3.9 C
Warszawa
niedziela, 27 listopada 2022
Advertisement

Kasa sędziowskiej kasty

Koniecznie przeczytaj

Przez lata majątki naszych sędziów nie były wypadkową ich oficjalnych zarobków.

Nawet dzisiaj możemy znaleźć niepodważalne przykłady na potwierdzenie tego powszechnego przekonania.

Jeszcze kilka miesięcy temu nazwisko sędziego Waldemara Żurka pojawiało się w serwisach informacyjnych wszystkich polskich mediów. Jako rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa (KRS) Żurek był w pierwszym szeregu obrońców interesów sędziowskiego środowiska. Nie mogło to dziwić, bo rozpoczynała się właśnie reforma sądownictwa, która wywoływała ogromne obawy wśród sędziów. I sędzia Żurek z racji pełnionego stanowiska był właśnie tym, który głośno i publicznie te emocje wyrażał.

Jeden aspekt nowej reformy budził u niego szczególnie silne emocje: sprawa oświadczeń majątkowych sędziów, które miały stać się jawne. Żurek wiele razy podnosił, że takie rozwiązanie nie ma żadnych merytorycznych podstaw i wystawia sędziów na cel przestępców. Gdy jednak w listopadzie 2016 r. przeforsowano zasadę jawności oświadczeń majątkowych sędziów, stało się już jasne, że każdy z nich będzie musiał pogodzić się z tym faktem, także sędzia Żurek. Wprawdzie złożył on jeszcze wniosek o objęcie swojego oświadczenia majątkowego klauzulą „zastrzeżone”, ale Ministerstwo Sprawiedliwości nie znalazło powodów, dla których należałoby je utajnić.

Bardzo szybko wokół majątku Żurka zrobiło się głośno. Okazało się, że po dwudziestu latach zawodowej kariery sędzia zgromadził naprawdę spory majątek, znacznie większy niż można było sobie to wyobrazić. To przede wszystkim nieruchomości, których Żurek wykazał łącznie aż 21. M.in. dom o powierzchni 110 mkw., lokal użytkowy o powierzchni 85 mkw., drewniany domek na wsi, kamienica w prestiżowej lokalizacji w Krakowie, której jest współwłaścicielem (wraz z byłą żoną), a do tego liczne grunty, położone w różnych częściach Polski. M.in. 6,8 ha w województwie łódzkim, 3,5 ha w Rzeplinie w woj. małopolskim, 3,4 ha na Podkarpaciu, 1,5 ha w gminie Postomino w województwie zachodniopomorskim. Gdyby wycenić cały majątek Żurka po aktualnych cenach rynkowych, okazałby się zdecydowanie za duży jak na sędziego i jego niezłe przecież zarobki, nawet przy uwzględnieniu dwudziestu lat kariery. Pamiętajmy jednak, że Żurek zajęty obroną interesów sędziowskiej kasty nie miał czasu i zapewne też nie chciał specjalnie przenosić przynajmniej części swojego majątku na członków rodziny, tak jak robili to jego koledzy z sędziowskiej kasty.

Nowe zasady

Jawność oświadczeń majątkowych sędziów wprowadzona została w listopadzie 2016 r., kiedy znowelizowane zostało „Prawo o ustroju sądów powszechnych”. Formalnie nowe przepisy zaczęły obowiązywać z dniem 6 stycznia 2017 r. Obowiązek ujawnienia oświadczeń majątkowych dotyczy również sędziów sądów powszechnych, wojskowych, administracyjnych i Sądu Najwyższego. Wprawdzie sędziowie oświadczenia majątkowe składali od dawna, ale dopiero od 6 stycznia 2017 r. stały się one dostępne dla wszystkich, a nie tylko dla podmiotów uprawnionych do ich kontroli, jak np. CBA. W świetle nowych przepisów nieujawnione mogą być tylko dane adresowe, informacje o lokalizacji nieruchomości oraz dane umożliwiające identyfikację ruchomości sędziego. Oświadczenie majątkowe sędziego może zostać utajnione, jeśli jego jawność rodziłaby zagrożenie dla niego samego lub jego bliskich. Minister sprawiedliwości jest uprawniony do zniesienia klauzuli jawności oświadczeń majątkowych sędziów.

Warto również zaznaczyć, że oświadczenia majątkowe składane przez sędziów dotyczą ich majątku osobistego oraz majątku objętego małżeńską wspólnotą majątkową. Za podanie nieprawdy, grozi kara do trzech lat pozbawienia wolności. Jawność oświadczeń majątkowych nie jest wcale pomysłem PiS. Przepisy o jawności dochodów sędziów i prokuratorów już od dawna obowiązują w wielu krajach zachodnich. A poza tym mieliśmy wcześniej do czynienia z nieuzasadnionym uprzywilejowaniem sędziów wobec pozostałych funkcjonariuszy państwowych, którzy zobowiązani byli do ujawniania oświadczeń majątkowych.

Operacja „Majątek”

Gdy na początku 2016 r. ze strony szefa resortu sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry padła zapowiedź, że wprowadzona zostanie jawność oświadczeń majątkowych sędziów, ci zareagowali oburzeniem. Powszechnie padały głosy, że takie rozwiązanie będzie sprzeczne z Konstytucją RP i prawem Unii Europejskiej, jego wprowadzenie będzie zaś zagrażało ich bezpieczeństwu. Nie brak było również głosów wskazujących na to, że jawność oświadczeń majątkowych tak naprawdę jest oskarżeniem o korupcję. W kampanię obrony sędziów przed nowym rozwiązaniem zaangażowała się nie tylko Krajowa Rada Sadownictwa, ale i Sąd Najwyższy oraz wszystkie stowarzyszenia zawodowe.

Gdy stało się jasne, że sprzeciw nie zablokuje przeforsowania jawności oświadczeń majątkowych, w środowisku zaczęła się operacja „Majątek”. W jej ramach sędziowie rozpoczęli przepisywanie posiadanych dóbr na członków rodziny i bliskie osoby. Tym działaniom towarzyszył spory pośpiech, na tyle duży, że pozostały po nich nader liczne ślady w oświadczeniach majątkowych, które sędziowie złożyli po wejściu w życie nowych przepisów. W jednym z nich, złożonym przez sędziego jednego z warszawskich sądów wykazano m.in. miejsce garażowe w luksusowym apartamentowcu, w którym najprawdopodobniej pozbył się wcześniej mieszkania, wykazując jedynie dom jednorodzinny, którego jest tylko współwłaścicielem.

Takich śladów jest znacznie więcej. Sędziowie zaciągali również różnego rodzaju kredyty bankowe i pożyczki, niezależnie od tego, że mieli już te, które zaciągnęli wcześniej, aby tylko móc wykazać, że przysłowiowo żyją „na debecie”. Gdy już nowe przepisy zaczęły obowiązywać, spora część sędziów złożyła wnioski o utajnienie swoich oświadczeń majątkowych. Różnie to wyglądało w poszczególnych sądach, ale zazwyczaj od 20 do 30 procent sędziów wnioskowało o utajnienie złożonego po 6 stycznia 2017 r. oświadczenia majątkowego. Jednak niewielu z nich mogło liczyć na pozytywne rozpatrzenie wniosku. W gruncie rzeczy dotyczyło to jedynie przypadków, w których istniały szczególne okoliczności i groźba realnego zagrożenia. Tak czy inaczej, w wyniku operacji „Majątek” znacznemu odchudzeniu uległ stan posiadania sędziów. Mimo to ciągle są osobami majętnymi, jak polskie warunki. W przekonaniu przeciętnego Polaka za bardzo, jeśli porównamy to z ich oficjalnymi dochodami.

Zarobki polskich sędziów

Sędziowie należą do najlepiej zarabiających grup zawodowych w Polsce, nawet w obrębie osób wykonujących zawody prawnicze (adwokaci, radcowie, sędziowie i prokuratorzy). Jak podaje portal wynagrodzenia.pl, średnia pensja sędziego wynosiła w ubiegłym roku 9,9 tys. zł brutto. Co drugi otrzymuje pensję od 7,8 tys. zł do 11,9 tys. zł. 25 proc. najgorzej wynagradzanych sędziów zarabia poniżej 7,8 tys., zł brutto, natomiast na zarobki powyżej 11,9 tys. zł brutto może liczyć grupa 25 proc. najlepiej opłacanych sędziów.

Sędziowskie pensje w ostatnich kilkunastu latach były systematycznie podnoszone. W 2012 r. sędziowie sądów apelacyjnych zarabiali przeciętnie 12,9 tys. zł. Cztery lata później dostawali już 16,5 tys. zł. Sędziowie sądów okręgowych w 2012 r. zarabiali 11,2 tys. zł; natomiast w 2016 r. było to już 13,9 tys. zł. Z kolei w sądach rejonowych przedstawicielom temidy zarobki wzrosły z 8,8 tys. zł do 11 tys. zł. Przeciętnie zarobki naszych sędziów wzrosły w latach 2012–2016 o prawie 3,6 tys. złotych. To kilkakrotnie więcej niż wzrosły pensje zwykłych Polaków.

Wzrost sędziowskich pensji w ostatnich kilkunastu latach był przede wszystkim wynikiem stałego zwiększania nakładów na cały wymiar sprawiedliwości. Polska wydawała na sądy, licząc jako procent PKB, więcej niż Hiszpania czy dużo bogatsze Niemcy i Wielka Brytania. Skutkiem tego był znaczny wzrost liczby polskich sędziów w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców (jest ich więcej niż w wielu krajach zachodnich), ale też znaczny wzrost ich płac. Taka polityka wiązała się z przekonaniem rządzących, że systematyczne zwiększanie nakładów finansowych poprawi efektywność sądów i pozwoli im na doszlusowanie do europejskiej czołówki. Okazało się jednak, że jakość pozostała bez zmian. Problem w tym, że większe pieniądze nie wyleczyły chorób, których korzenie sięgają czasów komunistycznej Polski. Jedną z nich jest korupcja.

Oficjalnie korupcji w sądach nie ma

Resort sprawiedliwości dysponuje danymi na temat prowadzonych wobec sędziów postępowań dyscyplinarnych. W 2011 r. było ich 43, w 2012 roku było ich 50, w 2013 roku było ich 75 w 2014 roku 92 i w 2015 roku było ich 50. Łącznie zatem w latach 2011–2015 sędziowskie sądy dyscyplinarne prowadziły 310 postępowań dyscyplinarnych. Jednak tylko 11 z nich, czyli niecałe 3 proc. zakończyło się usunięciem sędziego z urzędu. Wszyscy z wymienionych sędziów mieli na koncie różne przestępstwa, ale o dziwo nie było wśród nich korupcji. Można by zatem odnieść wrażenie, że korupcja to coś, co w ogóle nie odnosi się do naszych sędziów.

Chyba mało kto jest w stanie uwierzyć, że tak jest w rzeczywistości. Korupcja bowiem w polskich sądach jest, bo zawsze w nich była. Tyle że jej ściganie jest znacznie trudniejsze niż gdzie indziej. Głównie dlatego, że sądy mogą skutecznie korzystać ze swojej „niezawisłości” także i w takich przypadkach. To dlatego instytucje uprawnione do walki z korupcją zawsze unikały tematu łapownictwa w sądach. Nawet gdy powstało CBA, sytuacja nie uległa jakiejś radykalnej zmianie. Sędziowskie środowisko przez lata marginalizowało informacje wskazujące na możliwość istnienia przekupstwa przy wydawaniu wyroków. Tak było w przypadku sędziego Janusza K., który w 2017 r. po prawie dziewięciu latach mógł zostać prawomocnie skazany za przyjmowanie łapówek w zamian za łagodniejsze wyroki na karę czterech lat bezwzględnego więzienia i grzywnę w wysokości 60 tys. złotych. Gdy stawił się do odbycia kary, długo nie pobył w więzieniu. Sąd Najwyższy uwzględnił jego kasację i uchylił częściowo wyrok Sądu Okręgowego w Koszalinie.

Często było też tak, że sędziowie tolerowali w swoim środowisku tych, o których korupcji donosiły media. Tak było w przypadku sędziego Dariusza C. który zadecydował o upadłości kilku polskich przedsiębiorstw (m.in. spółki CLiF, Kasprzak i Eko- -Mysiadło). Ich majątek przeszedł potem w posiadanie firm, z którymi Dariusz C. był związany. Cały proceder trwał latami. Dariusz C. pomimo postępowania dyscyplinarnego nie został usunięty z zawodu, przeniesiono go jedynie na inne stanowisko. W rezultacie tego znalazł się we władzach Zrzeszenia Prawników Polskich (ZPP) i został kanclerzem Europejskiej Wyższej Szkole Prawa i Administracji, w której wykładali m.in. sędziowie Sądu Najwyższego, Naczelnego Sądu Administracyjnego i z Krajowej Rady Sądownictwa.

Takich przypadków było w Polsce w ostatnich kilkunastu latach znacznie więcej. Korupcja sędziów nie jest więc jakimś wyimaginowanym problemem, istnieje realnie. Naszą wiedzę na ten temat poszerzyły w ostatnim czasie sejmowe komisje śledcze, a zwłaszcza Sejmowa Komisja ds. afery Amber Gold. Jej wiceprzewodniczący, poseł Jarosław Krajewski ( PiS), w marcu br. poinformował, że komisja dysponuje odtajnioną notatką ABW z września 2012 r., która dotyczy korupcji w gdańskim sądownictwie. W sierpniu ubiegłego roku Wydział Spraw Wewnętrznych Prokuratury Krajowej skierował do Sądu Okręgowego w Krakowie akt oskarżenia przeciwko sędziemu Krzysztofowi S. byłemu prezesowi Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Został on oskarżony o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, która w latach 2013–2016 dokonała przywłaszczenia prawie 30 milionów złotych na szkodę Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Prokuratura zarzuciła Krzysztofowi S. niedopełnienie obowiązków prezesa Sądu Apelacyjnego w Krakowie i osobiste przyjmowanie korzyści majątkowych w kwocie nie mniejszej niż 376 tysięcy 300 złotych. Pieniądze te Krzysztof K. miał otrzymywać w zamian za przychylność dla pozostałych członków wspomnianej grupy oraz odstąpienie od realizacji obowiązków prezesa sądu.

Dlaczego tak jest?

Jednym z najważniejszych elementów systemu rządów komunistycznej Polski były sądy. Pod ich patronatem wyrósł system „ustawiania” wyroków sądowych za łapówki. Wspólnikami sędziów byli prokuratorzy i adwokaci. Proceder ten kwitł latami, wypaczając cały system sądowniczy. Gdy nastała wolna Polska, sądownictwo zostało niejako wyłączone z obszaru zmian politycznych. Nowy prezes Sądu Najwyższego prof. Adam Strzembosz uznał, że „sądownictwo samo się oczyści” z pozostałości komunistycznego systemu i jego chorób. Tak się jednak nie stało. Wprawdzie w czasach III RP do sądów trafiały kolejne pokolenia sędziów, ale zasadniczy model ich funkcjonowania się nie zmieniał. Dotyczyło to przede wszystkim korupcji. Dlatego właśnie majątki sędziów, te faktyczne, a nie te deklarowane w oświadczeniach majątkowych są dzisiaj znacznie większe, niż mogłoby to wynikać z ich zawodowych dochodów.

Autor

Najnowsze