22 C
Warszawa
środa, 10 sierpnia 2022

Czy czeka nas popiwek-bis?

Koniecznie przeczytaj

W ubiegłotygodniowym felietonie pt. „Przeczekać inflację” stwierdziłem, iż obecna inflacja w znacznej mierze wywołana jest czynnikami od nas niezależnymi, zatem najlepiej byłoby ją przeczekać, a w szczególności należy być ostrożnym z podnoszeniem stóp procentowych, gdyż efekt może być taki, że „schłodzimy” gospodarkę, a inflacji i tak się nie pozbędziemy, co grozić może stagflacją.

Jednak nie da się również wykluczyć rozwoju wydarzeń, w którym inflacja wymyka się spod kontroli i przechodzi w stan permanentny – i co wtedy? Dlatego też, mając tym razem na uwadze czarny scenariusz, proponowałbym, byśmy przyjrzeli się zjawisku inflacji z perspektywy Nowoczesnej Teorii Monetarnej (Modern Money Theory – MMT), o której pisywałem już kiedyś na tych łamach. W telegraficznym skrócie – koncepcja ta stawia na głowie klasyczne podejście, według którego państwo ściąga podatki, by zapewnić sobie wpływy budżetowe. Modern Money Theory głosi natomiast, że nic z tych rzeczy – to państwo jest kreatorem pieniądza i może „wyprodukować” jego dowolną ilość ex nihilo. Jeden z czołowych przedstawicieli MMT, Warren Mosler, używa w tym kontekście porównania do operatora tablicy świetlnej podczas meczu koszykówki, któremu zwyczajnie nie mogą „skończyć się” wyświetlane punkty. Na podobnej zasadzie bankowi centralnemu nie mogą skończyć się pieniądze, co z kolei ilustruje wypowiedź Allena Greenspana: „nie ma niczego, co mogłoby powstrzymać rząd federalny przed wykreowaniem takiej ilości pieniądza, jakiej potrzebuje, by komuś zapłacić”.

W tym ujęciu zatem, podatki nie pełnią funkcji fiskalnej. Do czego zatem służą? Mówiąc najprościej – do regulowania podaży pieniądza na rynku. I tu dochodzimy do inflacji. Zgodnie z Nowoczesną Teorią Monetarną do zduszenia inflacji służą dwa główne narzędzia – podatki „zbierające” z gospodarki nadmiar pieniądza i państwowe obligacje zachęcające ludzi do lokowania „nadmiaru” pieniędzy w papierach wartościowych. I nawet kiedyś już to przerabialiśmy – mowa o niesławnym „popiwku”, czyli „podatku od ponadnormatywnych wypłat wynagrodzeń”, który obowiązywał w schyłkowym PRL-u i w początkach III RP, gdy państwo borykało się z hiperinflacją. Taka była właśnie jego rola – ściąganie „nawisu inflacyjnego”. Problem w tym, iż podatek ten był fatalnie skonstruowany, obciążał bowiem fundusze płacowe w zakładach pracy, czyli uderzał w zwykłych obywateli – i to niezależnie od tego, czy dane przedsiębiorstwo „ponadnormatywnie” zwiększało pulę wynagrodzeń z powodu podwyżek płac, czy dlatego, że po prostu powiększało zatrudnienie.

Tymczasem inflacja ma różną dolegliwość dla różnych podmiotów i grup społecznych. Przykładowo, wzrost cen żywności inaczej jest odczuwalny dla kogoś, kto wydaje na żywność stosunkowo niewielką część dochodów, a inaczej dla tego, kto z racji niższych dochodów wydaje na jedzenie większość tego, co zarabia. Trawestując popularne powiedzonko: inflacja jest jak d…a – każdy ma swoją.

Dlatego też warto się zawczasu zastanowić, jak powinien wyglądać przyszły „popiwek”, by nie uderzał w warstwę najuboższych obywateli, którzy i tak już dostali po plecach wzrostem cen. Albo jeszcze inaczej – jakie podatki mogłyby spełniać funkcję „popiwku-bis”? I tu mam kilka propozycji. W odniesieniu do przedsiębiorstw widzę tutaj wielką rolę dla podatku obrotowego, który zastąpiłby nieefektywny CIT. Podatek ten ma tę zaletę, że w odróżnieniu od CIT nie da się go w sposób legalny uniknąć, manipulując np. kosztami. Chcesz sobie trzymać pieniądze w raju podatkowym? Twoja sprawa, lecz po opodatkowaniu obrotu w kraju prowadzenia działalności.

W przypadku podatników indywidualnych natomiast rozwiązaniem jest wprowadzenie realnej progresji podatkowej, zamiast tej atrapy, którą mamy obecnie, przy zachowaniu kwoty wolnej pozwalającej uniknąć nadmiernych obciążeń najmniej zarabiającym (np. kwota wolna w wysokości płacy minimalnej). Kolejny „popiwek-bis”, to coraz częściej postulowany przez ekonomistów i think-tanki zajmujące się nierównościami społecznymi podatek majątkowy dla najbogatszych. Koncepcje są tu różne. Część ekspertów proponuje wprowadzenie takiego podatku dla najbogatszego 1 procenta, czyli, mówiąc hasłowo, różnych Musków i Bezosów tego świata, którzy co roku uiszczaliby daninę w wysokości np. 1-3 proc. od posiadanego majątku. Inni z kolei optują za opodatkowaniem majątku górnego decyla – ale tu z kolei należałoby wprowadzić progresję, odróżniającą, dajmy na to, milionerów od miliarderów. Istnieje wprawdzie niebezpieczeństwo „ucieczki majątkowej”, lecz tutaj można się zabezpieczyć podatkiem od transferu kapitału. Zmieniasz rezydencję podatkową? Okej, ale w takim razie zamiast płacić 2 proc. co roku, musisz zapłacić jednorazowo 30-40 proc. od wyprowadzanego majątku.

Kończąc, nawiążę do znanego hasła: kryzys jest szansą! W tym przypadku kryzys inflacyjny może być szansą na gruntowną reformę systemu podatkowego i uczynienie go bardziej efektywnym, a przede wszystkim sprawiedliwszym.

Autor

Poprzedni artykułI-car
Następny artykułKarkołomna ulga

Najnowsze