17.9 C
Warszawa
piątek, 21 czerwca 2024

Argentyna  nie chce być Wenezuelą

Wybór Javiera Milei na fotel prezydenta Argentyny daje nadzieję nie tylko pogrążonemu w nędzy państwu, ale i całemu regionowi niebezpiecznie eksperymentującemu z socjalizmem.

Jakub Wozinski

Odwołujący się do symbolu walczącego zawzięcie o wolność lwa, Milei jeszcze kilka lat temu był zaledwie jednym z ekspertów telewizyjnych. W drugiej turze wyborów prezydenckich przeprowadzonych 19 listopada pokonał jednak reprezentującego socjalistów Serio Massę i tym samym stanął przed historyczną szansą na powstrzymanie Argentyny przed całkowitym upadkiem na wzór Wenezueli.

Koniec z dodrukiem

„Historyczna szansa” może brzmieć nieco patetycznie i szumnie, lecz faktem pozostaje to, że Argentyna nie miała jeszcze nigdy w swojej najnowszej historii polityka tak bardzo opowiadającego się za uwolnieniem gospodarki. W przeciwieństwie do zdecydowanej większości osób, które kształtowały dotąd tamtejszą politykę wewnętrzną Milei przedstawia się jako osoba, która nie zamierza iść na żadne kompromisy w najważniejszych sprawach.

Najlepszym tego dowodem jest chęć natychmiastowej wręcz likwidacji Banku Argentyny, który współodpowiadając za skandaliczny dodruk pieniądza doprowadził do całkowitego upadku argentyńskiego peso. Zgodnie z wizją nowej głowy argentyńskiego państwa oficjalną walutą \ma się stać amerykański dolar, a obywatele mają mieć pełną swobodę w zakresie wyboru waluty dla prywatnego użytku. Milei znany jest z pozytywnego stosunku do bitcoina i innych kryptowalut oraz z przekonania, że swobodna konkurencja to najlepsza forma zarządzania, dlatego już wkrótce Argentyńczycy będą mogli chronić się przed horrendalnie wysoką inflacją na wiele różnych sposobów.

Postulat dolaryzacji gospodarki może się na pozór wydawać dość nietypowy, lecz wcześniej uczyniło już tak wiele innych krajów. W Salwadorze jedną z oficjalnych walut państwowych jest nawet bitcoin. Dużo bardziej kontrowersyjny wydaje się postulat likwidacji banku centralnego, który pozostaje jednym z głównych atrybutów niezależności argentyńskiego państwa. Milei najwidoczniej bardzo ufa polityce pieniężnej prowadzonej przez amerykańskich decydentów, choć i oni zajęci są w ostatnich latach namnażaniem długu do niebotycznych rozmiarów.

Nadzieje, jakie budzi wybór Javiera Milei związane są jednak nade wszystko, z tym że doszedł do władzy z obietnicą powstrzymania bezsensownego rozdawnictwa i mnożenia wydatków. Przedstawiciele kolejnych peronistycznych rządów swoją polityką wyprowadzania z ubóstwa przy pomocy zasiłków i specjalnych programów wpędzili kraj w niewyobrażalne ubóstwo. W minionym stuleciu Argentyna bankrutowała aż 9 razy (w praktyce stając się permanentnym bankrutem), a ponieważ po każdej chwilowej poprawie wracała zawsze do punktu wyjścia, zasadne były obawy czy tego rodzaju kraj jest się jeszcze w stanie w ogóle podnieść.

Zawstydza Thatcher i Reagana

Wygrana Milei pokazała, że Argentyńczycy mają jeszcze instynkt samozachowawczy i pragnąc uniknąć zderzenia ze ścianą, niemal w ostatniej chwili powierzyli władzę osobie, której radykalizm wydaje się na ten moment najbardziej adekwatną odpowiedzią na prawdziwą katastrofę gospodarczą. Javier Milei to nie zwykły wolnorynkowiec, ale pierwszy polityk o prawdziwie libertariańskich (czy wręcz anarcho-kapitalistycznych) poglądach, który przejął władzę w dużym państwie. Przez lata za polityków wolnorynkowych uchodzili Margaret Thatcher czy Ronald Reagan, ale ich program przy radykalnie abolicjonistycznych zaleceniach Mileia wydaje się zaledwie igraszką. Zgodnie z zaleceniami filozofii głoszonej przez Murraya Rothbarda czy Hansa Hermanna Hoppego nowy prezydent Argentyny przekonuje, że każde państwo to wielka zorganizowana grupa przestępcza. Co prawda już wkrótce to właśnie on zostanie zaprzysiężony na szefa tej grupy, lecz wielką korzyścią płynącą z jego rządów będzie z pewnością stopniowy demontaż obfitych przywilejów socjalnych.

Przegrany w wyborach dotychczasowy minister gospodarki Sergio Massa obejmował funkcję, składając obietnicę natychmiastowego powstrzymania dodruku pieniądza. Od tego czasu inflacja wzrosła do poziomu 142 proc. w październiku, choć w ubiegłym roku wynosiła „tylko” ok. 80 proc. Brak jakichkolwiek efektów działań obozu rządzącego był jedną z głównych przyczyn, dla których społeczeństwo zwróciło się ku Mileiowi. Nowy prezydent stoi przed ogromnym wyzwaniem, ponieważ ma pełną świadomość, że efekty jego działań nie będą natychmiastowe.

Elon Musk skomentował wybór Mileia na urząd prezydenta wyrażając przekonanie, że Argentyną czeka „czas prosperity”. Jeśli uda się wdrożyć plan reform tak niewątpliwie się stanie, choć okres przejściowy może się okazać niezwykle wymagający. Urynkowienie służby zdrowia, czy edukacji to zadania, których nie da się doprowadzić do końca bez pełnej determinacji i pogodzenia z przejściowym spadkiem w sondażach. Trzeba sobie także powiedzieć uczciwie, że Argentyna jest krajem zubożałym i nawet jeśli gospodarka zostanie uwolniona, to proces akumulacji kapitału będzie rozłożony na wiele lat. Z tego właśnie powodu najbardziej wskazana jest swego rodzaju „terapia szokowa”, która pozwoli na jak najszybsze odejście od skrajnie socjalistycznych rozwiązań.

Nie czas na zielone mrzonki

Wybór Javiera Milei może stanowić punkt zwrotny nie tylko dla samej Argentyny. Polityk ten znany jest z wyrażania sympatii wobec Donalda Trumpa czy Jaira Bolsonaro, którzy wcześniej dali się poznać jako najbardziej zacięci przeciwnicy polityki klimatycznej w obecnym kształcie. Milei uważa zieloną transformację za „socjalistyczną bzdurę” i nie zamierza dostosowywać się do wymogów polityki dyktowanej przez międzynarodową społeczność. Wyrażając się w ten sposób, zyskał już na trwałe miano „denialisty klimatycznego”, choć przecież w kraju mającym tak dramatyczne problemy z podstawowymi kwestiami polityka klimatyczna powinna być wzięta w bardzo głęboki nawias. Aż 4,3 mln Argentyńczyków żyje obecnie w skrajnym ubóstwie, wielu z nich regularnie głodując. Mieszkańcom Argentyny powinno się więc pozwolić przede wszystkim swobodnie pracować i bogacić, a nie obarczać kolejnymi kosztami.

Zwycięstwo Javiera Milei ma także spore znaczenie w perspektywie międzynarodowej rozgrywki o hegemonię. Prezydent-elekt zapowiedział wręcz, że zerwie stosunki dyplomatyczne z Chinami. Pomimo tego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów chińskie władze pogratulowały zwycięstwa Mileiowi, deklarując wolę podtrzymania współpracy, która pod rządami peronistów bardzo rozkwitła. Niebawem Argentyna ma zostać przyjęta do grupy BRICS, ale nie wiadomo czy w tych okolicznościach faktycznie do tego dojdzie.

Wydaje się jednak, że największym wyzwaniem stojącym przed nowym prezydentem będzie poradzenie sobie z ogromnym długiem zagranicznym i naciskiem ze strony nieprzychylnych wierzycieli. Milei odgrażał się już wielokrotnie rozmaitym ciałom narzucającym agendę klimatyczną i zrównoważonego rozwoju, lecz wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego będzie musiał zachować większą pokorę. Mający opinię znającego się na swoim fachu ekonomisty (zatrudnianego przez duże firmy i fundusze) libertariański prezydent ma swój plan na to, aby wydostać się z pułapki powiększającego się zadłużenia. Proponuje m.in. daleko idące cięcia w wydatkach, prywatyzację części państwowych spółek oraz obniżenie podatków. W świetle jego założeń gospodarka Argentyny ma zostać w błyskawicznym tempie postawiona na nogi i zacząć wykorzystywać swój ogromny potencjał.

Oczy całego świata będą w najbliższym czasie zwrócone ku Argentynie. Z kraju tego może bowiem wyjść prawdziwa fala wolności, której najbardziej boją się środowiska wprowadzające pod płaszczykiem zielonej transformacji i zrównoważonego rozwoju system nowej niewoli. Ponadto Argentyna będzie pierwszy w nowoczesnych dziejach krajem, w którym idee libertariańskie zostaną wreszcie skonfrontowane z rzeczywistością. Javier Milei stoi przed epokową szansą na uratowanie swojej ojczyzny przed totalnym upadkiem i dobrze by się stało, aby tę szansę faktycznie wykorzystał, bo Argentyna nie ma już wielkiego marginesu na popełnianie kolejnych błędów.

Najnowsze