraińskiej polityki. Tegoroczna kampania wyborcza w ogóle zapisze się w księdze rekordów Guinnessa. Start zaaprobowany przez komisję wyborczą zgłosiło 44 kandydatów, z których obecnie na placu boju pozostało trzydziestu kilku. Zdecydowana większość to tzw. kandydaci techniczni. Ich start jest, w najlepszym przypadku, wynikiem politycznych kalkulacji. W najgorszym, choć wpisującym się w ukraińską mentalność, można mówić o manipulacji. Tak naprawdę kandydaci celują w wybory do parlamentu, które odbędą się jesienią. Poparcie uzyskane w marcu chcą przetworzyć w zdolności koalicyjne, budując latem regionalne bloki wyborcze. Gorzej, że wielu z nich zgłosiło swój akces za pieniądze, albo inny rodzaj materialnej gratyfikacji tylko po to, aby po pierwszej turze wyborów prezydenckich, sprzedać swój procent lub tylko promil uzyskanego poparcia tym politykom, którzy przejdą do kolejnego etapu głosowania. Jeśli nie jest to polityczna korupcja, jak nazwać podobne zjawisko? Cały bałagan liczy zaledwie pięć-sześć nazwisk, z których realne szanse na objęcie urzędu mają dwa. Mowa o obecnej głowie państwa Petro Poroszenko i byłej premier Julii Tymoszenko. To znaczy liczyli się, bo nadciągnął Zełenski i rozrzucił puzzle. Najnowszy, marcowy sondaż opinii publicznej daje mu 26 procent poparcia, podczas gdy na Poroszenkę chce oddać głos ok. 18 proc. Ukraińców, a na Tymoszenkę ok. 16 proc. To nie koniec, gdyż symulacje wykazują, że jeśli preferencje wyborców okażą się trwałe, niezbędna będzie druga, kwietniowa tura głosowania. A w niej Zełenski ma ogromną szansę pokonania obydwojga przeciwników, bez względu na to, kto z nich stanie w szranki po marcowych bojach. Komik przedsiębiorcą z sukcesami Miejscowe media, całą parą zaangażowane w poparcie Poroszenko i Tymoszenko, wieszczą katastrofę. „Showman na czele Ukrainy”, biją w oczy nagłówki. Lamentu nie ustrzegł się nawet zazwyczaj obiektywny tygodnik „Dzerkało Tyżnia”, który zatytułował wstępniak: „Komik prezydentem kraju z odrąbanymi kończynami”. Krwawe porównanie odnosi się do fatalnej kondycji ekonomicznej, demograficznej i wojennej Ukrainy, która od pięciu lat walczy z rosyjską agresją. Stanu podtrzymywanego sztucznie kolejnymi transzami MFW. Tymczasem taki rezultat kampanii wyborczej był przewidywalny, a kandydatura człowieka z zewnątrz, jak w przypadku showmana okazuje wręcz oczywista. Zgodnie z oficjalną biografią Wołodymyr Zełenski, rocznik 1978, pochodzi z Krzywego Rogu, chluby przemysłu ciężkiego sowieckiej Ukrainy. Scenicznego bakcyla złapał jako młody prawnik, porzucając adwokaturę na rzecz kabaretu. Zdobył ogromną popularność dzięki telewizyjnemu show „KWN”. Swego rodzaju maraton kabaretowy nie ma polskiego odpowiednika. Ale jeśli pokusić się o krótki opis, fenomen „KWN” przetrwał ZSRR i do dziś cieszy się niesłabnącą popularnością w bodaj wszystkich republikach postsowieckich. Z czasem Zełenski zrobił na komedianctwie niezły biznes. Stworzył zespół i zarazem studio filmowe „95 Kwartał”. Dziś jest to prężna firma działająca na Ukrainie, a do niedawna w Rosji. Przyniosła komikowi naprawdę duże pieniądze i markę przedsiębiorcy z sukcesami. Profesjonalna biografia kandydata na prezydenta Ukrainy jest niezwykle ważna. Zełenski wie, jak złapać kontakt z widownią, którą obecnie są wyborcy. Ma szczególny wpływ na młodzież i południowe regiony kraju. Zyskał sympatię dzięki mądrej cenzurze elit politycznych i biznesowych, które przejęły władzę po rewolucji 2014 r. Firma „95 Kwartał” produkuje komediowy serial pt. „Sługa ludu”, w którym główną rolę prezydenta Ukrainy Gołoborodko kreuje Zełenski. Dzięki niemu, a raczej odgrywanej postaci, raz w tygodniu miliony telewidzów spełniają marzenia w wirtualnym świecie rozrywki. Gołoborodko jest nieco gapiowaty, ale uczciwy i bezinteresowny. Dba o naród, brzydzi się korupcją i walczy z obrzydliwie bogatymi oligarchami. Kpi ze sprzedajnego wymiaru sprawiedliwości, a przekupnych deputowanych Rady Najwyższej najzwyczajniej masakruje z wirtualnego karabinu maszynowego. Dzięki temu choć na ekranach telewizorów Ukraińcy mogą poczuć się jak obywatele. Na ich oczach spełnia się sen o sprawiedliwości i równości, za jaki w pełni realnie walczyli i ginęli na kijowskim majdanie. Rozpoznawalność Zełenskiego wzrosła do tego stopnia, że w ubiegłym roku powołał do życia już nie kabaretowe ugrupowanie polityczne „Sługa ludu”, z ambicjami wejścia do parlamentu. Sam ogłosił udział w wyborach prezydenckich. Tyle że w przededniu marcowego głosowania rodzą się pytania. Kogo naprawdę wybiorą Ukraińcy? Czy Zełenskiego, czy kreowaną przez niego postać Gołoborodki? Kolejnym jest motyw ewentualnej decyzji? Większość socjologów sugeruje, że poza showmanem, społeczeństwo jest zdane na wybór pomiędzy dżumą i cholerą. Programowe nic „Przyszła wiosna, będziemy wsadzać”. Do więzień… nieuczciwych deputowanych, urzędników, sędziów i prokuratorów. To jedno z głównych haseł wyborczych Zełenskiego, którymi oplakatowano całą Ukrainę. Od dawna wiadomo, że ukraińskie wybory rządzą się swoimi prawami. Minimum programu, z którego trzeba się rozliczyć, maksimum populistycznych, a więc pustych, obietnic i jeszcze więcej emocji, do których apeluje kandydat. Drugą cechą ukraińskiego systemu wyborczego jest wojna na haki. Wiadra kompromitujących pomyj politycznych oraz obyczajowych są wylewane na przeciwnika do ostatniej chwili. Także obecna kampania nie odbiega od normy. Tyle że zarówno Poroszenko, jak i Tymoszenko trafili na diablo inteligentnego konkurenta. Badania socjologiczne już od miesięcy sygnalizowały ogromne zmęczenie Ukraińców, które przechodzi właśnie w depresję czyli negację. Gdy w 2014 r. rozegrała się Rewolucja Godności, społeczeństwu obywatelskiemu wydawało się, że zmiana elit władzy będzie cudownym panaceum na wszelkie zło. Tymczasem dziś widać, jakim fiaskiem zakończyła się próba gruntownego zreformowania państwa i budowy nowoczesnego narodu. Jak komentuje niemiecki „Stern” z perspektywy faktycznych dokonań ówczesne wydarzenia na majdanie nie były ani rewolucją, ani godności, tylko kolejną fazę oligarchicznej wojny o wpływy z cynicznym wykorzystaniem proeuropejskich nastrojów i emocji społecznych. Poczytny portal „Zahid” pyta, „dlaczego kluczowe postulaty Majdanu nie zostały dotąd zrealizowane, a pod wieloma względami Ukraina cofnęła się jeszcze bardziej, niż pięć lat temu?” To znaczy społeczeństwo reformuje się cały czas i z coraz lepszym skutkiem, tyle że oddolnie, a więc bez jakiekolwiek udziału państwa i jego aparatu. Dlatego Zełenski gra na rozczarowaniu Ukraińców elitami, które przejęły władzę w 2014 r. Ten sam portal wskazuje, że tak naprawdę nie było żadnej wymiany kadrowej biurokracji ani wymiaru sprawiedliwości. Oligarchowie, którzy jawnie sterowali najważniejszymi instytucjami, robią to samo tylko zakulisowo, ale tak samo skutecznie. Wyrazem są antyrankingi zaufania. Króluje nieufność do parlamentu wyrażona przez 86 proc. ankietowanych i do rządu (72 proc.). Na kolejnych miejscach znaleźli się Petro Poroszenko (60 proc.) i Julia Tymoszenko (50 proc.).To jawny znak powszechnych nastrojów protestacyjnych, z których korzysta nowa twarz polityki, jaką stał się Zełenski. Sam spotyka się tylko z nieufnością 20 proc. ankietowanych, dzięki czemu mówi Ukraińcom, że remedium jest zmiana lidera. Proponuje republikę referendalną, a więc poddawanie najważniejszych decyzji organów państwowych obywatelskiej akceptacji. I to koniec programu, w który uwierzyło bardzo wielu wyborców, zniesmaczonych kolejnym fiaskiem i wojnami na górze. Prosty lecz skuteczny tricki wybił grunt spod stóp przeciwników. Petro Poroszenko Poroszenko zbudował program wyborczy na haśle: „Armia, język, wiara”. Istotą kampanii wyborczej jest antyrosyjskość rozumiana jako zarzut lub wręcz oskarżenie wobec każdego oponenta obecnie urzędującego prezydenta. Poroszenko pojawia się publicznie w mundurze konstytucyjnego głównodowodzącego, a więc aureoli silnego przywódcy mającego poparcie armii, jedynej instytucji państwa cieszącej się powszechnym zaufaniem. Wszystko grało do czasu, gdy dziennikarze nie opublikowali wyników dochodzenia o korupcji w armii i przemyśle zbrojeniowym. Najbliższe otoczenie Poroszenko sprzedawało części zamienne uzbrojenia, licząc sobie 300 proc. marży. W oczach Ukraińców grzech graniczący z hańbą i zdradą. Prezydentowi nie pomaga już rola ojca chrzestnego, odegrana w spektaklu prawosławnej autokefalii, a więc organizacji narodowej cerkwi niezależnej od Moskwy. Tak samo, jak nie zadziałały poprawki konstytucji, według których Ukraina musi podążać ścieżką integracji z Unią Europejską i NATO. Jak złośliwie skomentował portal „Gławred”: „Łatwiej znowelizować ustawę zasadniczą, niż postawić realne kroki na drodze ku Zachodowi” Jakie? Według portalu zwalczyć korupcję, odsunąć od władzy oligarchów i zreformować państwa oraz gospodarkę. A w tych dziedzinach czteroletnia prezydentura Poroszenki nie zrobiła zgoła nic lub zatrzymała się w pół kroku. Julia Tymoszenko Może więc jego główny konkurent – Julia Tymoszenko – ma coś do zaoferowania? Jesienią wystąpiła przed zachodnimi biznesmenami i dyplomatami z koncepcją republiki kanclerskiej na wzór niemiecki. Chce ograniczyć władzę prezydenta na rzecz parlamentu po to, by najsilniejszy klub Rady Najwyższej miał prawo utworzenia rządu, obdarzonego szerokimi prerogatywami wykonawczymi. Cóż, Tymoszenko ma własną partię „Batkiwszczyna”. Ponadto obiecała skończyć z korupcją krępującą wolny rynek i napływ zagranicznych inwestycji. Tyle, że jak ocenia niemiecki „Der Spiegel” kandydatka na prezydenta jest wielką populistką prącą do osobistej władzy. Z tak silną rządzą, że wszystko wszystkim obieca. Takiego samego zdania jest portal Apostrof, nazywając byłą premier kłamcą numer jeden Ukrainy. Portal jest tubą klasy średniej, która najliczniej poparła rewolucję, a dziś odczuwa największe rozczarowanie. Dla takich ludzi Tymoszenko jest takim samym oligarchą jak Poroszenko, zamieszaną w miliardowe machinacje gazowe i niejasne związki z Rosją. Problemem są kandydaci Jak podsumowuje „Th e Washington Post” „największym problemem ukraińskich wyborów prezydenckich są kandydaci, absolutnie nie zainteresowani budową demokracji i liberalnej gospodarki”. I nie może być inaczej, skoro prezydent i premier należą do głównych beneficjentów obecnego systemu. Czerpią zyski z korupcji, a władzę traktują jak gwarancję bezpieczeństwa własnych biznesów. Na tle wyboru pomiędzy dżumą i cholerą Zełenski wygląda nieomal jak anioł opatrzności, skąd i zwiększające się poparcie wyborcze. Gdyby nie fakt, że za jego plecami majaczy sylwetka trzeciego oligarchy, który jeszcze dwa lata temu trząsł połową Ukrainy, w tym strategicznym kompleksem paliwowym. Tyle że Igor Kołomojski skonfliktował się z Poroszenko, który odebrał mu energetyczne włości. Prezydent pozbył się niewygodnego sternika zakulisowej polityki, czym i zakończył walkę z korupcją i oligarchami. Dziś oskarża Zełenskiego, że jest marionetką Kołomojskiego, a jego jedyny celem jest reaktywacja ekonomicznej potęgi patrona oraz zemsta na uczciwej głowie państwa. Kolejna z rozpowszechnianych wersji mówi, że Zełenski to człowiek Poroszenki. Gdy wypchnie z drugiej tury Tymoszenko, wspaniałomyślnie przekaże poparcie dla reelekcji prezydenta. Dlatego obecnie kampania przechodzi w krytyczną fazę walki wszystkich ze wszystkimi przy użyciu materiałów kompromitujących. Zełenski jest oskarżany o przestępstwa kryminalne dwudziestoletniej dawności. Poroszenko oskarża Tymoszenko o płatną organizację głosów na jej korzyść. Była premier odwdzięcza się zarzutami budowy tzw. schematów, czyli wykorzystania administracyjnego wpływu obecnego prezydenta na przebieg wyborów. Już wspólnie inicjują wojnę medialną z elektoratem Zełenskiego. Medialnie dzielą Ukraińców na „świadomych wyborców”, a więc ludzi, którzy sukcesy zawdzięczają oligarchicznemu państwu oraz na resztę, czyli „nieświadome bydło, które dąży do rewanżu”. Ukraiński koloryt Fałszerstwa wyborcze, medialne nagonki, ingerencje w prace komisji wyborczych, płatny handel miejscami obserwatorów głosowania. Ot, ukraiński koloryt można by rzec, gdyby nie polityczne zaangażowanie służb specjalnych i policji. Poroszenko popiera armia i Służba Bezpieczeństwa Ukrainy. Tymoszenko – minister spraw wewnętrznych Arsenij Awakow, a więc podległa mu policja i silne jednostki Gwardii Narodowej. Już trwają wzajemne naloty na siedziby komitetów wyborczych przy użyciu rywalizujących struktur siłowych. Czym to się skończy? Lub inaczej, jak pyta „Financial Times”, czy Ukraina przeżyje 31 marca? Portal Apostrof przedstawia trzy scenariusze. Daje największe fory Zełenskiemu, ze względu na jego nieprzewidywalność, co stanie się atutem nawet w negocjacjach z Putinem. Wszak to człowiek pokroju ukraińskiej premier czy prezydenta. Jeśli wygra Poroszenko, Ukrainę czekać może wielka wojna z Moskwą, która zrekompensuje ciągły brak reform wewnętrznych. Zwycięstwo Tymoszenko stawia Ukrainę przed widmem wojny domowej. Chęć absolutnej władzy sprawi, że przeciwko byłej premier zjednoczą się pozostali oligarchowie, w obawie przed utratą majątków i wpływu. W sumie naszym wschodnim sąsiadom grozi trzeci Majdan, tym razem krwawy, bo w rękach Ukraińców jest 6 milionów sztuk nielegalnej broni palnej. Trudno się dziwić, że Zachód jest co najmniej skonsternowany. Dowodem są dwie wykluczające się analizy „The Atlantic Council”. Pierwsza mówi, że wybór komika na prezydenta zakończy się rozpadem Ukrainy. Druga wskazuje, jak wielkim zagrożeniem byłby głosowanie na Poroszenko. A więc na kogo, skoro innych nie ma? Konsternacja wynika także z faktu, że wszyscy kandydaci, poza Poroszenko, obchodzą bokiem kwestię dalszej integracji Ukrainy z UE i NATO. Zełenski nie mówi nie, dodając, że „nie można się pchać tam, gdzie nas nie chcą”. Tymoszenko bredzi o Europie, ale nie wymienia ani UE, ani NATO. Chce natomiast przeglądu warunków umowy stowarzyszeniowej Ukrainy z Unią, bo uważa ją za niekorzystną. Miejsce Zachodu w kampanii wyborczej wynika także z nastrojów społecznych. Po 2014 r. oczekiwania były tak wielkie, że dziś naprawdę wielu Ukraińców jest rozczarowanych. Zarówno ekonomicznymi wynikami strefy wolnego handlu, jak i militarną pomocą w wojnie z Rosją. Dlatego, jak twierdzą tamtejsze media, Europa i USA przegrywają Ukrainę. W dużej mierze wynika to z rosyjskiej pomyłki. Tak jak w przypadku Moskwy ćwierć wieku temu świat demokratyczny postawił na złe priorytety. Pozwolił Putinowi zniszczyć demokrację za cenę stabilnego sąsiedztwa. Obecnie powtarza błąd w relacjach z ukraińskimi elitami na czele z Poroszenko. Chwali rzekome reformy, nie egzekwując zmiany kluczowej, od której zależy przyszłość Ukrainy. Jest nią lustracja i opcja zero w sprzedajnym wymiarze sprawiedliwości. Bez nich wygrana wojna z korupcją jest niemożliwa, a wraz nią także systemowe i strukturalne zmiany włączające Ukrainę w wolny świat. Jeśli zatem Zełenski nie jest koniem trojańskim Kołomojskiego lub podstawionym figurantem Poroszenki, w tym szaleństwie jest metoda. Kto, jeśli nie on, można zapytać? Klasa polityczna Ukrainy jest skompromitowana w oczach własnych obywateli i Zachodu. Ten ostatni ze stronic „Le Monde” zastanawia się, ile czasu jeszcze Ukraińcy będą cierpieli z powodu władzy rodem z Trzeciego Świata? Dodaje, że społeczeństwo zasługuje na kogoś lepszego niż Poroszenko lub Tymoszenko, karty zgrane do granic możliwości. Może dlatego unijne centrum analityczne ECFR wzywa, aby po ewentualnej wygranej dać Zełenskiemu kredyt zaufania, a jego prezydenturę potraktować jak eksperyment. Tylko czy Ukraina ma jeszcze czas na kolejne doświadczenia? Na pewno nie ma na nie ochoty, lecz jak pisze „Zahid”, jeśli trzeba będzie, Zełenski też zostanie rozliczony. A dobitniej, jeśli „zdradzi Ukrainę i Rewolucję Godności zostanie powieszony na tym samym Majdanie”. Groźna kwintesencja społecznych emocji, bez względu na to, który kandydat obejmie urząd prezydenta.

Autor

Poprzedni artykułPralka Putina
Następny artykułJak Czarnecki ograł tajnych agentów

Najnowsze