20.2 C
Warszawa
sobota, 2 lipca 2022

Kwadratura koła odwrotnego rasizmu

Koniecznie przeczytaj

Czy takie zjawisko jak odwrotny rasizm w ogóle istnieje?

Według mainstreamowych mediów popierających ruch BLM z pewnością nie. Jednak problem nienawiści czarnej mniejszości do białej większości Ameryki oraz innych grup etnicznych jest faktem. Mimo wyraźnych chęci upchnięcia „trupa w szafie”.

Jak to się zatem dzieje, że afroamerykańskich demonstrantów nie interesuje uniwersalne hasło: „Wszystkie życia są ważne?” Dlaczego pierwszeństwo ma tylko życie czarnych?

Niepoprawna statystyka
Gdzie szukać przyczyn dzisiejszej fali niepokojów etnicznych, która wstrząsnęła USA? Na ulicach amerykańskich miast rozlega się okrzyk sprzeciwu wobec systemowego lub instytucjonalnego rasizmu białej większości wobec czarnej mniejszości. Na początek nieco danych potwierdzających taki stereotyp. W 2019 r. z rąk policji zginęło tysiąc osób. 24 proc. zabitych było Afroamerykanami. Zgodnie ze statystyką ta grupa rasowa, czyli Amerykanie o czarnym kolorze skóry, stanowi tylko 12 proc. populacji Stanów Zjednoczonych. Nadreprezentacja afroamerykańskich ofiar policji jest widoczna gołym okiem.

Jedna z przyczyn kryje się z pewnością w powszechnym dostępie do broni palnej. W takiej sytuacji każdy policjant przystępujący do interwencji musi zakładać, że napotka uzbrojonego człowieka, a jako że policji z reguły nie interesują spacerowicze, chodzi o uzbrojonych przestępców. I tak jest faktycznie, co akcentują na przykład europejskie media. Wg Deutsche Welle, która sympatyzuje z ruchem BLM, „główną przyczyną stresu amerykańskich policjantów jest fakt, że większość ofiar śmiertelnych wśród stróżów porządku pada od strzałów uzbrojonych bandytów”.

Tymczasem, jak wynika z danych Bureau of Justice Statistics, w 2018 r. Afroamerykanie byli sprawcami 547 tys. morderstw, napadów, grabieży i innych aktów kryminalnej przemocy, głównie w stosunku do białej grupy rasowej. Dla porównania biali Amerykanie popełnili 59 tys. identycznych czynów wobec Afroamerykanów. Jak widać, czarnoskórzy mieszkańcy USA przodują w kryminalnej statystyce, wyprzedzając nie tylko białych „rasistów”, ale także hiszpańskojęzyczną grupę etniczną. Latynosi mogli się „pochwalić” w 2018 r. 365 tys. czynów kryminalnych.

Z kolei, wg portalu American Thinker, policja niezwykle rzadko używa broni palnej przeciwko nieuzbrojonym Afroamerykanom. Wręcz odwrotnie, choć 40 proc. policjantów ginie rocznie z rąk czarnoskórych bandytów. Wreszcie zgodnie z danymi departamentu sprawiedliwości, amerykański policjant ma 18,5-krotnie większą szansę zginąć z rąk czarnoskórego uzbrojonego napastnika, niż bezbronny Afroamerykanin paść śmiertelną ofiarą policji. Zamiast jednak koncentrować się na brutalności amerykańskich stróżów, co jest jednym fundamentów ruchu BLM, warto zgłębić przyczyny, dla których Afroamerykanie tak często trafiają na celowniki policyjnej broni.

Stereotyp afroamerykańskiego przestępcy nie wziął się z sufitu. Czarnoskórzy Amerykanie żyją w zamkniętych gettach, które charakteryzują się z reguły trudnymi warunkami socjalnymi. Mówiąc wprost, Afroamerykanie żyją w biedzie, a całą społeczność cechuje niski poziom wykształcenia. Różnice w poziomie życia z innymi grupami etnicznymi, na czele z białą, najlepiej oddają dwa wskaźniki. Pierwszym jest pułap rocznych dochodów. Jeśli białe gospodarstwo domowe osiąga średnio 71 tys. dol. rocznie, afroamerykańska rodzina musi się zadowolić dochodem w wysokości 40 tys. dol.

Inaczej wygląda także statystyczna długość życia. Przeciętny Afroamerykanin spędza na tym świecie trzy i pół roku mniej od białego obywatela USA. Przyczyna kryje się w dostępie do usług medycznych. 10 proc. czarnoskórych Amerykanów nie ma ubezpieczenia zdrowotnego. Nie może zatem dziwić wyższa śmiertelność tej grupy rasowej podczas epidemii koronawirusa. Stanowiła 23 proc. ofiar śmiertelnych infekcji COVID-19. Być może taka sytuacja tłumaczy wybuch emocji wywołanych śmiercią George’a Floyda z rąk białego policjanta. W żaden sposób nie wyjaśnia zjawiska odwrotnego rasizmu, który wydostał się na ulice amerykańskich miast z niesłychaną siłą.

Czarny rasizm
Czym jest odwrotny rasizm, o ile w ogóle istnieje? Tak bowiem twierdzą poprawne politycznie media USA. Tego, że czarnoskórzy aktywiści ruchu BLM Black Lives Matter (Życie Czarnych jest Ważne) nie lubią białych, nie da się ukryć. Podobnie jak tego, że swojej nieskrywanej pogardy dla innych grup etnicznych, na czele z Żydami, Afroamerykanie w ogóle nie uważają za rasizm. Być może jedna z przyczyn tkwi w fakcie, że powstały w 2014 r. ruch BLM czerpie ideologicznie z doświadczeń radykalnego poprzednika, którym były Czarne Pantery. Fenomen lat 60. XX w. uważał uliczną przemoc za najlepszą metodę walki o równouprawnienie czarnoskórych mieszkańców USA.

W porównaniu z emancypacyjnymi działaniami sprzed półwiecza obecnie występują ogromne różnice. Co by nie powiedzieć o Czarnych Panterach, ich przemoc była silnie umotywowana radykalną ideologią, ale wrogiem był biały establishment, a nie wszyscy biali. Tymczasem dziś można podzielić uczestników protestów na trzy grupy. Pierwsza z nich bardzo świadomie żąda od władz amerykańskich systemowych rozwiązań zmieniających na lepsze sytuację życiową wszystkich Afroamerykanów. Począwszy od dostępu do edukacji i usług medycznych, do stworzenia ścieżki kariery, a więc społecznego awansu. Druga grupa to umowni pomocnicy. W burzliwych demonstracjach biorą udział biali obywatele, a w praktyce przedstawiciele wszystkich grup etnicznych, które składają się na naród w amerykańskim pojęciu.

Wreszcie w ich cieniu znalazły się tysiące zwykłych bandytów i dziesiątki tysięcy maruderów, których jedynym celem stała się grabież cudzego dobra. Co symptomatyczne, na trasie przemarszu protestów na witrynach sklepów, punktów usługowych i miejsc innej działalności gospodarczej często widniały plakaty następującej treści: „To biznes należący do czarnego” lub „Właściciel jest Afroamerykaninem”. Z reguły nie zapobiegały one jednak zniszczeniom i rozgrabieniu. Tymczasem, jak przyznają amerykańscy socjologowie, nawet grupa rabusiów działa z silnym podtekstem ideologicznym. W myśl bolszewickiej zasady „grab zagrabione”, przyznaje sobie prawo do zaboru cudzego mienia lub jego zniszczenia w odwecie za wieki czarnego niewolnictwa. Pierwszą i drugą grupę stanowią wyłącznie Afroamerykanie. Obie cechuje silna agresja wobec wszystkich białych, nie wyłączając pomocników i sympatyków ruchu BLM. Ten aspekt obecnych protestów jest tak niepoprawny politycznie i skandaliczny, że cenzurują go wszystkie liberalne media wspierające uliczny wybuch. Tymczasem w kadrach nagranych telefonami często słychać wezwania do rozprawy ze wszystkimi białymi. Podobnie jak w kadry kamer telewizyjnych nie trafiają dziesiątki haseł „Do diabła z białą Ameryką”. Setki napisów na wrakach spalonych samochodów oraz na ścianach rozgrabionych marketów głoszą „Precz z białymi”. Nie wspominając o postumentach zdewastowanych pomników amerykańskiej historii oraz o niszczeniu cmentarzy żołnierzy walczących z nazizmem i komunizmem.

Gdybyż czynnym i ideologicznym napaściom podlegali przeciwnicy BLM, wszystko mieściłoby się w normie brutalnej walki politycznej. Jednak gdy afroamerykańscy aktywiści z jednakową pogardą odnoszą się do białych sympatyków rasowego równouprawnienia, sytuacja skłania co najmniej do refleksji nad celami ruchu i całej mniejszości rasowej. Jak tłumaczą się czarnoskórzy aktywiści, udział białych w nieswoich demonstracjach odwraca uwagę od ich istoty. Ponadto tylko Afroamerykanie mają moralne prawo wypowiadania się w swoich sprawach.

Tyle, że taka postawa niszczy fundament amerykańskiego narodu. Jest nim przecież „piec hutniczy”, w którym wytapiało się jednorodne społeczeństwo. Ameryka jest państwem, w którym o przynależności do narodu decydują wspólne wartości, takie jak patriotyzm, równe szanse kariery oraz poszanowanie wolności jednostki zagwarantowane przez prawo własności i demokratyczne porządek. Tymczasem przekaz BLM, jak wskazuje nazwa ruchu, mówi, że dla Afroamerykanów ważne jest tylko ich życie, a nie los wszystkich Amerykanów.

Wszyscy czy tylko czarni?
To nie teoria. Niestety to prawda. Zupełnie inny krajobraz wyłania się z telewizyjnych relacji, stopnia poparcia BLM w mainstreamowych mediach, a jeszcze bardziej z reakcji użytkowników sieci. Wszystkie pozwalają przypuszczać, że protesty przeciwko rasizmowi i policyjnej przemocy stały się nową, uniwersalną wartością jednoczącą Amerykę. W trudnych czasach próby, jaką stała się epidemia koronawirusa, walka o równe prawa integruje wszystkich Amerykanów, bez względu na kolor skóry, pochodzenie etniczne, czy wyznawaną religię. Nic bardziej mylnego. BLM dzieli Amerykę, niszcząc jej dotychczasowy fundament. Tymczasem od lat 60. ubiegłego wieku dyskurs o rasizmie jest stałym i wcale nie wstydliwym tematem publicznej wymiany poglądów. Winę za niewolnictwo oraz za jego współczesne konsekwencje przyznały wszystkie liczące się nurty amerykańskiej polityki, o demokratycznych instytucjach nie wspominając.

Badania socjologiczne przeprowadzone w 2011 r. jednoznacznie udowodniły taki stosunek amerykańskiego społeczeństwa do swojej własnej historii. Jednocześnie psychologowie Michael Norton i Samuel Sommers, którzy analizowali sondę, wysłali sygnał ostrzegawczy. Czarna społeczność żyje uprzedzeniami wobec białej większości, która w coraz większym stopniu odczuwa wrogość Afroamerykanów. Tym niemniej wydawało się, że nastroje stonowała prezydentura Baracka Obamy. Dwie kadencje Afroamerykanina w Białym Domu ukazały również, jaką ewolucję przeszła biała społeczność, dla której kolor skóry przestał być wyznacznikiem statusu społecznego. Doszło do tego, że liberalni myśliciele ogłosili początek ery „postrasowej Ameryki”. I tak było ponieważ, jak wskazuje analiza medialna, problem rasizmu był omawiany publicznie z jeszcze większą intensywnością niż na początku XXI w. Jednak próba wprowadzenia w obieg hasła równouprawniającego wszystkich Amerykanów poniosła druzgocącą klęskę z powodu totalnego odrzucenia przez czarnoskórą mniejszość rasową USA. Hasło brzmiało: ALM-All Lives Matter, czyli Wszystkie Życia są Ważne. Zaskoczenie? Znany bloger i prankster Joey Salads przeprowadził pouczający eksperyment. Z tablicą na piersi o treści „Black Lives Matter” namawiał mieszkańców białych rejonów Nowego Jorku do poparcia ruchu. Był 2016 r. i zgodę wyrażało niewielu pytanych, twierdząc jednak, że nie rozróżniają ludzi w zależności od koloru ich skóry.

Następnie z identyczną tabliczką, tyle że o treści „All Lives Matter” udał się w tym samym celu do czarnego Harlemu. Jak wspominał, dobrze, że wyszedł z tej próby żywy, co zawdzięcza szybkiej ucieczce przed agresywnym tłumem Afroamerykanów. Pod archiwalnym nagraniem eksperymentu na YouTube można dziś znaleźć komentarz: „Spróbowałbyś to powtórzyć w Minneapolis–2020”. Jak podkreślają komentatorzy, podczas obecnych protestów żaden z aktywistów nie nawiązał nawet do hasła ALM! Problem w tym, że radykalizacja afroamerykańskiej społeczności posunęła się tak daleko, że obecnie tolerancja wyrażana na europejski sposób, a więc w codziennych sprawach, nie wystarcza. BLM żąda czegoś więcej. Czarnoskóra społeczność nie postrzega swojego stosunku do białych jako rasizm. Tłumaczy, że takowego doznaje tylko ona, ze strony państwa, które nie zrobiło dostatecznie wiele, aby zmniejszyć ich socjalną i ekonomiczną dyskryminację.

Dlatego jeden z ideologów afroamerykańskiej diaspory Ibram X. Kendi do sztandaru „Życie Czarnych jest Ważne” dodaje hasło: „Milczenie białych to przemoc”. Autor podręcznika „Jak zostać antyrasistą” uważa: „Bierne poparcie obecnej sytuacji to tak, jakby biali mówili tylko, że nie popierają niewolnictwa czarnych, ale nie walczyliby o jego zniesienie w wojnie secesyjnej, która by nie wybuchła”. Jak twierdzi Kendi, „Zwykłe niebycie rasistą już nie wystarcza”. Poparcie dla Afroamerykanów może wyrazić tylko aktywne działanie, bo na pośrednią postawę nie ma już w USA miejsca. Faktycznie presja, jaką wywarły na wszystkich Amerykanach obecne protesty, okazała się ogromna. Jeszcze więcej zrobiło dla BLM poparcie liberalnych mediów oraz przekaz sieciowy. Teraz z rasizmem walczą wszyscy. Od zwykłych obywateli, którzy wymieniają pomiędzy sobą listy obowiązkowych lektur, przez wielkie korporacje, które na wyścigi deklarują swój pozytywny stosunek do naboru czarnoskórych pracowników. Wiele miejsca zajmuje autocenzura mediów, które jak ognia unikają łatki rasistowskiej, w publikowanych przez siebie treściach lub emitowanych programach.

Jeszcze większym szokiem jest zachowanie elit politycznych. Demokratyczni senatorowie i kongresmeni więcej obecnie klęczą oddając hołd ofiarom policyjnej przemocy, niż uchwalają ustaw. Z Kapitolu znikają pomniki liderów Konfederacji, a władze Minneapolis rozwiązują policję. Kiedy zatrzyma się to szaleństwo? Odpowiedź jest prosta. Wtedy, gdy Stany Zjednoczone wypracują nowy konsensus społeczny. Tyle że poprzedni, który powstał po Wojnie Secesyjnej połowy XIX w. był owocem długiej debaty obywatelskiej. Jego podstawą jest wolne starcie poglądów po to, aby wyłonił się kompromis zadowalający wszystkich Amerykanów. Dziś ruch BLM mówi, że na jakąkolwiek debatę nie ma miejsca, co udowodnił, paląc i grabiąc miasta Ameryki. Afroamerykanie nie pójdą przecież na kompromis z innymi grupami etnicznymi USA, uważając je za rasistowskie.

W tym kontekście warto się wsłuchać w opinię francuskiego portalu. Valeurs Actuelles uważa ruch BLM i postawę Afroamerykanów za instrument w rękach liberalnych elit i lewicowych intelektualistów USA. Odwrotny rasizm czarnoskórych to doskonałe narzędzie wiktymizacji, czyli wmówienia nieistniejących win, a więc odpowiedzialności narodu amerykańskiego za niepopełnione grzechy.

Do czego naprawdę prowadzi taka sytuacja? Obecnie do nasilenia aktów czarnej przemocy nad białymi, czego pokazywania jak ognia unikają media. W odgórnej grze rasizmem chodzi tylko i wyłącznie o stworzenie tzw. antyrasistowskiego paradoksu. To wywołanie przemocą stanu obywatelskiego szoku poprzez ciągłe oskarżanie białej większości, czyli domniemanych rasistów, o sytuację, w jakiej znajduje się czarnoskóra mniejszość. Drugą stroną medalu jest ciągłe ukazywanie Afroamerykanów jako głównej ofiary amerykańskiego konsensusu społecznego. Stąd wynika potrzeba zmiany amerykańskiego systemu demokratycznych instytucji, tak aby systemowy rasizm wreszcie zanikł. Tyle, że to niemożliwe, bowiem Afroamerykanom jest wygodniej w roli ofiary niż równoprawnego członka narodu amerykańskiego. Świadczy o tym najdobitniej opublikowany w sieci list otwarty amerykańskiego policjanta.

„Wychowałem się i żyję na Brooklynie”, pisze czarnoskóry cop, dodając, że to, o czym mówi, jest szokiem dla jego czarnoskórych braci. Po czym wymienia mity rasizmu, którego ofiarami są Afroamerykanie. Od przemocy policji, przez nierówne szanse kariery, po systemową dyskryminację. Zdaniem coraz większej liczby czarnoskórych aktywistów problem leży w rachunku opłacalności. Afroamerykanie bez własnej pracy, codziennych, a więc systematycznych starań, osiągają w chwili obecnej więcej przywilejów. Dużo więcej, niż gdyby spróbowali się zintegrować z resztą społeczeństwa, wykorzystując istniejące możliwości oferowane przez amerykański „piec hutniczy”. To prawda, że czarnoskóra ludność przez trzy wieki była dyskryminowana, a nawet prześladowana. Jednak od czasu zniesienia niewolnictwa minęło 150 lat. Od czasu zaprzestania segregacji rasowej 70 lat. Czas zatem brać się do pracy, mówi amerykański gliniarz i dodaje z goryczą: jedyną rzeczą, która jak na razie wychodzi Afroamerykanom najlepiej, jest wzajemne mordowanie. Nawet policja jest niepotrzebna dla takich fachowców jak czarni bracia.

Autor

Najnowsze