-1 C
Warszawa
piątek, 9 grudnia 2022
Advertisement

Roluj Brytanio!

Koniecznie przeczytaj

Nie tylko Rosja myśli o powrocie do imperialnej potęgi. Także Wielka Brytania chciałaby… No właśnie, co? W jakim właściwie celu Londyn wspiera Ukrainę i angażuje się w sprawy Europy Środkowo-Wschodniej? Jeśli chodziło tylko o utrzymanie władzy przez Borisa Johnsona po listopadowym skandalu kowidowym, to teraz będziemy mieli powtórkę „dziwnej wojny” z przełomu lat 1939/40.

Przypomnijmy, że pod koniec zeszłego roku okazało się, że premier Johnson całkowicie lekceważył kowidowe restrykcje, które sam wprowadzał i na Downing Street odbywały się huczne imprezy w okresie, kiedy miało to być absolutnie niedopuszczalne w przypadku zwykłych obywateli. Ujawnienie tej afery doprowadziło do wotum nieufności dla rządu, które zostało odrzucone 6 czerwca br. Zanim jednak do tego doszło, Boris Johnson, zwany „mistrzem ucieczek”, wzorem atamana Chmielnickiego „uszedł na sicz”, czyli zaangażował się w wojnę na Ukrainie. Wykorzystał fakt, że Wielka Brytania była sygnatariuszem porozumienia, a na mocy którego Ukraina zrzekła się broni atomowej, w zamian za co miała mieć zagwarantowaną całość granic. Podkładka formalna więc była i bardzo się ona przydała, kiedy pod fotelem premiera rozpalono ogień. Wojną na Ukrainie udało się odwrócić uwagę brytyjskiej opinii publicznej na tyle skutecznie, że Johnson zachował swój urząd. Pytanie, czy chodziło w tym wszystkim o coś więcej, czy też Dumny Albion ogłosi teraz kolejną „wspaniałą izolację” i zostawi na lodzie Ukrainę, a także i Polskę?

Co właściwie Wielka Brytania ma do roboty we współczesnej geopolityce? Chyba mniej więcej to samo co Francja, to znaczy udawać, że jeszcze coś znaczy. Okres od panowania Elżbiety I do Elżbiety II zamknął wyraźny cykl w dziejach Anglii i kraj ten wrócił do punktu wyjścia, jakim były czasy panowania Marii Krwawej, czyli agresywnej nietolerancji oraz do roli „angielskich apanaży hiszpańskiej korony”, a więc podrzędnej prowincji ówczesnego supermocartwa, którym była wtedy Hiszpania. Acz pod koniec XVI wieku znać już było wyraźne oznaki słabnięcia tego hegemona, jak teraz słabną Stany Zjednoczone, których „angielskimi apanażami” stała się po II wojnie Wielka Brytania Elżbiety II. Po brexicie wszystko poszło nie tak i Anglia skończyła na marginesie Europy oraz całej reszty świata. Imponować mogła już tylko Ukrainie, która, chcąc nie chcąc, musi się łapać tej angielskiej brzytwy i robić dobrą minę do złej gry. Polska, miejmy nadzieję, dobrze zapamiętała lekcję 1939 roku i konferencji w Jałcie 1945 roku.

Czego więc szuka w naszej części Europy kraj przeżarty terrorem politycznej poprawności, który przekroczył tam już granicę jawnego bezprawia (wspomnijmy aresztowanie Rafała Ziemkiewicza na lotnisku w Londynie) i zmierza w kierunku urzeczywistnienia antyutopii Orwella? Wygląda na to, że marionetkowa Doniecka Republika Ludowa przyda się akurat do udzielenia odpowiedzi na to pytanie. Sąd tego pseudo-państwowego tworu skazał właśnie na śmierć dwóch obywateli brytyjskich, Aidena Aslina i Shauna Pinnera – jeńców wojennych, którzy dostali się do niewoli podczas walk na wschodzie Ukrainy. Oczywiście łamiąc konwencje genewskie, oczywiście w parodii procesu, bez jakichkolwiek dowodów winy, ale, oczywiście, w jasno określonym celu.

Co nam to bowiem przypomina? Czyż nie przypadek Kanadyjczyka Roberta Schellenberga, handlarza narkotyków i żywym towarem, schwytanego w Chinach i skazanego w 2014 roku na 15 lat więzienia, któremu w kulminacyjnym momencie afery Meng Wanzhou, ot tak, zmieniono ten wyrok na karę śmierci, co spowodowało natychmiastową kapitulację premiera Trudeau? I do kompletu prezydenta Bidena, od którego zależało wycofanie zarzutów wobec pani Meng. Dnia 25 września 2021 roku świat dowiedział się, że lewicowo-liberalni politycy największych krajów Zachodu są całkowicie bezbronni wobec szantażu z użyciem zakładników zagrożonych śmiercią. Żaden z tych polityków nie weźmie odpowiedzialności przed opinią publiczną za włos spadający z głowy nawet najbardziej żałosnego kryminalisty. A co dopiero dwóch wojennych bohaterów! Trudno się dziwić, że skuteczna polityczna technologia, opatentowana i z powodzeniem wypróbowana przez Chiny, niespełna dziewięć miesięcy później została użyta przez Putina wobec Wielkiej Brytanii.

I co teraz zrobi wesoły „Boris rozrabiaka”? Będzie z rozwianym włosem patrzeć, jak moskalskie orki rozstrzeliwują dobrych poddanych Jej Królewskiej Mości? Wtedy wiatr historii rozwieje mu te włosy razem z całą jego karierą polityczną. Johnson ogłosił więc, że jest „przerażony” (imponująca szczerość jak na polityka zaangażowanego w wojnę!) i zapewnił, że „zrobi wszystko, co w jego mocy”. Czyli co? Odpowiedź jest całkiem prosta, zważywszy, że walcząca Ukraina już spełniła swoje zadanie z punktu widzenia Johnsona, czyli ocaliła go przed wotum nieufności. Żeby ułatwić panu premierowi tę decyzję, tego samego dnia (9.06) brytyjski dziennik „Independent”, należący do rosyjskiego oligarchy Lebiediewa, ex-oficera KGB, publikuje artykuł z przeciekiem z kręgów brytyjskiego wywiadu, że Ukraina wojnę z Rosją musi przegrać. Więc Londyn nie ma już o co walczyć i najlepiej, aby „mistrz ucieczek” puścił się w kolejną długą, tym razem jak najdalej od Kijowa. Możemy stawiać funty przeciwko orzechom, że sojuszu Wielka Brytania-Polska-Ukraina już nie ma. Reszta jest szukaniem wymówek i pretekstów. Dotąd żartowano ponuro, że Anglia będzie walczyć do ostatniego ukraińskiego żołnierza. Teraz wiemy, że ten żart był jednak zbyt optymistyczny…

Nie zapominajmy o trzecim skazanym w Doniecku na śmierć – obywatelu Maroka. Ten zestaw podsądnych skontrastowano raczej nieprzypadkowo, gdyż reakcja króla Muhammada IV, jaka by nie była, pogrąży angielski gabinet do reszty. Władca Maroka z pewnością nie będzie negocjował z bandytami, bo mu to nie uchodzi. Albo więc dumnie poświęci swojego poddanego, który wszak wiedział, na co się pisze, albo też, nie bawiąc się w żadne konwencje i ceregiele prawne, każe wziąć rosyjskich zakładników na swoim terenie i wymieni ich na Ibrahima Saduna. W jednym i drugim przypadku sprawa zostanie załatwiona po męsku, co podkreśli żałosną nikczemność polityki Borisa Johnsona, po którego czuprynę i karierę wiatr historii zgłosi się może trochę później, acz nieuchronnie.

My zaś mamy kłopot, gdyż ostrożnie, bo ostrożnie, ale jednak zaufaliśmy błazenkowi z Downing Street i możemy teraz zostać z Ukrainą sami wobec Rosji. Państwa nadbałtyckie pomogą nam niewiele, mniej więcej tyle samo co Węgry i Rumunia. Pytanie, gdzie są Stany Zjednoczone?

Uczą się pływać w Pacyfiku. Można wierzyć, że naprawdę bardzo się starają, gdyż Ameryka właśnie straciła tam grunt pod nogami, a to za sprawą jednego prostego i chytrego posunięcia Chin, które właśnie otworzyły rynek dla swoich partnerów gospodarczych. Stało się to akurat dwa tygodnie po tym, jak światowy chór sinologów odprawił nad ChRL egzekwie, kracząc, że „Chiny się zamykają” i otwarte nie będą nigdy już. Na scenie geopolitycznej nastąpił właśnie radykalny zwrot akcji, tradycyjnie nienagłośniony zbytnio przez wiodące media.

Tymczasem USA kandydatom do swojego Indo-Pacyfic Economic Framework (IPEF) akurat otwarcia własnego rynku nie zaproponowały. Teraz Waszyngton, żeby przelicytować Pekin, będzie musiał zrobić to samo, a zatem odejść od polityki „America first” i pozwolić na dalsze poszerzanie się „pasa rdzy”, czyli biedy w środkowych stanach. A tego amerykańscy wyborcy swoim elitom nie wybaczą. Tak więc Stanom pozostało tylko w tym Pacyfiku nie utonąć i dopłynąć jakoś z powrotem do swojej wyspy.

W Europie USA też już zrobiły, co mogły. Miernikiem ich słabości politycznej jest postawa Niemiec, które w marcu amerykańskiego „powrotu Jedi” nieco się wystraszyły, ale teraz spostrzegły, że nie ma się czego bać, więc nadal ostentacyjnie wspierają Putina i kpią sobie w żywe oczy, zamiast pomagać Ukrainie. Bo co im ten Bieda-Biden zrobi?

USA wyczerpały polityczne akumulatory, a Wielka Brytania na dodatek popadła w uzależnienie od importu z Chin, który w połowie zeszłego roku przekroczył 16 proc. brytyjskiego importu i przewyższył import z Niemiec (12 proc.), czyli w zasadzie też z Chin. Nie przypadkiem w lutym br. Pekin Londynowi zagrał na nosie Falklandami, popierając Argentynę. Państwo Środka takiej gratki sobie absolutnie nie odpuści! Może „wilcza polityka” Pekinu szła dotąd zbyt szerokim frontem (acz rozsądnie skracanym właśnie o Japonię i Wietnam), ale dla Wielkiej Brytanii mają Chiny srogi rachunek za wojny opiumowe i każdy koszt wart jest satysfakcji za policzek sprzed 180 lat. To znów kwestia twarzy prezydenta Xi Jinpinga, który chce przejść do historii jako przywódca kończący „epokę narodowego poniżenia” rozpoczętą właśnie pierwszą wojną opiumową (1839).

Polska przy sojuszu z geopolityczną kulą u nogi, czyli Wielką Brytanią nie powinna się więc upierać, bardzo delikatnie mówiąc. Mądrzej by było, aby prezydent Duda wybrał się do Pekinu z „resetem relacji”, póki jeszcze może, a nie gdy koniecznie będzie musiał jechać tam z popiołem na głowie.

Autor

Poprzedni artykułEuropejska droga jednokierunkowa?
Następny artykułZielony kolonializm

Najnowsze