22.9 C
Warszawa
poniedziałek, 4 lipca 2022

S-400

Koniecznie przeczytaj

Broń czy polityka?

Parametry rosyjskiego systemu rakietowego S-400 wywołują zaciekłe spory pomiędzy wojskowymi całego świata. W cieniu specjalistycznej dyskusji łatwo zgubić fakt, że eksport S-400 wyszedł poza sferę militarną lub komercyjną, stając się ważnym instrumentem polityki zagranicznej Kremla.

“Jednym z najczęściej używanych pojęć medialnych naszych czasów jest kompleks S-400. Zaistniał w polityce międzynarodowej na równi z wojną w Syrii, polityką Donalda Trumpa czy sankcjami. S-400 to najważniejszy termin, który Rosjanie przynieśli światu od czasu pieriestrojki”. Tak turecki „Anadolu Ajansi” komentuje zgiełk, jaki wywołuje groźna sława systemu rakietowego.

O co ten zgiełk?
Czym jest S-400? Tym, którzy na co dzień dalecy są od problematyki wojskowej, należą się wyjaśnienia. To skomplikowana broń przeznaczona do obrony przestrzeni powietrznej. W XX w. podobne systemy nazywano przeciwlotniczymi, ponieważ chroniły niebo przed inwazją wrogich samolotów, najczęściej z bronią jądrową na pokładach. Czas jednak nie stoi w miejscu. Rozwój technologii militarnych zaowocował powstaniem rakiet samosterujących, takich jak amerykański pocisk „Tomahawk”. Stałym zagrożeniem są rakiety balistyczne różnych klas. Zwalczaniu takich celów również dedykowano konstrukcję systemu S-400. Amerykańska wywiadownia „Stratfor” uznaje rosyjską broń za jeden z najbardziej skutecznych instrumentów obrony powietrznej na świecie. Decyduje o tym zasięg działania radarów, które wykrywają wrogie obiekty na odległość 600 km. W zależności od typu wystrzeliwanych pocisków, niszczycielski zasięg wynosi od 65 do 250 do nawet 400 km. Jak podkreśla „The National Interest”: „możliwość zastosowania różnych rodzajów pocisków czyni z S-400 system uniwersalny, który zastępuje kilka odrębnych zestawów rakietowych działających na różnych pułapach i odległościach od bronionych obiektów”.

Z kolei katarska telewizja „Al Jazeera” podkreśla, że główną zaletą systemu jest niezwykła prędkość rakiet, a przede wszystkim możliwość wykrywania, śledzenia, namierzania, a więc równoczesnego niszczenia kilku wrogich celów, poruszających się z prędkością 4,8 tys. km na godzinę. A to zakrawa o możliwość zestrzelenia pocisków hipersonicznych, których konstrukcja znajduje się jeszcze w powijakach. Zgodnie z dostępnymi informacjami S-400 pozwala zwalczać najnowocześniejsze bronie ofensywne znajdujące się w arsenałach takich potęg światowych jak USA, Chiny, o Francji czy Izraelu nie wspominając. Zdaniem części międzynarodowych ekspertów S-400 przewyższa bojowymi parametrami analogiczne systemy USA, w rodzaju THAAD lub „Patriot”. Z ważnym zastrzeżeniem. W przeciwieństwie do broni amerykańskiej, S-400 nigdy nie był sprawdzony na polu realnej bitwy. Jego prawdziwe dane, a więc możliwości są otoczone ścisłą tajemnicą, zaś informacje medialne można uznać za kontrolowane przecieki służące celom propagandowym. Według analityków Sztokholmskiego Instytutu Badania Problemów Pokoju (SIPRI): „Jakość współczesnej broni zależy od zastosowanego oprogramowania i informatycznego zintegrowania. Wyłącznie takie cechy decydują o odporności systemu na zakłócanie elektroniczne przez nieprzyjaciela i szybkości analizowania napływających danych”. Tymczasem o „zawartości” S-400 wiemy najmniej. Tym niemniej celowo podgrzewane zainteresowanie mediów przełożyło się na sukcesy eksportowe.

Rynki zbytu
Po rozpadzie ZSRR Rosja przejęła najpoważniejszą część przemysłu zbrojeniowego imperium oraz większość technologii i sowieckiego know how. Po kryzysie transformacyjnym lat 90. ubiegłego wieku, polityka mocarstwowa Władimira Putina przyczyniła się do renesansu rosyjskiej armii i kompleksu obronnego. Miarą znaczenia produkcji zbrojeniowej są sukcesy eksportowe. W 2017 r. Rosja sprzedała broń lub sprzęt wojskowy za 15 mld dolarów, natomiast portfel zamówień handlowego monopolisty, koncernu „Rosoboroneksport”, wzrósł do 45 mld dolarów. Inaczej mówiąc, rosyjski eksport zbrojeniowy stanowił 17 proc. globalnych obrotów w tej dziedzinie, co daje Moskwie drugie miejsce po USA. Nie wszystko idzie tak gładko, jak zwykł przedstawiać Kreml. Do 2014 r. zbrojeniowymi partnerami handlowymi Moskwy było 66 państw. Międzynarodowe sankcje nałożone na Rosję po agresji ukraińskiej zmniejszyły ilość kontrahentów. Dziś głównymi klientami Moskwy są: Indie (39 proc. eksportu), Chiny (11 proc.) i Algieria (8 proc.). Jeśli chodzi o strukturę sprzedażową: 50 proc. przypada na samoloty i sprzęt lotniczy, 25 proc. stanowi uzbrojenie wojsk lądowych, 11 proc. wyposażenie marynarki wojennej, a 10 proc. systemy obrony powietrznej.

Siły zbrojne Rosji zawsze podchodziły ze szczególną uwagą do uzbrojenia w ostatniej kategorii i jest to jeszcze sowiecka tradycja. Silna obrona przeciwlotnicza wynikała tak z rozległości terytorium, jak i strategii zmasowanego ataku związkami pancernymi i zmechanizowanymi, w warunkach przewagi jakościowej lotnictwa NATO. Patrząc wstecz S-400 jest głęboką modernizacją systemu S-300 wprowadzonego na uzbrojenie sowieckiej armii w 1978 r. W latach 90. XX w. z przyczyn finansowych Rosja odstąpiła od zasady priorytetu sprzętowego własnej armii, sprzedając S-300 wszystkim chętnym, a więc około 20 państwom. Dziś niektóre z nich, jak Bułgaria, są członkami NATO. Inne, taka jak Serbia, oczekują w kolejce do Sojuszu. S-300 zostały włączone przez nabywców w zintegrowaną obronę powietrzną lub wręcz stały się jej filarem. Dziś Moskwa niebezpodstawnie liczy na to, że użytkownicy starszej wersji zostaną odbiorcami kolejnej modyfikacji. Jest w tym sens handlowy, bowiem Moskwa udziela preferencji lub wręcz kredytów na zakup swojego sprzętu nowej generacji. To także korzyść dla użytkowników bowiem S-400 nie wymaga przebudowy systemu obrony powietrznej, szkolenia od podstaw personelu, za to niepomiernie wzmacnia zdolność odpierania ataków powietrznych. Swoje robi także cena. Rosyjskie kompleksy są kilkakrotnie tańsze od amerykańskich odpowiedników. Ponadto Waszyngton i państwa UE zawsze warunkują sprzedaż broni licznymi zastrzeżeniami. Należą do nich kwestie przestrzegania praw człowieka i międzynarodowych konwencji prowadzenia wojen, udział w polityce rozbrojeniowej oraz bieżące zaangażowanie w konflikty zewnętrzne oraz domowe. W tym miejscu kończy się aspekt militarny oraz handlowy, a zaczyna rosyjska polityka S-400.

Wojskowa dyplomacja
Politolog Fiodor Łukjanow mówi, że: „Rosja lepiej od innych dostosowała się do świata, w którym pojęcie sojusznika jest bardzo relatywne”. Jak to rozumieć? ZSRR prowadził supermocarstwową politykę zagraniczną, której ważnym fragmentem był eksport broni i usług wojskowych. Tyle że komuniści działali z pobudek ideologicznych, rozszerzając w ten sposób swoją strefę wpływów w świecie podzielonym zimną wojną. Putin przejął wprawdzie koncepcję wojskowej polityki zagranicznej ZSRR, lecz wprowadził do niej niezbędne aktualizacje. Po pierwsze Rosja nie ma ekonomicznego potencjału imperium. Porównanie do atomowego mocarstwa i zarazem gospodarczego karzełka oddaje w pełni skalę dylematów Kremla. Dlatego Moskwa sprzedaje broń wszystkim chętnym, nie zwracając uwagi na żadne prawa człowieka, autorytarne lub wręcz dyktatorskie formy rządów lub represje wobec obywateli. Liczy się wyłącznie finansowy interes. Tak było dotychczas, ponieważ od 2014 r. Kreml obrał kurs międzynarodowej konfrontacji i otwartych agresji. Napotkał rzecz jasna opór Zachodu, a szczególnie USA. Waszyngton powrócił do koncepcji budowy kordonu sanitarnego wobec agresora, zwiększając swoją obecność militarną wokół rosyjskich granic. Tym samym Kreml potrzebuje sojuszników, widząc w ich roli satrapów różnej maści, którym pragmatycznie sprzedaje broń, usługi służb specjalnych bądź formalnie niezwiązanych z armią najemników.

Bazy lotnicze i antyrakietowe USA oraz inna obecność w państwach bałtyckich, Polsce, Rumunii, a także na terenie Azji, w Japonii i Korei Południowej to daleko nie wszystko. Biały Dom prowadzi politykę budowy dwustronnych aliansów z takimi państwami jak Izrael, Indie, Wietnam, Filipiny, Australia czy monarchie Zatoki Perskiej. Rozległość konstrukcji wynika z amerykańskich analiz zagrożeń, na które coraz wyraźniej składa się oś Chiny, Rosja, Iran i Korea Północna. Tymczasem kordon sanitarny staje się nieszczelny. Jak mówi Matthew Ehret z portalu StrategicCulture.org, Kreml przy pomocy polityki zagranicznej, a więc eksportu S-400 usiłuje radykalnie zmienić reguły globalnej gry. „Decyzje Turcji i Indii o zakupie tych systemów można porównać do punktu zwrotnego w walce dwóch biegunów stosunków międzynarodowych”, twierdzi ekspert. Rosja walczy z liberalną demokracją i jej instytucjami, które uznaje za amerykański dyktat globalny. Ważną odsłoną starcia jest zburzenie zachodniej jedności politycznej i struktury obronnej, w której ważne miejsce zajmowała na przykład Turcja. Trudno ukryć, że decyzja Ankary o zakupie baterii S-400 wartych ponad 2 mld dolarów była wstrząsem dla NATO i USA. Turecka armia jest drugą pod względem wielkości siłą Sojuszu. Ankara od lat uważała się za kluczowego sojusznika Waszyngtonu w swoim regionie świata, co podkreślało ulokowanie w tym kraju amerykańskich baz wojskowych i ożywiona współpraca obronna. Aż do planów zakupu stu najnowocześniejszych myśliwców F-35 w ramach natowskiego programu obrony powietrznej.

Tymczasem dostawa rosyjskiej broni wyrwała dosłownie Turcję ze współpracy z USA oraz NATO. S-400 to przecież system zwalczania lotnictwa Sojuszu, a specjalistycznej obsługi tureckich baterii będą dokonywali Rosjanie, co grozi przeciekami tajnych danych NATO do Moskwy. Nie mówiąc o tym, że rosyjskiego sprzętu nie da się z tych samych powodów zintegrować z obroną powietrzną Sojuszu. O groźbie, jaką dla integralności wspólnoty euroatlantyckiej stanowi rosyjska polityka S-400, świadczą dwa fakty. Po pierwsze, Waszyngton nie tylko zagroził, lecz także wykluczył Ankarę z programu myśliwców F-35. Co więcej, na najlepszej drodze są kolejne antytureckie retorsje, wynikające z ustawy „O przeciwdziałaniu wrogom Ameryki za pomocą sankcji”. Kongres przyjął prawo głównie z myślą o Rosji i Chinach, ale zbrojeniowy eksport Kremla sprawił, że na liście znalazła się Ankara, zaś w kolejce stoją inni, potencjalni kontrahenci Moskwy. Co dziwi najbardziej, realizując rosyjski kontrakt prezydent Recep Tayyip Erdoğan postawił na szali perspektywy kraju i obywateli. Narodowa waluta Lira zmaga się z wysoką inflacją (18 proc.) zaś stopa bezrobocia wzrosła do prawie 14 proc. Amerykańskie sankcje mogą powalić turecką gospodarkę na kolana, a więc zagrozić dalszej władzy Erdogana. To nie miejsce na pogłębioną analizę jego decyzji, jednak zakup S-400 spotkał się z poparciem nacjonalistycznego elektoratu prezydenta, jako wyraz tureckiej suwerenności i rosnącej roli kraju w regionie oraz na świecie. Po drugie, współpraca turecko-rosyjska już wniosła niezgodę w NATO. Jeśli USA stosują retorsje, to europejscy sojusznicy są powściągliwsi. Wahają się w ocenach działań Ankary, licząc na to, że wybory 2023 r. odsuną od władzy obecną ekipę. Zakrawa więc na kolejny paradoks.

Bardziej radykalna od NATO jest Unia Europejska, która idzie w ślady USA, uchwalając antytureckie sankcje. Tym razem za sprawą przygotowań Ankary do nielegalnego wydobycia gazu z cypryjskiego szelfu. Kreml może tylko zacierać ręce z powodu takiego zamieszania. Znaczenie kontraktu tureckiego bodaj najtrafniej ocenia Igor Korotczenko. Ekspert wojskowy mówi: „Turcja to przecież kraj NATO, tymczasem zignorował groźby i sankcje USA, a to przykład dla innych na całym świecie”. Korotczenko dodaje: „Kontrahenci są pewni, że rosyjska broń daje im suwerenność, czyli pełny immunitet obronny przed powietrznymi atakami każdego przeciwnika, na czele z NATO i USA. W ich przestrzeń powietrzną nie wleci żaden „Tomahawk” ani inna broń precyzyjna”. Ponadto analityk twierdzi, że „każda sprzedana bateria S-400 zwiąże z Rosją kupujące państwo na najbliższe 30 lat”. Jego opinię uzupełnia cytowany wcześniej Matthew Ehret. Jego zdaniem przy pomocy eksportu S-400 Rosja tanim kosztem buduje globalny system antydostępowy przed zachodnimi siłami powietrznymi i to pod swoją kontrolą. Inaczej mówiąc, amerykańskim planom światowej dominacji wojskowej Moskwa przeciwstawia globalny system obrony, złożony z tureckich, chiński, białoruskich, a niebawem hinduskich baterii S-400. Nic dziwnego, że „Th e Wall Street Journal” nazywa rosyjską broń instrumentem wojny hybrydowej, wzywając Biały Dom do ostrego i konsekwentnego przeciwdziałania rosyjskiej strategii eksportowej, czyli wojskowej polityce zagranicznej.

Nie tylko Turcja
Według agencji „Reutera”: „minister spraw zagranicznych Indii poinformował amerykańskiego sekretarza stanu Mike’a Pompeo, że zawierając kontrakt na zakup baterii S-400 na kwotę 5,5 mld dolarów, New Delhi kieruje się wyłącznie własnymi interesami bezpieczeństwa, przeciwko którym występują USA”. Była to reakcja na dyplomatyczne perswazje Waszyngtonu, aby Indie zrezygnowały z zakupu rosyjskiego uzbrojenia na rzecz amerykańskiej oferty. Jednak przecież New Delhi to potencjalnie ważny, antychiński sojusznik USA w Azji. Dlatego amerykański sekretarz obrony oświadczył, że sankcje za nabycie rosyjskiej broni są rozpatrywane indywidualnie. Dał tym samym znak, że wobec Indii zapadnie być może decyzja inna niż wobec Turcji. Tym bardziej, że hinduska armia kupuje amerykańską broń o wartości 18 mld rocznie. Generalnie jest to zły sygnał mówiący, że warto przycisnąć globalne supermocarstwo, aby zmusić je do ustępstw. A to kolejny kamyczek w rosyjskiej destrukcji światowej hegemonii USA. Z drugiej strony, postawa Indii jest tylko kolejnym ogniwem łańcucha amerykańskich starań o sparaliżowanie rosyjskiej strategii eksportowej. Do tej pory Donaldowi Trumpowi udało się wymusić rezygnację z zakupu S-400 na Arabii Saudyjskiej, Katarze i Iraku. Mimo tego kolejka po hit zbrojeniowy Moskwy niestety się wydłuża. Amerykański problem z Indiami jest bowiem rezultatem moskiewskich manipulacji sprzecznymi interesami regionalnymi.

Jak widać, ostrze hybrydowego eksportu broni nie jest skierowane wyłącznie w państwa NATO. Chiny zakupiły już od Rosji kompleks S-300, który bez powodzenia skopiowały, pragnąc wejść w światową niszę handlu takim uzbrojeniem. W ubiegłym roku Pekin otrzymał dostawę S-400. Wykorzystuje nową broń w sąsiedzkim konflikcie o Morze Południowochińskie, zapobiegając jednocześnie bardziej zdecydowanej ingerencji USA. Jednak jako że Chin boją się Wietnam oraz Indie, sprzedaż systemu Pekinowi wywołała ich automatyczne zainteresowanie nabyciem rosyjskiego sprzętu. W ten sposób Kreml stworzył samonapinającą się sprężynę zbrojeń w kilku regionach świata. Zamiar kupna rosyjskiego sprzętu przez Arabię Saudyjską wywołał reakcję skonfliktowanego z nią Kataru. Rijad zagroził, że jeśli Ad-Dauha wejdzie w posiadanie S-400, będzie to casus belli. Dostawa S-300 do Iranu spowodowała zainteresowanie Iraku nabyciem jego modyfikacji. A jako, że S-400 kupiła Turcja, Syria domaga się od Moskwy dostarczenia swoich baterii. W ten sposób Moskwa manipuluje polityką Azji, Europy, całego Bliskiego i Środkowego Wschodu. Osiąga status arbitra sterowanymi dostawami broni. Jest mocarstwem, z którym prowadzą dialog wszystkie kraje, w tym zwaśnione, a celem Kremla jest wypchnięcie wpływów amerykańskich.

Taka polityka jest dla Rosji niezwykle korzystna. Każda zapowiedź transakcji stawia na nogi całe regiony świata, a USA zmusza do wymuszonej kontrakcji. O tym, że eksport broni, a szczególnie takiej, o którą wszyscy się biją, jest opłacalny, nie trzeba nawet przekonywać. Dla Rosji, przeżywającej kryzys, dochody ze sprzedaży wojskowej są szczególnie atrakcyjne. Ze względu na surowcową strukturę wymiany handlowej ze światem i wahań cenowych ropy naftowej oraz gazu, eksport broni jest drugą, najważniejszą pozycją budżetową. Jednak korzyści nie ograniczają się tylko do polityki zagranicznej. Wojskowy kompleks przemysłowy zatrudnia miliony pracowników. Każda transakcja to pewność płacowa, czyli socjalna stabilizacja przedłużająca władzę Putina. I wreszcie, pragmatyzm Kremla w handlu S-400 ma swoje granice. W chwili obecnej kompleks jest na uzbrojeniu 40 dywizjonów strzegących przestrzeni powietrznej od Kamczatki po anektowany Krym. Docelowo jednostek rakietowych ma być ponad 60. Tylko po to, aby w 2023 r. na ich uzbrojenie wszedł system S-500. Zgodnie z zapowiedziami, przewyższa parametrami obecną wersję, umożliwiając nawet niszczenie celów w kosmosie. Czyni to z rosyjskiej polityki eksportu uzbrojenia opowieść bez końca. Nie ma wątpliwości, że za kilka lat Kreml wyda zgodę na eksport S-500, które zostaną radośnie powitane przez użytkowników S-300 i 400.

 

Autor

Poprzedni artykułTokio złamie Seul?
Następny artykułJak Polska zdystansowała Niemcy

Najnowsze