18.7 C
Warszawa
czwartek, 6 października 2022

Mięso na celowniku

Koniecznie przeczytaj

Histeria nakręcana przez środowiska ekologicznych aktywistów zaczyna coraz silniej uderzać w zwykłych ludzi.

Unia Europejska poważnie zastanawia się nad wprowadzeniem specjalnej opłaty za kupowane w sklepach mięso.

Nad takim rozwiązaniem będą się zastanawiali członkowie Parlamentu Europejskiego 5 lutego [już po zamknięciu tego wydania „GF”]. Przygotowaniem odpowiedniego projektu od dłuższego czasu zajmowała się koalicja True Animal Protein Price (TAPP, czyli Prawdziwa Cena Zwierzęcych Protein), w której skład wchodzą m.in. Holenderskie Towarzystwo Wegańskie czy też organizacja Współczucie w Światowym Rolnictwie. Choć sama nazwa koalicji zdradza silne zaangażowanie emocjonalne w kwestię obrony praw zwierząt, unijne władze bardzo przychylnie przyjęły sporządzony przez nią raport ujawniający rzekome zagrożenia związane z produkcją i konsumpcją mięsa.

Więcej pieniędzy, mniej zwierząt
W raporcie znaleźć można propozycję, aby do 2030 r. ceny wołowiny wzrosły o 47 eurocentów od każdego kilograma, wieprzowiny o 36 eurocentów, a drobiu zaś o 17 eurocentów. Zdaniem koalicji TAPP obciążenie wołowiny największą taryfą wynika z faktu, że hodowla bydła ma się wiązać z rzekomo największymi kosztami środowiskowymi. Zwolennicy tzw. opłaty na rzecz zrównoważonego rozwoju przekonują, że gdyby udało się wprowadzić ją już teraz, można by liczyć na aż 32,3 mld euro rocznie dochodu w całej Unii Europejskiej. Przedstawiciele koalicji TAPP nawet nie kryją, że docelowo nie chodzi im wcale o poprawę warunków, w których prowadzi się dziś hodowlę (wpływy z opłaty miałyby teoretycznie być przeznaczane dla rolników po to, aby inwestowali w ekologiczne rozwiązania). W raporcie znajduje się bowiem informacja, że w wyniku wprowadzonych zmian w ciągu dekady doszłoby do zmniejszenia spożycia drobiu, wieprzowiny i wołowiny odpowiednio o 30 proc., 57 proc. i 67 proc. Pokazuje to, że w gruncie rzeczy „ekologom” nie zależy wcale na tym, aby zwierzęta żyły w dobrych warunkach, lecz przede wszystkim na tym, aby było ich jak najmniej. Na dodatek nie uwzględnia się zupełnie tego, że przy zmniejszonej produkcji mięsa zyski z podatku zdecydowanie by spadły.

Pomimo tak skrajnych konkluzji wprowadzenie specjalnego podatku od mięsa spotyka się na forum Parlamentu Europejskiego ze sporym zainteresowaniem, gdyż z wyborów na wybory zasiada w nim coraz więcej przedstawicieli skrajnej, zielonej lewicy. W czasie ostatnich, zeszłorocznych wyborów koalicja zielonych uzyskała aż 69 mandatów, z czego 22 w samych tylko Niemczech. „Zielony zwrot” w europejskiej polityce sprawił ponadto, że coraz bardziej „zielone” postulaty zaczynają w ostatnim czasie zgłaszać także partie głównego nurtu. Forsowanie specjalnego „podatku od mięsa” napotyka więc na bardzo podatny grunt i nawet jeśli chwilowo projekt TAPP nie uzyska akceptacji, wcześniej czy później powróci w tej czy innej formie. O tym, że nasze czasy stoją pod znakiem ekologicznej histerii i braku zdrowego rozsądku, świadczy już sam fakt, że pozwolono na to, aby wpływ na kształtowanie prawa w zakresie produkcji mięsa mieli przedstawiciele organizacji jawnie sprzeciwiających się jego spożyciu. Tę sytuację można przyrównać do tej, w której organizacje pacyfistyczne przygotowywałyby projekt reformy wojska. Takie paradoksy mało kto dziś jednak dostrzega.

Niemiecka presja
Niewykluczone, że Unię Europejską ubiegną Niemcy, gdzie debata na temat wprowadzenia podatku od mięsa (lub też opłaty na rzecz zrównoważonego rozwoju) trwa już od dłuższego czasu. Stawka VAT na produkty mięsne pozostaje wciąż na dość niskim poziomie (7 proc.), co silnie rozpala wyobraźnię zarówno liczących na wyższe wpływy z podatków polityków, jak i chcących administrować zyskami z opłaty ekologistów. Mimo to niemieccy rolnicy narzekają na to, że dyktowane przez główne sieci handlowe (m.in. Aldi, Lidl) ceny sprawiają, że produkcja powoli przestaje być w ogóle opłacalna. W tej sytuacji koncepcja wprowadzenia podatku od mięsa, z którego zyski mogłyby później być przekazywane rolnikom, wydaje się części przedstawicielom branży korzystna, gdyż pozwala na zrekompensowanie części strat. W rozmowy pomiędzy rolnikami a przedstawicielami wielkich sieci spożywczych zaangażowała się nawet kanclerz Angela Merkel, jednakże biorąc pod uwagę nieugiętą postawę tych drugich niewykluczone, że cała awantura zakończy się ostatecznie wprowadzeniem nowego podatku.

Jeżeli proponowana opłata zostanie wprowadzona, uderzy bez wątpienia także w Polskę. W zakresie produkcji drobiu polscy producenci nie mają sobie równych, a nasz kraj jest liderem całej Unii (odpowiadając za ok. 16 proc. produkcji). W przypadku produkcji mięsa wieprzowego Polska zajmuje wciąż wysokie, 6. miejsce, choć ostatnio branża przeżywa spore trudności związane z Afrykańskim Pomorem Świń (ASF). Jeżeli Unia przyjmie projekt dążący ostatecznie do ograniczenia skali produkcji w całej wspólnocie, wielkim poszkodowanym będą właśnie producenci z Polski. W całej sprawie najbardziej uderza to, że Polska po raz kolejny może ucierpieć z powodu zmian, które są podyktowane interesem niemieckim lub politycznymi fanaberiami. Podobnie jak w przypadku procedowanej wciąż umowy z krajami grupy Mercosur, którą zawarto przede wszystkim w celu zapewnienia rynków zbytu dla przemysłu motoryzacyjnego, w przypadku podatku od mięsa w grę wchodzi przede wszystkim próba zaradzenia niedomaganiom niemieckiego rynku oraz uleganie ekologicznej histerii.

Fałszywa troska
Zwolennicy wprowadzenia opłaty przekonują fałszywie, że w gruncie rzeczy ograniczenie konsumpcji mięsa przyczyni się w dłuższej perspektywie do wygenerowania znacznych oszczędności wynikających z lepszego stanu zdrowia. Naiwnie przekonują, że wyższa cena artykułów mięsnych ograniczy ich spożycie wśród osób, które źle dobierają dietę i skłoni do sięgania po inne produkty. Gdyby jednak ludźmi można było zarządzać w taki sposób, akcyza już dawno wyeliminowałaby problem alkoholizmu. Produkcja i konsumpcja mięsa znajduje się w ostatnim czasie pod zmasowanym atakiem ze strony ekologicznych aktywistów. Najsłynniejsza z nich, Greta Thunberg, stwierdziła nawet, że „mięso kradnie moją przyszłość”. Młoda Szwedka, która sama jest weganką, przekonuje od dłuższego czasu, że hodowla zwierząt stanowi wielkie zagrożenie dla planety ze względu na generowaną emisję dwutlenku węgla.

W podobny sposób na temat mięsa i jego produkcji wyrażają się m.in. agendy Organizacji Narodów Zjednoczonych. Zdaniem przedstawicieli Programu Środowiskowego Narodów Zjednoczonych hodowla przemysłowa stanowi „najbardziej palący problem całego świata”. Cały świat cierpi rzekomo z powodu śladu węglowego generowanego przez zwierzęta hodowlane, a działania mające na celu ograniczenie spożycia mięsa stają się powoli nowym priorytetem ekologistów. Kampania przeciwko spożywaniu mięsa nabiera coraz większego rozpędu, a działania Unii Europejskiej pokazują wyraźnie, że wkrótce jej efekty będą odczuwane coraz mocniej także w Polsce. Presja na to, aby odgórnie ograniczyć spożycie wołowiny, wieprzowiny czy też drobiu będzie narastać, gdyż społeczeństwa europejskie radykalizują się w zakresie przekonań ekologicznych. Choć polityczna moda na ekologizm jest wciąż zdecydowanie słabsza wśród „nowych” krajów członkowskich Unii Europejskiej, to nie one mają we wspólnocie decydujący głos. Mięso, tak jak w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, może znów stać się dla wielu Polaków towarem luksusowym.

Autor

Poprzedni artykułPolski biznes nad Niemcami
Następny artykułDétente Putina

Najnowsze