16.5 C
Warszawa
sobota, 25 września 2021

Szantaż białoruskiego Osamy bin Ladena

Koniecznie przeczytaj

Złota setka

Rynek gazu

Restrukturyzacja

Zamiast biadać nad losem nielegalnych imigrantów, weźmy przykład z Litwy, która konsekwentnie rozprawiła się z szantażem Łukaszenki. Stawka przyjęcia uchodźców jest zbyt duża dla Polski i całej Unii Europejskiej. Nieobliczalność dyktatora z Mińska grozi niekontrolowaną eskalacją, bo diametralnie zmieniły się okoliczności.

Nieodpowiedzialność

– Każda osoba, która przebywając na granicy, zgłosi funkcjonariuszowi Straży Granicznej zamiar jej przekroczenia w celu ubiegania się w Polsce o ochronę międzynarodową, powinna zostać wpuszczona na terytorium Polski – interweniował u premiera Mateusza Morawieckiego Rzecznik Praw Obywatelskich Marcin Wiącek.

– Jak kryzys na granicy z Białorusią powinien się skończyć? Jest jedno słuszne prawnie oraz humanitarnie rozwiązanie – trzeba tych ludzi wpuścić – czytamy na portalu OKO press, który cytuje Aleksandrę Chrzanowską ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej.

Kierując się samarytańskim odruchem, w sytuację nielegalnych imigrantów weszli prawnicy i obrońcy praw człowieka oraz politycy lewicy, choć z ich działań na milę pachnie chęcią wykorzystania ludzkiego nieszczęścia do gry politycznej.

Otóż nie! Środowiska apelujące o litość dla nielegalnych przybyszów z Afganistanu, Iraku oraz innych ogarniętych wojnami części świata nie mają racji, a co gorsza mijają się z prawdą.

Po pierwsze, nie chcąc pozostać na Białorusi lub nie stosując procedur prawnych, imigranci z ofiar stali się żywymi torpedami Łukaszenki.

W asymetrycznej wojnie zwanej hybrydową, którą Moskwa i Mińsk toczą z demokracjami, strumienie imigracyjne odgrywają rolę identyczną do dywizji pancernych i hakerów Kremla. Mówiąc wprost, stają się orężem agresji.

Nie znaleźli się w pasie granicznym, przylatując z Księżyca, tylko po starcie z Bagdadu wylądowali legalnie na lotniskach Moskwy i Mińska. Dalej w rolę przemytników ludzi wcieliła się policja polityczna białoruskiego Papa Doca. Ta sama, która morduje, torturuje obrońców demokracji i praw człowieka w swoim kraju.

Na dodatek, jak każde osoby nielegalnie przekraczające granicę, a tego właśnie chcą dokonać, imigranci łamią polskie i unijne, czyli wspólnotowe prawo, wpisując się na listę ściganych przestępców. Taką zasadę uznaje cywilizowany świat, poczynając od kolebek demokracji: francuskiej, amerykańskiej czy brytyjskiej.

Po drugie, jak mówi przysłowie, dobrymi chęciami piekło wybrukowane. Humanitarny odruch solidarności z 2015 r. doprowadził do terrorystycznych masakr w Paryżu, Berlinie i Brukseli, a końca upiornej fali nie widać. Tak, imigranci już wówczas również byli ofiarami wojny cywilizacji, ale także jej instrumentami.

Prosta przyzwoitość nakazuje zatem obrońcom imigrantów koczujących w polskim pasie granicznym stanąć w świetle kamer. Po co? Żeby publicznie, pod własnymi nazwiskami, złożyli deklarację: Biorę na siebie moralną odpowiedzialność za wszystkie akty terroru. Proszę o umożliwienie mi stanięcia twarzą w twarz z rodzinami niewinnych zamordowanych dotychczas i w przyszłości.

I po trzecie wreszcie jest kwestia odpowiedzialności za to, że Afgańczycy, Irakijczycy, Syryjczycy, Kurdowie, Ujgurowie (lista prześladowanych, mordowanych lub po prostu umierających z głodu jest naprawdę długa), znaleźli się tysiące kilometrów od swoich rodzin i wiosek.

W szerokiej perspektywie ostatniego 30-lecia to autorzy końca historii,  beneficjenci globalizacji próbujący zaprowadzić, jak mówili staliniści,  urawniłowkę kulturową.

Obecnie coraz bardziej totalitarnymi, a wręcz bolszewickimi metodami, znanymi jako neoimperializm, multikulturalizm, cancel culture.

Stworzyli idealne środowisko dla politycznych szczurów, takich jak Osama bin Laden, zarażonych najstraszniejszym wirusem. Nie chodzi o COVID-19 tylko o wściekłe pożądanie władzy.

Niestety Łukaszenko reprezentuje ten sam rodzaj psychopatii i powinien podzielić los poprzednika. Najlepszą pomocą dla imigrantów koczujących na polsko-białoruskiej granicy jest zatem jego eliminacja z życia publicznego.

Dopiero wówczas Polska może przejawić wobec nich humanitaryzm w granicach dopuszczonych naszym i wspólnotowym prawem.

A na razie warto zacytować premiera Mateusza Morawieckiego: – Co do uchodźców, którzy są wykorzystywani przez pana Łukaszenkę, mogę powiedzieć, że musimy chronić terytorium Rzeczypospolitej Polskiej i oczywiście od nas musi zależeć, kogo my wpuszczamy, a kogo nie. Nie może być tak, aby szantaż pana Łukaszenki zmuszał nas do przyjmowania kogokolwiek.

Bierzmy przykład z Litwinów

– Poważne, suwerenne państwo chroni swoje granice zewnętrzne – dodał premier. Minister obrony Mariusz Błaszczak zaapelował do pałających chęcią niesienia pomocy, aby nie byli pożytecznymi idiotami białoruskiego terrorysty.

Chodzi bowiem o nieskrywaną zemstę dyktatora za wsparcie udzielane przez Warszawę i Wilno demokratycznej opozycji. Ogarnięty panicznym strachem przed odpowiedzialnością za masakrę narodu białoruskiego, zapowiedział już w lipcu: – Zatrzymywaliśmy dotąd narkotyki i imigrantów, a teraz niech oni łapią to sami.

Miał na myśli całą UE, to Europa bowiem nałożyła na reżim Łukaszenki sankcje. Jeśli chodzi o przeciwdziałanie, najlepiej posłużyć się przykładem Litwy, którą jako pierwszą dotknęła żywa agresja.

Gdy przez granicę naszego sąsiada przedostało się 4 tys. nielegalnych imigrantów, Wilno odgrodziło się od Białorusi 150 km drutu kolczastego. Na dniach litewski prezydent podpisał dekret rozszerzający uprawnienia armii w strefie nadgranicznej, zrównując jej prerogatywy ze strażą graniczną. Każde niepodporządkowanie się poleceniom oznacza zatrzymanie.

Miesiąc blokady wystarczył, aby rzeka nielegalnych wtargnięć na obszar Unii Europejskiej wyschła. Gdy przekonał się o tym dyktator, skierował uwagę na polską granicę.

Czy Wilno spotkało się z oburzeniem unijnej opinii publicznej? Wręcz odwrotnie. Szwecja do dziś żywi imigrantów, którym udało się przedostać w głąb Litwy. Czesi i Finowie wsparli naszych sąsiadów drutem kolczastym oraz detektorami sygnalizującymi każde niesankcjonowane przekroczenie linii granicznej.

Bruksela słowami Josepa Borrella potępiła Mińsk za wykorzystanie imigrantów do szantażowania Europy. Poczytne tytuły, takie jak „The Financial Times”, „Der Spiegel” i „El Pais”, kierują swoje oburzenie na Łukaszenkę, a nie nazaatakowane państwa.

Gazeta „Svenska Dagbladet” należy do nielicznych tytułów w Europie chroniących niezależność dziennikarską. Dlatego w efekcie kryzysu imigracyjnego w trójkącie Mińsk – Wilno – Warszawa pyta: „Kto obroni Unię Europejską przed nową katastrofą imigracyjną?”.

Odpowiedź brzmi: Tylko my sami, bo jak wykazała kryzysowa indolencja Brukseli w 2015 r., nikt tego za nas nie zrobi. Potem Warszawę oklaskiwać będą wszystkie stolice UE na czele z Brukselą.

Dlaczego? Diametralnie zmieniły się okoliczności. W 2011 r. z ogarniętej wojną domową Syrii ruszył strumień uchodźców oraz imigrantów ekonomicznych. Jednak triggerem, który wystrzelił niekontrolowaną falę imigracji do Europy, było powstanie terrorystycznego kalifatu islamskiego (ISIS) pospołu z rosyjską interwencją w Syrii.

Dziś identyczna sytuacja grozi posowieckiej Azji Środkowej, a mechanizmem spustowym jest zwycięstwo talibów w Afganistanie wywołane nieodpowiedzialnością Joe Bidena.

Tylko oficjalnie, a więc z poszanowaniem unijnego prawa, chęć zamieszkania w Europie zadeklarowało 500 tys. Afgańczyków. Wobec tego liczba nielegalnych chętnych może faktycznie sięgać miliona. A co z Tadżykami, Uzbekami, Kirgizami, jeśli talibowie wyeksportują Szariat do ich krajów?

Dlatego przyjęcie choćby jednego nielegalnego uchodźcy oznacza powstanie kanału przerzutowego Azja Środkowa – Białoruś – Polska. Wówczas na polsko-białoruskiej granicy nie wystarczy drut kolczasty i tysiąc dodatkowych żołnierzy.

Na taką ewentualność przygotowują się Estonia, Litwa, Łotwa oraz Szwecja i Finlandia, Słowacja, Węgry i Czechy. I to już. Tymczasem my mamy do zabezpieczenia jeszcze granicę z Ukrainą.

To niestety tylko jedno z zagrożeń. 10 września rozpoczynają się rosyjsko-białoruskie manewry Zapad-2021. Nad polską granicą stanie 50 tys. żołnierzy, setki czołgów, samolotów i systemów rakietowych.

Pomyślmy przez chwilę o tym, co może się stać, jeśli na rozkaz mińskiego bin Ladena białoruska policja polityczna, siłą pędząc przez granicę nielegalnych imigrantów, napotka zdecydowany opór naszych żołnierzy lub funkcjonariuszy Straży Granicznej?

Czy wolontariusze – prawnicy, liczne fundacje wraz z lewicą – zapobiegną kinetycznemu spotkaniu bojowemu? Co, jeśli w wymianie ognia padną ranni i zabici, a kilka kilometrów dalej silniki będzie grzało pół tysiąca czołgów?

Według analityków portalu militarnego warontherocks.com. hybrydowa agresja prowadzona przez Rosję od 2015 r. wywołała gwałtowny wzrost incydentów z siłami NATO.

Dla tych, którzy zapomnieli, Polska jest państwem frontowym na wschodniej flance Sojuszu. Już raz Adolf Hitler rozpoczął globalną rzeź od prowokacji gliwickiej.

Autor

Najnowsze