2.8 C
Warszawa
czwartek, 2 lutego 2023
Advertisement

Przedwczesna radość

Koniecznie przeczytaj

W ostatnich dniach znaczna część mediów żyła doniesieniami wskazującymi na wyhamowanie inflacji. Na realną poprawę sytuacji przyjdzie jeszcze jednak sporo poczekać.

Jakub Wozinski

Po trwającej praktycznie od czterech lat serii nieustannych wzrostów wskaźnik cen konsumpcyjnych (CPI), główna miara inflacji w Polsce, wzrósł w listopadzie o 17,4 proc. rok do roku, czyli 0,5 pkt proc. mniej niż miesiąc wcześniej. Jak nietrudno zauważyć, różnica jest bardzo subtelna, choć nie na niej swój optymizm bazują wszyscy wieszczący „początek końca” galopującej inflacji. Wedle najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce daje się zauważyć pierwsze symptomy wyhamowania wzrostu cen żywności i energii – w przypadku tej ostatniej wzrost wyniósł „tylko” ponad 38 proc. rok do roku wobec aż 44 proc. we wrześniu.

Wiecznie opóźniony szczyt

Tego rodzaju dane są oczywiście lepsze niż te, z którymi mieliśmy do czynienia w ostatnich miesiącach, niemniej jednak założenie, że można z nich już wyodrębnić swego rodzaju szczyt, który nie zostanie już pobity, wydaje się zdecydowanie zbyt optymistyczne. „Peaku” inflacji minister finansów Magdalena Rzeczkowska doszukiwała się już we wrześniu, ale zaraz potem nadszedł odczyt z października, który rozwiał wszelkie wątpliwości.

Dość podobnie przedstawia się sytuacja w strefie euro, gdzie wedle danych Eurostatu inflacja wyniosła w listopadzie 10,0 proc. rok do roku wobec 10,6 proc. w październiku. Także i w tym przypadku pewne powody do optymizmu daje m.in. wyhamowanie wzrostu cen żywności, choć ceny energii pozostają wciąż w trendzie wzrostowym. Należy przy tym pamiętać, że 10,0 proc. to wartość uśredniona dla całej wspólnoty, lecz w rzeczywistości na bałtyckich rubieżach Unii Europejskiej inflacja przekroczyła już nawet 22 proc. Uśredniony spadek nie zmienia także faktu, że w Niemczech i we Włoszech wskaźnik cen konsumpcyjnych pozostaje wciąż na niepokojąco wysokim poziomie odpowiednio 11,3 proc. oraz 11,8 proc.

Wedle nowej, listopadowej projekcji inflacji opracowanej przez analityków Narodowego Banku Polski, wzrost cen ma osiągnąć apogeum w pierwszym kwartale 2023 r., zbliżyć się do niemal 20 proc., a następnie zacząć gwałtownie spadać. W tego typu prognozy można by uwierzyć, gdyby wcześniejsze projekcje okazywały się bardziej trafione. W rzeczywistości nad wyraz optymistyczne oczekiwania instytucji zarządzanej przez Adama Glapińskiego wykazują narastającą rozbieżność z ekonomicznymi realiami.

Kłopoty na żądanie

Scenariusz szybkiego zbiegania z inflacyjnej „górki” nie bierze jednak pod uwagę wielu niezwykle istotnych czynników. Po pierwsze, ceny energii są wręcz skazane na to, aby rosnąć jeszcze przez długi czas. Mimo iż ropa naftowa nieco staniała, państwa OPEC już zapowiedziały redukcję wydobycia, a unijne ograniczenia na import surowców z Rosji zaczną wkrótce przekładać się na jeszcze większe problemy z dostępnością. Co jednak szczególnie istotne, po okresie spadków wzrosła znów cena uprawnień do emisji CO2 na rynku ETS.

Pomimo piętrzących się wciąż trudności, Europa, w tym oczywiście także Polska, wciąż na własne życzenie pogłębia kryzys energetyczny do nieznanych nigdzie indziej rozmiarów. To właśnie bezmyślne wdrażanie zielonej agendy za wszelką cenę sprawia, że ceny energii rosną obecnie w Europie w tempie nawet 35 proc. w skali roku. Decydenci tradycyjnie całą winę za ten stan rzeczy zwalają na wojnę i Władimira Putina, starannie skrywając tym samym własną odpowiedzialność. O tym, że większy wpływ na drożyzny niż Moskwa ma Bruksela, mówią zresztą sami politycy, jak choćby wspomniana już minister Rzeczkowska, wielokrotnie powtarzające, iż największy wpływ na inflację w Polsce będą miały nowe rozwiązania w zakresie polityki klimatycznej na poziomie unijnym.

Obecny trend, w ramach którego poziom inflacji konsumenckiej zdaje się przekraczać swego rodzaju „górkę”, wynika także w znacznej mierze z faktu, że praktycznie we wszystkich krajach uruchomiono już liczone w dziesiątkach miliardów euro tarcze antyinflacyjne. Ich konstrukcja w większości przypadków sprawia jednak, że przynosząc chwilową ulgę konsumentów oraz kamuflując realną stopę inflacji, w dłuższej perspektywie prowadzą jedynie do zaostrzenia problemu. Nadzwyczajne tarcze mają przede wszystkim znaczenie polityczne i nie mają realnego efektu dezinflacyjnego. Świadczy o tym chociażby przykład Niemiec, w których uruchomienie wartego 200 mld euro funduszu na rzecz ratowania przemysłu przed skutkami horrendalnie wysokich cen energii zdecydowanie napędzi wzrost cen ze względu na pozabudżetowy charakter finansowania. A biorąc pod uwagę to, że niemiecka gospodarka stanowi samo serce całego europejskiego systemu, efekty tych działań dadzą o sobie znać na całym kontynencie.

Baza bez zmian

Aby spadek inflacji był rzeczywiście trwały, trzeba najpierw poczekać na spadek inflacji bazowej (czyli takiej, która odwzorowuje efekty polityki monetarnej). W tym zaś przypadku oficjalne dane nie napawają niestety optymizmem, gdyż w listopadzie wyniosła ona aż 11 proc. Tak wysoki poziom to efekt nad wyraz nierozsądnej polityki rządu, który nie zdecydował się wciąż na żaden szerzej zakrojony program redukcji proinflacyjnych wydatków. Z inflacją ekipa rządząca chce walczyć przede wszystkim w oparciu o narzędzia przynależne bankowi centralnemu, a swoją pasywność przedstawia jako wielką zaletę i wolę niepozostawienia ludzi samym sobie.

W praktyce jednak to właśnie działania rządu sprawiają, że społeczeństwo staje się coraz bardziej zdane na same siebie, gdyż najlepszą ochronę przed inflacją stanowi przeciwdziałanie jej przyczynom. Innymi słowy, najlepszą tarczę przeciwinflacyjną rząd uruchomiłby, gdyby powstrzymał się od proinflacyjnej polityki rozdawnictwa i zadłużania.

Przekonywanie, że problem inflacji zaczyna się powoli kończyć, jest w związku z tym niestety wielkim błędem, ponieważ do jej pełnego poskromienia potrzeba  wielu wyrzeczeń – o wiele więcej, niż obecne społeczeństwa są skłonne podjąć. Przy tym, nawet jeśli za kilka miesięcy wzrost cen uda się ograniczyć do ok. 8-10 proc., to i tak nie zmieni to faktu, że będzie to nadal miało fatalne skutki dla całej ludności. Inflacyjny podatek ma do siebie to, że pobierany długotrwale dokonuje trwałych zniszczeń w majątku milionów osób. W obecnej sytuacji, przy wciąż realnie ujemnej stopie procentowej radykalnie zawęża się wachlarz możliwości ucieczki przed powszechnym spadkiem siły nabywczej pieniądza.

Rządzącym w Polsce, i niestety nie tylko w Polsce, zamarzyło się opuścić terytorium galopującej inflacji, nie ponosząc żadnych istotnych kosztów. Z tego marzenia wynikają przedstawiane nieustannie zapowiedzi rychłego końca inflacyjnego dramatu. Tego celu nie da się jednak osiągnąć bez zdecydowanego ograniczenia konsumpcji i przyrostu ilości pieniądza. Im wcześniej zrozumieją to najbardziej decyzyjne osoby, tym mniejsza będzie skala zniszczeń.

Autor

Poprzedni artykułSąd nad WIBOR-em
Następny artykułWęgiel musi odejść

Najnowsze