Prof. Modzelewski: refleksje o sojuszach, prawie i ropie
Zaskoczył nas ten początek roku swoją swoją dynamiką. Dotyczy to w szczególności działań Stanów Zjednoczonych. Jak już wielokrotnie wspominałem, mamy tendencję do reagowania zdziwieniem na decyzje, które w gruncie rzeczy były wcześniej zapowiadane – nierzadko dość jasno i konsekwentnie, jak na realia świata polityki. Mimo to, gdy zapowiedzi te zostają zrealizowane, naszą dominującą reakcją pozostaje zaskoczenie – uważa prof. Witold Modzelewski.
To zaskoczenie tłumaczymy najczęściej rzekomą „nieprzewidywalnością” Stanów Zjednoczonych. Sformułowanie to zastępuje jednak realną analizę, a często także poważną debatę nad jakością naszych własnych prognoz i diagnoz. Unikamy w ten sposób krytycznego namysłu nad ograniczeniami – by użyć możliwie najłagodniejszego określenia – naszego rozumienia sytuacji, w której się znajdujemy.
Niedawno sformułowałem tezę, którą powtarzam od co najmniej roku: znajdujemy się w okresie najgłębszych przewartościowań w porządku międzynarodowym, a jednym z kluczowych procesów jest odwracanie dotychczasowych sojuszy. Nie jest to stwierdzenie oryginalne ani kontrowersyjne. Historia dostarcza licznych przykładów sojuszy, które w swoim czasie decydowały o losach świata, a dziś funkcjonują jedynie jako element politycznej archeologii lub historycznej egzotyki.
Dobrym przykładem jest także nasza własna historia. Polska, jako terytorium tzw. Królestwa Polskiego, w 1918 r. ponownie stała się przedmiotem podziału, co współcześni określali kolejnym rozbiorem. Był to efekt traktatu, którego jedną ze stron stanowili bolszewicy, a po drugiej stronie znalazły się m.in. Cesarstwo Niemieckie oraz Cesarstwo Austro-Węgierskie, a także inne podmioty. Sojusze te, wówczas kluczowe, dziś są jedynie zapisem historycznym, przypominającym o zmienności układów politycznych.
Po drugiej stronie tego układu znajdował się również pierwowzór tzw. Samostijnej Ukrainy – koncepcji politycznej powstałej mniej więcej w tym samym czasie, znanej jako idea „Wielkiej Ukrainy”. Ziemie chełmskie – Chełm oraz Podlasie – zostały wówczas przyłączone do efemerycznego tworu państwowego, stworzonego z inspiracji niemieckiej i nazwanego Ukraińską Republiką Ludową. Był to klasyczny traktat rozbiorowy, międzynarodowa umowa dotycząca podziału terytorium Polski.
Kto dziś o tym pamięta? Nikt, poza wąskim gronem historyków. Podobnie jak mało kto interesuje się dziś szczegółami ustaleń wersalskich, nie mówiąc już o postanowieniach kongresu wiedeńskiego z lat 1814–1815. I właśnie dlatego ten przydługi wstęp ma sens – prowadzi bowiem do dość banalnej, lecz istotnej tezy: prawo się starzeje. Starzeje się prawo krajowe, starzeje się także prawo międzynarodowe – i ostatecznie przemija.
Zachód zmienił zdanie o Polsce? Dlaczego?!
Ci, którzy jeszcze niedawno oburzali się na łamanie prawa międzynarodowego przez państwo, którego nie lubią, dziś w dużej mierze milczą, gdy podobny akt agresji realizowany jest przez naszego strategicznego sojusznika. Oczywiście są tacy, którzy mają odwagę to zauważyć i nazwać po imieniu, narażając się na zarzut naruszenia tzw. poprawności – poprawności jałowej i w istocie fałszywej. Polega ona bowiem na selektywnym stosowaniu argumentów, ubranych w szaty legalizmu i rzekomo uniwersalnych zasad, którymi – jak się twierdzi – kieruje się „prawdziwy Zachód”.
Problem polega na tym, że ów „prawdziwy Zachód” w istocie już nie istnieje. Trwamy raczej w stanie swoistej posthalucynacji – nie potrafimy przyjąć do wiadomości empirycznych faktów, tego, co dzieje się wokół nas. I nie chodzi tu nawet o procesy ukryte czy złożone, lecz o wydarzenia najbardziej spektakularne, widoczne na pierwszy rzut oka, możliwe do prześledzenia choćby na podstawie ogólnodostępnych informacji, które – mimo swoich ograniczeń – w dużej mierze oddają rzeczywistość.
Odnaleźć się w nowej sytuacji
Kluczowe pytanie brzmi więc: czy potrafimy odnaleźć się w sytuacji, w której po raz kolejny zostaliśmy znokautowani „nieprzewidywalnością” Stanów Zjednoczonych? A przede wszystkim – jakie znaczenie ma dla nas konkretny przypadek, z którym mamy dziś do czynienia, a który dotyczy de facto porwania prezydenta i jego małżonki w Wenezueli? Czy ma to dla nas znaczenie? Może mieć – i spróbuję sformułować możliwie najbardziej prawdopodobne hipotezy, przy jednym zasadniczym założeniu: wariantów rozwoju sytuacji jest znacznie więcej.
To istotne zastrzeżenie, ponieważ w polskiej debacie – o ile w ogóle można ją tak nazwać, zwłaszcza w obszarze stosunków międzynarodowych – dominuje przekonanie o istnieniu jednej, jedynie słusznej diagnozy i jednej dopuszczalnej prognozy. Inne interpretacje są odrzucane, napiętnowane, a często uznawane za niegodne polemiki. Istnieje tylko jedna wersja współczesności i tylko jeden dopuszczalny scenariusz rozwoju wydarzeń.
Gdy rzeczywistość nie chce się do tej wersji dostosować, reakcja jest zawsze ta sama: najpierw zaskoczenie, a potem to, co dziś często określa się eleganckim słowem outrage, czyli oburzenie. Sprowadza się ono w istocie do zdziwienia, że podmioty, którym przypisywaliśmy zupełnie inną rolę, nie chciały nas słuchać. Być może nawet nie znały diagnoz i prognoz, które formułowaliśmy na ich temat. Spróbujmy jednak – o ile ma to jakąkolwiek wartość poznawczą – postawić hipotezy dotyczące skutków wydarzeń, które wciąż bardzo trudno jednoznacznie nazwać.
Nie mamy bowiem do czynienia z okupacją Wenezueli. Jak wiadomo, próby sprawowania władzy w sposób okupacyjny przez Stany Zjednoczone w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat były – mówiąc oględnie – mało udane. Klasycznym przykładem jest agresja na państwo zasobne w ropę naftową, czyli Irak. Zakończyła się ona całkowitym blamażem sił okupacyjnych, które ostatecznie, i to dość cicho, zostały stamtąd wycofane.
Szukasz nowego domu, inwestycji, stylu życia? Z Agentem HMTV to proste!
Nie znamy pełnego bilansu zniszczeń ani skali przejęcia aktywów surowcowych Iraku przez Stany Zjednoczone. Dane te są trudno dostępne, a beneficjenci tej przegranej wojny raczej nie mają powodu, by się nimi chwalić. Podobnie nie sposób pominąć dwudziestoletniej okupacji Afganistanu i jej finału w postaci chaotycznej ucieczki wojsk zachodnich. Doświadczenia te pokazują jednoznacznie, że okupacja państw podbitych najczęściej kończy się klęską.
Oczywiście można konstruować narracje – jak w przypadku Afganistanu – o wspieraniu sił demokratycznych, które miałyby rządzić w interesie wojsk okupacyjnych. W praktyce jednak takie struktury rozpadają się w ciągu godzin, gdy tylko znika parasol ochronny wielkiego protektora.
Czy to wszystko ma dla nas jakiekolwiek znaczenie? Zapewne ma – choćby dlatego, że pozwala lepiej zrozumieć to, co dzieje się w świecie tzw. postkolektywnego Zachodu. Być może dzięki temu łatwiej będzie nam pojąć politykę podmiotu, którego nazywamy naszym strategicznym sojusznikiem. Ciekawe zresztą, czy on sam ma świadomość, że my tak go postrzegamy.
Pytanie o porwanie prezydenta i wiceprezydenta państwa posiadającego największe na świecie zasoby ropy naftowej nie jest więc abstrakcyjne. Ma ono znaczenie także dla nas, dla obywateli. Warto tu doprecyzować jeden istotny aspekt: ceny produktów ropopochodnych, a w szczególności paliw silnikowych, mają fundamentalne znaczenie dla funkcjonowania państwa polskiego.
Opodatkowanie wyrobów ropopochodnych – przede wszystkim paliw – stanowi jeden z kluczowych filarów dochodów budżetowych. Nie chodzi wyłącznie o VAT, akcyzę czy opłatę paliwową, lecz również o podatki dochodowe płacone przez dostawców tych produktów oraz podatki od wynagrodzeń pracowników zatrudnionych w całym sektorze. To ogromny rynek pracy i sektor generujący gigantyczne wolumeny sprzedaży.
Szybko i bezkosztowo, czyli jak?
Można wręcz powiedzieć, że od skali obrotu i wartości sprzedaży paliw zależy fiskalny byt państwa – jego stabilność finansowa i zdolność do realizowania podstawowych funkcji. Żaden inny produkt nie jest w stanie w dającej się przewidzieć perspektywie zastąpić tej roli. Opowieści o szybkim i bezkosztowym wyeliminowaniu lub istotnym ograniczeniu zużycia paliw silnikowych – pod hasłami ideologicznymi czy ekologicznymi – pozostają na razie w sferze publicystycznych kocopołów, oderwanych od realiów finansowych i gospodarczych.
Nie wiem, jak to się dziś dokładnie nazywa – Zielony Ład czy coś równie „mądrego” – ale na szczęście coraz częściej pojawia się świadomość, że z tego typu koncepcji należałoby się stopniowo wycofywać. I wtedy zawsze zadaję jedno podstawowe pytanie: jakimi produktami zamierza się zastąpić wpływy z bardzo wysokiego opodatkowania tych towarów, które mają zostać wyeliminowane ze względów tzw. poprawności ekologicznej?
Oczywiście wiedza na temat ekologii bywa w tych środowiskach ogromna. Natomiast wiedza fiskalna już niekoniecznie – albo jest po prostu bardzo oryginalna. W efekcie słyszymy odpowiedź, że „rynek to załatwi”. Tyle że mówimy o konkretnych produktach, które dziś realnie wytwarzamy, i to jest kwestia kluczowa.
Produkty ropopochodne w Polsce produkujemy. Jesteśmy w tym zakresie naprawdę istotnym graczem. Jednocześnie pozostajemy importerem surowca, jakim jest ropa naftowa. I w tym kontekście pojawia się pytanie, czy cała ta „chirurgiczna operacja” – a właściwie „operacja specjalna”, tym razem w wykonaniu Stanów Zjednoczonych – doprowadzi do istotnych zmian na rynku surowców.
Zwłaszcza że dziś już nikt specjalnie nie ukrywa, iż nie chodzi tu o walkę z narkotykami czy inne oficjalne preteksty, lecz o przejęcie kontroli nad surowcami – ich wydobyciem, produkcją i dystrybucją – a w istocie o cofnięcie procesu nacjonalizacji. Zgodnie z zapowiedziami powinniśmy więc uważnie słuchać naszego strategicznego sojusznika, bo Stany Zjednoczone – może nie zawsze lojalnie, ale dość konsekwentnie – swoje działania zapowiadają z wyprzedzeniem.
Wystarczy przypomnieć, że zgodnie z doktryną Monroe’a, sięgającą pierwszej połowy XIX wieku, cała zachodnia półkula została uznana za strefę wyłącznych wpływów Stanów Zjednoczonych. To doktryna stara, ale wciąż aktualna w praktyce – i warto o niej pamiętać, analizując współczesne działania amerykańskiej polityki zagranicznej.
A my po prostu albo nie chcemy słuchać, albo nie chcemy przyjąć do wiadomości, że Stany Zjednoczone są inne, niż przez dziesięciolecia je sobie wyobrażaliśmy – wyobrażaliśmy je sobie pod wpływem przekazu rozgłośni takich jak Radio Wolna Europa czy Głos Ameryki. Trzeba przyznać, że był to ogromny sukces edukacyjny – jak widać znacznie trwalszy, niż pierwotnie sądzono.
Pojawia się jednak pytanie: czy to wszystko może mieć realne znaczenie dla nas – dla cen ropy naftowej, które bezpośrednio nas dotyczą? Przecież aby przejąć przemysł wenezuelski, trzeba umieć być okupantem. To nie jest zadanie proste. A doświadczenia amerykańskie w tym zakresie – jak już wcześniej wspomniano – są raczej mało budujące. Próby okupowania terytoriów, niezależnie od tego, jak je nazywano i jakimi hasłami uzasadniano, najczęściej kończyły się w podobny sposób – dość pouczającą, choć zdecydowanie niechwalebną ucieczką.
Zresztą nie jest to wyłącznie cecha okupacji amerykańskich. W istocie większość tego rodzaju przedsięwzięć – na szczęście dla okupowanych – kończy się klęską agresorów. My sami jesteśmy tego dobrym przykładem. Okupacje i podziały naszego kraju, zapoczątkowane jeszcze w XVIII wieku, zostały ostatecznie przekreślone. To prawda – trwało to ponad 120 lat – ale kolejne pokolenia nie zaakceptowały status quo narzuconego przez wielkie mocarstwa w ramach tzw. koncertu mocarstw.
Kto na tym zarabia?
I na koniec jeszcze jedna uwaga: na każdym, nawet najmniejszym zawirowaniu na rynku ropy ktoś zarabia. Tak po prostu działa ten rynek – można powiedzieć, że to jego stała cecha.
Istnieje na ten temat dość dobrze opisana, szczegółowa wiedza. Chodzi o to, że na chwilowych wzrostach cen się zarabia – po to, by ceny mogły następnie wrócić do wcześniejszego poziomu. Najpierw wzrosty pojawiają się w obawie przed ograniczeniem podaży – przed jej potencjalnym zmniejszeniem – a następnie następuje powrót do poziomów sprzed niepokoju. Te nadzwyczajne zyski, które osiąga się w okresach niepewności, są właśnie istotnym elementem tej „sztuki”, o której tu mówimy, i która w tej sytuacji może znaleźć zastosowanie.
Pytanie jednak, czy nie jest jeszcze za wcześnie na tego rodzaju spekulacje. Oczywiście, że tak – nie wiemy przecież nawet, na ile ta tzw. operacja specjalna okaże się skuteczna, i to nie tyle z perspektywy tych, którzy ją inicjują, ile przede wszystkim z punktu widzenia reakcji samego „pacjenta”. Mówiąc ironicznie – na ile ten pacjent zdecyduje się nie uznać tego, co się wydarzyło, i nie przyjąć narzuconego dyktatu. A może odwrotnie – przyjmie go chwilowo, by później spróbować uwolnić się spod kurateli.
Wariantów rozwoju sytuacji jest naprawdę bardzo wiele. Można nawet powiedzieć, że niemal wszystkie są w tej chwili równie prawdopodobne. Jeden z nich pozwolę sobie jedynie zasygnalizować w naszej rozmowie. Znajdujemy się na rynku ropy naftowej, który może ulec znacznie poważniejszym zmianom nie tyle w wyniku zakończenia tego konfliktu – bo konflikt w Ameryce Łacińskiej dopiero się zaczyna – ile w wyniku rozstrzygnięć w innych obszarach świata.
Być może dla nas istotniejsze okażą się konflikty, które mogą się zakończyć gdzie indziej. Nie bez powodu, zgodnie ze starą, dziś raczej zapomnianą zasadą – nie prawną, lecz empiryczną – znaną już w XVIII w., a być może i wcześniej: jeżeli państwo wyznacza swoje strefy wpływów, to robi to po to, aby jasno wskazać, co znajduje się w granicach tej strefy, a co poza nią.
No i wiadomo, że jeżeli jest to cena, którą muszą zapłacić ci, którzy mieli swoje wpływy w Wenezueli, po to, aby uszanować lub zaakceptować ich interesy w innych częściach świata, to możemy przypuszczać, że mamy do czynienia z jednym z elementów szerszego, globalnego „ułożenia”, które ma doprowadzić do zakończenia konfliktu w innej części świata. Być może dla nas istotne jest właśnie to, że konflikt w Ameryce Łacińskiej jest geograficznie odległy, natomiast bliżej nas może dojść do zakończenia konfliktu zbrojnego, który bezpośrednio wpływa na nasze bezpieczeństwo.
Jak wiadomo, celem Stanów Zjednoczonych jest reaktywowanie interesów ekonomicznych – nie po raz pierwszy i zapewne nie po raz ostatni – zarówno z Rosją, jak i wcześniej ze Związkiem Radzieckim. Dlatego, z perspektywy naszych rynków – a w szczególności rynku ropy naftowej – warto przyjąć hipotezę, że będą one relatywnie odporne na tego rodzaju zawirowania cenowe, zwłaszcza w sytuacji, w której nie wiadomo, jaki będzie dalszy ciąg wydarzeń związanych z tym porwaniem.
Aby bowiem realnie zarządzać nawet państwem relatywnie słabym, niekoniecznie skłonnym do podporządkowania się dyktatowi silniejszego, potrzebne są długofalowe zdolności, których skuteczność budzi poważne wątpliwości. Tego rodzaju prognozy skłaniają raczej do pesymizmu niż do optymizmu – nie tylko ze względu na zdolności państw okupowanych, lecz także z powodu obiektywnej nieprzewidywalności zachowań młodego pokolenia.
Mamy bowiem do czynienia ze światem, który coraz wyraźniej różni się już nie tylko na osi globalnej Północy i globalnego Południa – starzejącej się, demograficznie wymierającej Północy oraz młodego, dynamicznego i coraz bardziej asertywnego intelektualnie Południa – lecz także pod względem mentalnym. Są to państwa w dużej mierze wyzwolone z obciążeń przeszłości, które determinowały wcześniejsze układy globalne.
Przede wszystkim jednak musimy przyznać, że o tych procesach wiemy bardzo niewiele. I być może – skoro nawet Stany Zjednoczone, które uznajemy za kluczowego aktora i sojusznika, wciąż potrafią nas zaskakiwać – powinniśmy przyjąć, że reakcje tych, o których wiemy jeszcze mniej, również będą zaskakujące i istotne. A im dalej od nas będą się rozgrywać konflikty tego rodzaju, tym – co nie jest tezą oryginalną – lepiej dla naszego bezpośredniego interesu.
Może to mieć znaczenie dla cen podstawowego produktu, za który wszyscy płacimy – paliwa na stacjach benzynowych.