2.4 C
Warszawa
sobota, 4 grudnia 2021

Operacja Azur. Tajemnica zamachu na V Republikę

Koniecznie przeczytaj

Francuskie służby specjalne poinformowały, że udaremniły zamach na Republikę. Zważywszy na okoliczności, spisek jest groteskowy, pokazując zarazem, że proces gnicia elit politycznych jest mocno zaawansowany. Skandal zakrawa na prowokację obozu władzy przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi. 

Cele też wydają się jasne. Pałac Elizejski chce skompromitować konserwatywną opozycję, a także zastraszyć Francuzów mających serdecznie dosyć Emmanuela Macrona.

Groteska

Generalna Dyrekcja Bezpieczeństwa Wewnętrznego Francji zapobiegła próbie zamachu stanu. O wykryciu spisku jako pierwsza poinformowała gazeta „Le Parisien”. Według śledczych, obalenie konstytucyjnych władz zaplanował były deputowany partii Ruch Demokratyczny Rémy Daillet-Wiedemann.

Z biografii wynika, że polityka to dla niego rodzinna tradycja. Ojciec Jean-Marie Daillet był wieloletnim przedstawicielem departamentu Haute-Garonne w parlamencie – Zgromadzeniu Narodowym. Reprezentował koalicję ugrupowań socjaldemokratycznych, liberalnych i chadeckich, znaną pod nazwą „Unia na rzecz Demokracji Francuskiej”.

Dlatego Remy również odnalazł się na scenie partyjnej. Najpierw został regionalnym deputowanym. Następnie wszedł do kierownictwa Ruchu jako jeden z krajowych koordynatorów. Do czasu, gdy został wykluczony z partii za frondę.

To pierwsza ciekawostka, ponieważ ugrupowanie poparło kandydaturę Macrona w wyścigu prezydenckim 2017 r. Politycy Ruchu wchodzą w skład kolejnych rządów powoływanych przez Pałac Elizejski. Drugą rodzi pytanie, jak Daillet chciał dokonać puczu, skoro od czerwca przebywa w paryskim areszcie pod zarzutem udziału w porwaniu nieletniej?

Według prawnika oskarżonego kidnaping to sfingowany pretekst. Daillet, na prośbę znajomej, pomógł zabrać jej własne dziecko spod kurateli szwajcarskich dziadków. Dlatego, zdaniem obrońcy Jeana-Christophe’a Bassona Larbiego, sprawa o charakterze cywilnoprawnym została celowo rozdmuchana i przekwalifikowana na czyn kryminalny. Tymczasem rzeczywistą przyczyną zatrzymania była krytyka elit politycznych V Republiki, na czele z Emmanuelem Macronem.

Sam oskarżony od dłuższego czasu mieszkał w Malezji, gdzie ukrywał się przed ekstradycją. Jako jednostka aktywna i zaangażowana politycznie założył i kierował firmą edukacyjną „L’Ecole à la maison”.

„Czy nie odnosisz wrażenia, że sytuacja we Francji wymyka się spod kontroli? Zdasz sobie z tego sprawę dopiero, gdy nie będziesz musiał żyć w upadającym, zdegenerowanym kraju totalnej inwigilacji oraz narzucanej poprawność”. Tak brzmi cytat z folderu reklamowego firmy, która oferowała usługi coachingu, a od wybuchu pandemii także pomagała rozpocząć nowe życie w egzotycznej Azji.

To prawda, że Daillet prowadził wideoblog (obecnie zablokowany), w którym mieszając z błotem V Republikę, nawoływał do głębokich reform Francji. Zyskał tym spory rozgłos w środowiskach stojących w kontrze do mainstreamowej propagandy sukcesu. Od żółtych kamizelek i przeciwników epidemicznych obostrzeń, po żołnierzy i policjantów. Zwłaszcza ostatni nie byli zbłąkanymi owieczkami, tylko świadomymi obywatelami zatroskanymi stanem ponurej, ich zdaniem, rzeczywistości.

Trzeba pamiętać, że w tym roku oficerowie armii i służb specjalnych dwukrotnie opublikowali dramatyczne apele. Oba wezwały prezydenta do ratowania ojczyzny przed islamizmem i terroryzmem. 30 tys. sygnatariuszy, od generałów i admirałów, po podporuczników świeżo opuszczających mury akademii, wskazało na zgubne skutki multikulturalizmu oraz tożsamościowego zagrożenia Francji przez mniejszości etniczne i obyczajowe.

Struktury siłowe powiedziały również głośne „nie” rozwarstwieniu obywateli na bogatą elitę i biedne masy. Zażądali powrotu wartości Republiki Francuskiej – demokracji, równości i solidarności, a przede wszystkim sprawnego państwa.

Lewicowe i prorządowe media dostrzegły w dramatycznych odezwach wypowiedzenie posłuszeństwa konstytucyjnemu prezydentowi. Takie tytuły, jak „Libération” i „Le Monde” po raz pierwszy zabiły na alarm. Zbliża się kontrrewolucja, czyli na wskroś reakcyjny zamach stanu.

Jednak w przeciwieństwie do kilkudziesięciu tysięcy ludzi w mundurach, zagrożenie ze strony Dailleta wygłaszającego płomienne idee z Malezji, było wprost proporcjonalne do odległości. Tymczasem służby bezpieczeństwa doszły do wniosku, że stworzył siatkę terrorystyczną oplatającą Francję 36 terenowymi strukturami.

Liczyły ponoć kilkuset konspiratorów. Akces zgłosiło m.in. 300 czynnych i emerytowanych funkcjonariuszy policji, żandarmerii oraz wojskowych. Tyle że, jak oponuje prawnik oskarżonego, byli to zwykli użytkownicy platform społecznościowych, którzy zgadzali się z autorem wideobloga, co do konieczności radykalnego uzdrowienia Francji.

Służby wiedzą jednak swoje. Jak przekazują media, operacja o kryptonimie Azur (Błękit) zakładała, że spiskowcy Dailleta uzbrojeni w policyjne pałki oraz materiały wybuchowe, zajmą Pałac Elizejski, Zgromadzenie Narodowe, MSW i ministerstwo obrony. Plan przewidywał, że finałem zamachu będzie wystąpienie pomysłodawcy na antenie stacji telewizyjnej bądź radiowej opanowanej wcześniej przez puczystów. Apel Dailleta wypowiadający posłuszeństwo obywatelskie miał wywołać powszechne zamieszki.

Czerwona kartka dla Macrona

Według „Le Parisien” zbrojną częścią buntu kierowała sekcja wojskowa złożona z dosłownie dwóch byłych oficerów elitarnych formacji specjalnych. Wraz z informacją o tym, że pierwszym krokiem po obaleniu republiki byłoby wydanie rozkazu zniszczenia przekaźników sieci 5G, punktów szczepień i zapasów samych szczepionek. Całość brzmi kuriozalnie, dokładnie w rytm bicia sensacyjnej piany uprawianej przez tabloidy.

W związku z tym konserwatywne media bardzo serio pytają, czy szyta grubymi nićmi intryga to prowokacja sił stojących za Macronem? Na kilka miesięcy przed próbą reelekcji notowania prezydenta spadają. Francuzi odrzucili politykę gospodarczą i społeczną Pałacu Elizejskiego. Ostatnio gwałtownie demonstrują niezadowolenie z przymusu epidemicznej segregacji.

Wiadomo także, że największym zagrożeniem dla kandydata liberalnych beneficjentów globalizacji (Macron jest produktem wielkich korporacji) są kandydaci prawego skrzydła areny politycznej. Ich wizja Francji jest tożsama z hasłami Dailleta, armii i policji, zdobywając popularność wśród Francuzów obudzonych w ubiegłym roku krwawymi wyczynami islamistów.

Społeczeństwo jest oburzone bezsilnością państwa wobec terrorystów, a zwłaszcza bliskowschodnich i afrykańskich imigrantów. Zdaniem tych samych służb specjalnych, wspólnie wyprowadzili całe regiony i miasta spod kontroli prawa. Zdaniem opinii publicznej, na tym polega trwający już zamach stanu. Zwykli obywatele jeszcze bardziej obawiają się cywilizacyjnej okupacji Francji przez agresorów mających za nic judeochrześcijańskie wartości. Nawet analityczne komórki resortów siłowych nieoficjalnie oceniają, że nieudolność Macrona wprowadza republikę w chaos i anarchię, które zakończą się wojną domową i rozpadem Francji.

Z tego punktu widzenia nagłośniony medialnie „spisek” Dailleta to doskonały instrument uderzenia w tę część opozycji, która opowiada się za powrotem do katolickich korzeni oraz silnego i sprawnego państwa gen. Charles’a de Gaulle’a.

Dlatego Jean-Christophe Basson Larbi zaprzecza wszelkim oskarżeniom o terroryzm wysuniętym przeciwko klientowi. Według niego, były polityk wzywał do pokojowej zmiany istniejącego systemu politycznego za pomocą konstytucyjnych praw wolności słowa i sumienia.

Nic z tego, prorządowe i lewicowe media okrzyknęły Dailleta porywaczem dzieci, bojówkarzem i faszystą. Histeryzują, zarzucając spiskowcom zamiar wprowadzenia dyktatury na wzór generałów Francisco Franco i Augusto Pinocheta.

Tymczasem portal Atlantico wskazuje raczej na amerykańskie zbieżności. Zdaniem prawicowej witryny scenariusz i cele domniemanego puczu zbyt przypominają zarzuty Białego Domu pod adresem uczestników styczniowych wydarzeń na Kapitolu. Oskarżenia sformułowane wobec Dailleta kopiują wręcz treść prokuratorskich postępowań w USA, którą jest próba obalenia konstytucyjnych władz.

Tyle że to nie on jest personalnym celem Pałacu Elizejskiego. Chodzi o poważnych kontrkandydatów do prezydentury. We wrześniu sąd w Paryżu skazał byłego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego na rok więzienia za metody sfinansowania kampanii prezydenckiej 2012 r. Zdaniem innego portalu Valeurs actuelles „werdykt jest złowieszczym ostrzeżeniem dla wszystkich rywali Emmanuela Macrona”.

Z kolei pierwszym skutkiem obecnej afery zamachu stanu jest list otwarty środowisk medialnych. Jak informuje portal śledczy Mediapart, 150 lewicowych i liberalnych dziennikarzy reprezentujących ruch antyrasistowski, żąda odsunięcia od udziału w wyborach prawicowego kolegi po fachu, prawnika Érica Zemmoura.

Sygnatariusze grożą publicznie, że doprowadzą do zniknięcia kontrowersyjnego polemisty z przestrzeni medialnej. Tymczasem, zgodnie z najnowszymi sondażami notowania prawnika wyprzedziły poziom społecznej akceptacji Marie Le Pen. W ten sposób Zemmoure wybił się na głównego rywala Macrona. Tyle że prawnik nie podjął jeszcze decyzji o kandydowaniu w zbliżających się wyborach do Pałacu Elizejskiego.

Autor

Poprzedni artykułE-faktury
Następny artykułMetanowy spisek Berlina i Moskwy

Najnowsze

Hunter skandalista

Patrona szukam!

Karkołomna ulga