14.8 C
Warszawa
poniedziałek, 20 maja 2024

Urojona dziura

Tuż po ogłoszeniu wyborów zwycięska opozycja zaczęła wycofywać się ze swoich obietnic, wskazując na dziurę w budżecie, której… nie ma. 

Jakub Wozinski

Zaledwie trzy dni po wyborach Ministerstwo Finansów podało dane dotyczące wykonania budżetu. Najbardziej przykuł w nich uwagę fakt, że deficyt budżetowy wzrósł we wrześniu do poziomu 34,69 mld zł, choć jeszcze miesiąc wcześniej wynosił 16,61 mld zł. Oznacza to, że po dziewięciu miesiącach deficyt wynosi 37,7 proc. planu na cały rok, choć ze względu na sposób księgowania rozmaitych wydatków do końca roku jeszcze bardzo mocno wzrośnie.

Bez katastrofy

Co dokładnie można odczytać z danych zaprezentowanych przez MF? Przede wszystkim to, że w obecnym roku polskie państwo odnotowuje wyższy niż zazwyczaj deficyt o tej porze roku budżetowego, gdyż na przestrzeni ostatnich pięciu lat nie wynosił on po wrześniu więcej niż 20 proc. pierwotnego planu. Urzędnicy ministerstwa tłumaczą, że taki stan rzeczy wynika głównie z faktu przejęcia wypłat z programu „500 plus” od samorządów i przeksięgowania ich po stronie wydatków budżetu centralnego. Nieco więcej przeznaczono także na zakupy dla armii. Dochody budżetowe po wrześniu br. były jednak o 9,1 proc. wyższe niż w analogicznym okresie roku ubiegłego i wzrosły szybciej niż wydatki (4,2 proc.).

Gdy w 2001 roku z władzą żegnała się ekipa AWS-UW, pozostawiała po sobie „dziurę Bauca”, którą przejmujący władzę rząd Leszka Millera wykorzystał do celów marketingowych jako uzasadnienie dla nowego politycznego otwarcia. Warto jednak przypomnieć, że wedle założonych w ustawie budżetowej szacunków deficyt w 2001 r. miał osiągnąć 45,3 mld zł przy rocznych dochodach państwa wynoszących 152,2 mld zł. W obecnym roku w znowelizowanym budżecie deficyt ma osiągnąć finalnie 92 mld zł przy dochodach rzędu 693 mld zł. Mając na uwadze te dane, naprawdę ciężko jest się dopatrzyć powtórki z Bauca, szczególnie, iż licząc według metodologii unijnej, zadłużenie wynosi obecnie wciąż poniżej 48,1 proc. PKB.

Zaborcza Unia

Obiektywnie rzecz biorąc, sytuacja budżetowa nie jest ani tragiczna, ani wyśmienita. Największe powody do niepokoju daje nie tyle brak pieniędzy w państwowej kasie, ile sposób ich wydatkowania. Polska stoi przed bardzo poważnym zagrożeniem ze strony Unii Europejskiej, która planuje wdrożenie nowych zasad fiskalnych dla wszystkich krajów członkowskich. Jeszcze w tym roku Bruksela chciałaby wymusić narzucenie nowych reguł zmuszających do konstruowania budżetu pod nadzorem unijnej centrali. Z projektu przedstawionego w kwietniu wynika, że kraj, który przekroczyłby 60-procentowy limit zadłużenia, musiałby obowiązkowo redukować swój dług o 0,5 pkt proc. rocznie oraz rozliczać się przed Brukselą ze specjalnych planów redukcji zadłużenia.

Dla Polski realizacja takiego scenariusza oznaczałaby ogromną niedogodność, gdyż najbardziej pilną potrzebą pozostaje wciąż rozbudowa armii. Rząd Morawieckiego lobbował w Brukseli wprowadzenie specjalnych zasad zwalniających wydatki wojskowe z nowych reguł finansowych, lecz trudno sobie wyobrazić, aby zdominowana przez wrogich polskim aspiracjom Niemców Unia przyzwoliła na tak daleko idący przywilej. Z kolei mająca wkrótce objąć władzę koalicja KO-TD-L najprawdopodobniej zrezygnuje ze zwiększonych wydatków na wojsko i biernie da sobie narzucić nowe zasady finansowe.

Osobnym zagrożeniem jest także fakt, że galopująca przez ponad dwa lata inflacja znacząco zakrzywiła faktyczny stan budżetu podkręconymi przychodami z podatków. Oficjalne wskaźniki zadłużenia w relacji do PKB nie oddają tym samym prawdziwej skali problemu, ponieważ w środowisku rosnących cen produkt krajowy brutto przyrasta szybciej niż nominalna wartość długu, lecz tylko do czasu. Przy nikłym wzroście gospodarczym, wyższych kosztach obsługi zadłużenia i słabszej dynamice przychodów budżetowych już wkrótce może się okazać, że polskie państwo będzie zmuszone dokonać wielu cięć.

Brak powagi opozycji

Wszystko to wiadome było jednak od wielu miesięcy, dlatego zmieniający tuż po wyborach narrację na temat budżetu specjaliści od finansów Trzeciej Drogi i Koalicji Obywatelskiej demonstrują daleko idące zakłamanie. Obawy co do deficytu na przyszły rok, reformy zasad fiskalnych w UE czy zaniżonych przez wysoką inflację wskaźników zadłużenia znane były od bardzo długiego czasu, a publikacja danych Ministerstwa Finansów nie wniosła tak naprawdę niemal niczego szczególnie nowego.

Na rozpowszechnianie narracji o rzekomo katastrofalnym stanie budżetu przez Ryszarda Petru z Polski 2050 czy Izabelę Leszczynę z KO trudno więc nie patrzeć inaczej niż na polityczną hucpę. Partie, które lada tydzień przejmą kontrolę nad polskim państwem zaczęły błyskawicznie wycofywać się ze swoich obietnic, choć tak naprawdę nie zdążyły jeszcze przejąć wszystkich ministerstw i dokonać samodzielnego audytu. Tak naprawdę teza o istnieniu nowej „dziury Bauca” byłaby bardziej wiarygodna, gdyby do jej rozpowszechniania przystąpiono dopiero po zaprzysiężeniu nowego rządu i gruntownej ocenie stanu finansów publicznych. Jako że jednak dotychczasowa opozycja wszczęła alarm bez jakiegokolwiek istotnego powodu, skompromitowała swoją zdolność fachowej oceny rzeczywistości oraz tworzenia wiarygodnych programów wyborczych.

Jeżeli dane punkty programu KO czy TD były rzeczywistymi propozycjami, a nie tylko obietnicami rzuconymi na wiatr, powinny były być oparte na poważnych obliczeniach oraz dostosowane do nawet bardzo niekorzystnych warunków budżetowych. Jeśli zresztą dana partia idzie do wyborów z jakimś programem, to oczywiste jest, że zakłada, iż tylko wprowadzenie go może doprowadzić do rzeczywistej politycznej zmiany na lepsze. Zapowiedzi Petru czy Leszczyny pokazują jednak, że program był dla opozycji kwestią wtórną, a najważniejsze było samo przejęcie władzy.

Zagrożone inwestycje

Fałszywa narracja o rzekomym braku pieniędzy może mieć niestety dużo groźniejsze konsekwencje niż tylko niezrealizowanie programu wyborczego formacji Tuska, Hołowni, Kosiniaka-Kamysza i Czarzastego. Zasłaniając się kiepskim stanem budżetu, opozycja może bowiem doprowadzić do likwidacji szeregu najważniejszych inwestycji, które do tej pory dawały Polsce spore szanse na wejście na zupełnie nowy, wyższy poziom rozwoju i znaczenia na arenie międzynarodowej. Politycy dotychczasowej opozycji w bezceremonialny sposób chcą m.in. zrezygnować z finansowania budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego, zagrożone mogą być także takie flagowe inwestycje jak choćby rozbudowa portów, budowa elektrowni atomowych, rozwój armii, pływający terminal LNG, rozbudowa dróg ekspresowych przebiegających z północy na południe czy też rozwój Orlenu.

Polsce nie stanie się wielka krzywda, jeśli nowa władza zrezygnuje z 13., 14. emerytury, ograniczy projekt 800 plus, nie zwiększy kwoty wolnej od podatku czy nie podniesie pensji nauczycielom. Jeśli jednak powracający do władzy Donald Tusk w typowy dla siebie sposób dokona sabotażu największych polskich inwestycji infrastrukturalnych, skutki będą wręcz opłakane. Uruchomienie narracji o „braku pieniędzy” na tak wczesnym etapie przejmowania władzy nie wróży więc absolutnie niczym dobrym. Ustępująca władza miała zły zwyczaj przekonywania, że stać ją na dosłownie wszystko. Nowa (stara) władza cierpi na zupełnie inną przypadłość, polegającą na zadziwiającej bierności wobec intryg sąsiednich mocarstw. W czasie gdy grozi nam pełnoskalowa inwazja rosyjska i nowy niemiecki imperializm niemiecki skryty pod unijnym sztandarem postawa ta wydaje się szczególnie niebezpieczna.

Najnowsze