13.4 C
Warszawa
wtorek, 27 września 2022

Kandydatura Wall Street

Koniecznie przeczytaj

W cieniu Obamy

Najpoważniejszy kandydat do reprezentowana Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich w 2020 roku zaproponował nałożenie nowych obciążeń podatkowych na największe instytucje finansowe. Dlaczego wyborcy w USA od lat dają się nabierać na to, że partia symbolizowana przez osiołka faktycznie broni ich przed nadużyciami wielkich banków i wielkiego biznesu?

Według najnowszych badań opinii publicznej największą popularnością wśród polityków ubiegających się o nominację z ramienia Partii Demokratycznej cieszy się Joe Biden, który w latach 2009–2017 pełnił funkcję wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Wcześniej Biden próbował już swoich szans na prezydenturę w 2008 roku, lecz niskie wyniki w sondażach sprawiły, że szybko się wycofał. Dla wielu lewicowych wyborców w USA były wiceprezydent stanowi naturalnego spadkobiercę prezydentury Barracka Obamy, a jego spore szanse na zwycięstwo potwierdzają sondaże, w których byłby w stanie pokonać urzędującego Donalda Trumpa (nawet przewagą 8 proc.).

Ukraińskie problemy
Spory potencjał opozycyjnego polityka dostrzega bez wątpienia także Donald Trump, który od wielu dni musi się tłumaczyć ze słów, których użył w rozmowie z przywódcą Ukrainy Wołodymirem Zełenskim. Obecny prezydent USA miał postawić ultimatum, że w razie gdyby nie znalazł żadnych kompromitujących materiałów dotyczących zasiadającego w radzie nadzorczej jednej z ukraińskich spółek syna Bidena, będzie się musiał liczyć z utratą 400 mln dol. amerykańskiej pomocy. Zatrudniony przez gazową spółkę Burisma Hunter, Biden miał okazję współpracować m.in. z Aleksandrem Kwaśniewskim, uwiarygadniając tym samym rządy Wiktora Janukowycza. Namawianie głowę obcego państwa do działania przeciwko swojemu przeciwnikowi politycznemu stało się źródłem wielkich problemów dla Donalda Trumpa, wobec którego opozycja zamierza uruchomić procedurę impeachmentu, Uderzenie w Trumpa zaszkodziło jednak rykoszetem także Joe Bidenowi. Współpraca jego syna z prorosyjskim prezydentem Ukrainy może mieć istotny wpływ na polityczny wizerunek demokraty. Wszak to właśnie Partia Demokratyczna od lat stara się przekonać opinię publiczną, że Donald Trump pozostaje w zmowie z Kremlem. Być może właśnie z tego powodu główny kandydat demokratów na prezydenta zdecydował się podbić stawkę w wewnętrznym wyścigu o nominację propozycją uderzenia w Wall Street wysokimi podatkami.

Antybiznesowa licytacja
Joe Biden to jak na razie jedyny kandydat na prezydenta po lewej stronie, który nie obiecał wyborcom podjęcia żadnych zdecydowanych kroków przeciwko korporacjom i bankom. Wydawało się to dotąd jego atutem, lecz jednocześnie niosło ze sobą wiele zagrożeń, gdyż wśród polityków Partii Demokratycznej pojawiło się w ostatnim czasie coraz więcej osób zalecających radykalne rozwiązania. Do takich należy m.in. Alexandria Ocasio-Cortez czy też Bernie Sanders, postulujący wprowadzenie stawek podatkowych sięgających nawet 70 proc. Wytworzona przez nich presja sprawiła, że nawet główna konkurentka Bidena, uważana za względnie umiarkowaną senator Elizabeth Warren z Massachusetts, zapowiedziała niedawno, że najlepiej zarabiający powinni płacić wyższe podatki niż obecnie, a zgromadzone w ten sposób środki powinny być przeznaczone na opiekę społeczną. Według nieoficjalnych informacji odpowiedzią Bidena na tę licytację ma być sugerowany przez jego doradców podatek od sprzedaży akcji i obligacji. Nie zostało to jeszcze oficjalnie potwierdzone, lecz oczekiwania wyborców sprawiają, że jest to zapewne tylko kwestią czasu. W oczach wielu wyborców Donald Trump to przedstawiciel wielkiego biznesu i polityk, który zerwał z polityką społeczną Obamy i ewidentnie sprzyja korporacjom (m.in. obniżył CIT z 35 proc. do 21 proc.).

Głosy niezadowolonych z jego prezydentury stosunkowo łatwo jest więc pozyskać, odwołując się do retoryki „rozprawienia się z Wall Street”. Tego typu zabiegi są stosowane w Stanach Zjednoczonych od lat. Posługiwali się nimi politycy reprezentujący zarówno republikanów, jak i demokratów. Roosevelt, Clinton czy też Obama swoje zwycięstwa zawdzięczali m.in. temu, że w następstwie kryzysów gospodarczych obiecywali społeczeństwu rozprawienie się z wielkim biznesem i bankami oraz nałożenie na nie wysokich podatków. Pierwszy w historii USA czarnoskóry prezydent w czasie kampanii wyborczej w ostrych słowach krytykował administrację Busha, oskarżając ją o sprzyjanie wielkiemu biznesowi, proponując jednocześnie wprowadzenie wielkiego planu ratunkowego dla gospodarki. Ostatecznie okazało się, że Obama okazał się nie tyle wrogiem Wall Street, ile wielkim przyjacielem świata wielkich finansów, zatrudniając na ważnych stanowiskach przedstawicieli największych banków (m.in. Goldman Sachs, Merrill Lynch). Co więcej, poprzedni demokratyczny prezydent zachował na stanowisku szefa Fed mianowanego wcześniej przez Busha Bena Bernanke i bez większych zahamowań wypełnił program pomocy publicznej dla chwiejących się w wyniku kryzysu banków.

W cieniu Obamy
Siłą rzeczy polityka prowadzona przez Obamę kładzie się cieniem także na samym Bidenie, który przez dwie kadencje pełnił przy jego boku funkcję wiceprezydenta. Jak w 2016 roku ujawnił portal Wikileaks, w mailach Johna Podesty, doradcy Hillary Clinton i Barracka Obamy, znalazła się wiadomość od Michaela Fromana z banku Citigroup. Wysłana na miesiąc przed wyborami prezydenckimi, zawierała listę osób, z których wiele zostało później mianowanych na prominentne stanowiska: m.in. sekretarza obrony, ambasadora przy ONZ czy też prokuratora generalnego. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że wysokiej rangi przedstawiciel banku (który pracował wcześniej w administracji Billa Clintona) przekazywał tym samym swego rodzaju dyspozycje dla przyszłego prezydenta. Choć bailout dla Citigroup zaproponował jeszcze ustępujący prezydent Bush, przeforsowanie niepopularnej ustawy wziął na siebie już na początku kadencji właśnie Obama. Nie dziwiło więc nikogo także to, że po zakończeniu swojej prezydentury 44. prezydent USA rozpoczął tournée po Wall Street, dając wykłady w zamian za bajeczne sumy. Pomimo tego, że te fakty są dość dobrze znane, amerykańska opinia publiczna wciąż bardzo chce wierzyć w to, że świat polityki wciąż dzieli się na przyjaciół wielkiego biznesu oraz obrońców ludu przed jego nadużyciami.

Ostatnie wydarzenia w łonie Partii Demokratycznej mimo wszystko niepokoją przedstawicieli Wall Street i korporacji, gdyż licytacja na najbardziej skuteczny środek karzący wobec biznesu może tym razem przynieść pewien wymierny efekt. Według amerykańskich mediów niektórzy przedstawiciele kręgów biznesowych, którzy tradycyjnie popierają demokratów, są wyraźnie poirytowani zachowaniem Bidena i Warren, grożąc nawet wycofaniem swojego poparcia na rzecz republikanów. Z perspektywy byłego wiceprezydenta pogrożenie palcem Wall Street wydaje się jednak w tej chwili najbardziej logicznym krokiem, wobec rosnącej popularności jego konkurentki. Według dotychczasowych raportów dotyczących zbiórki pieniędzy na kampanię Partii Demokratycznej, kadra zarządzająca Wall Street przeznacza najwięcej środków na Joe Bidena, Kamalę Harris i Pete’a Buttgiega. Spośród tych osób jedynie Biden ma realną szansę na nominację. J.P. Morgan Chase, Goldman Sachs czy też Citigroup zdecydowanie preferują kandydata sprawdzonego, zapewniającego kontynuację linii Obamy, a do pewnego stopnia także Trumpa. Choć mało kto dziś pamięta, obecny prezydent przed objęciem urzędu był również niezwykle krytyczny wobec Wall Street i odgrażał się niczym typowy demokrata, że zrobi z finansowym establishmentem porządek. Po objęciu urzędu był już zdecydowanie mniej buńczuczny.

Autor

Poprzedni artykułWiedeńska układanka
Następny artykułPodróże bez uśmiechu

Najnowsze