1.6 C
Warszawa
wtorek, 29 listopada 2022
Advertisement

Idiotokracja

Koniecznie przeczytaj

Ściąganie zagranicznych inwestycji przez dotacje dla tych, którzy zdecydują się zainwestować w naszym kraju oznacza, że rząd z pieniędzy polskich przedsiębiorców sprowadza im konkurencję i daje lepsze warunki niż swoim obywatelom.

Rok 2505. Stany Zjednoczone są zamieszkane i rządzone przez idiotów. Prezydentem jest gwiazdor porno, ludzie nie potrafią dodawać lub odejmować najprostszych liczb. Drogi, mosty, budynki się rozpadają, bo nikt nie potrafi ich naprawić. Globalna korporacja doprowadziła do zastąpienia wody napojem energetycznym, co z kolei spowodowało katastrofę upraw rolnych. Bohaterami filmu są zahibernowani w naszych czasach szeregowiec Joe i prostytutka Rita. Zamiast po roku zostali obudzeni po 500 latach i ze zdziwieniem stwierdzili, że należą do najinteligentniejszych ludzi. Dzięki zademonstrowaniu, że rośliny rosną dzięki wodzie, w co nikt nie wierzył, Joe został wiceprezydentem USA. Ta licząca sobie dziesięć lat satyra na współczesne rządy demokratyczne (idiokratyczne) nic nie straciła na aktualności. Nadal w Polsce nikt z rządzących (niezależnie od ekip) nie wierzy w to, że kluczem do bogactwa tak ludzi jak i państwa są niskie podatki i brak biurokracji.

Dopóki głównym towarem eksportowym Polski będą meble i jabłka, dopóty Niemcy będą najbogatszym państwem w naszej części Europy. Jakakolwiek poprawa jakościowa polskiej gospodarki nie jest w interesie Niemiec. Rynek nie jest z gumy. Jak Polska dołączy do wytwórców zaawansowanych technologicznie dóbr, to będziemy z Niemcami konkurować i oni zbiednieją. Szefowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu marzy się podniesienie gospodarki, jakiego dokonano w Japonii w latach 60. i 70. XX wieku czy Korei Południowej i Chin w ostatnim ćwierćwieczu. O ile diagnoza problemów jest słuszna (prymitywna gospodarka oparta na pracy, nie na technologii), to już recepty (ponad 30 nowych podatków) niekoniecznie. Polskim problemem jest to, że jest zbyt dobrze, aby wprowadzić radykalne zmiany. A jednocześnie jest na tyle źle, że system ulega powolnej erozji. To klątwa małej stabilizacji. Jest źle, ale nie na tyle, aby ludzie masowo wyszli na ulice. Około 3 mln Polaków musiało wyjechać z kraju, bo nie było dla nich pracy. Oni już nie wrócą. Jest jeszcze podobna grupa osób, która utrzymuje się z pracy zagranicą, ale wciąż jeszcze wraca do Polski. Jest bardzo duże bezrobocie ukryte w administracji publicznej, która jest cztery razy większa niż 25 lat temu, gdy nie było jeszcze komputerów, które przecież powinny doprowadzić do redukcji biurokracji. Ładowanie kolejnych miliardów złotych w emerytalny system oparty na solidarności pokoleń (tzw. bismarckowski). To zwyczajne odwlekanie w czasie katastrofy. Skuteczność takiej taktyki można porównać do leczenia syfilisu pudrem. Syf przez jakiś czas będzie niewidoczny, ale organizm będzie gnił. Dodatkowo skuteczne zwiększenie należnych wpłat ZUS szybko zostanie zniwelowane ucieczką złapanych przez system. Za granicę. Realnie lub tylko na papierze. Recepty na uzdrowienie dzisiejszej gospodarki serwowane przez większość polityków, można porównać do problemów bohaterów „Idiokracji”, którzy podlewali rośliny napojami energetycznymi i dziwili się, że nie rosną. Z wyników ankiety wśród prowadzących biznes wynika, że najwięcej szkodzą w Polsce relatywnie wysokie koszty pracy (69 proc.), niestabilność prawa (66 proc.) oraz nadmiar obowiązków biurokratycznych (61 proc.). Oczywiście koszty pracy w Polsce w porównaniu do zachodnich są bardzo niskie, ale tam wykonywana jest przede wszystkim praca wymagająca wysokich kwalifikacji.

Odwiedzając Polskę w 1990 r. prof. Milton Friedman radził, abyśmy nie wprowadzali zachodnich rozwiązań prawnych do Polski, tylko takie, jakie tamte państwa miały, kiedy były równie biedne jak my obecnie. Warunkiem obudzenia w Polsce ducha przedsiębiorczości jest powrót do założeń słynnej ustawy Mieczysława Wilczka, pozwalającej pracować i zarabiać bez większej biurokracji. Dziś wśród polskich polityków dominuje kult ściągania zagranicznych inwestycji przez preferencje dla tych, którzy zdecydują się zainwestować w naszym kraju. Oznacza to, że rząd z pieniędzy polskich przedsiębiorców sprowadza im konkurencję i daje lepsze warunki niż swoim obywatelom. Niestety pod tym względem wciąż niewiele się zmieniło.

 

Autor

Poprzedni artykułIran straszy zachód
Następny artykułTSUE – bat na bankierów

Najnowsze