SAFE – powtórka z KPO?
To mniej więcej tak, jakbyśmy wzięli kredyt na urządzenie mieszkania, a bank chciałby nam dyktować, jakie mamy kupić meble, sprzęt AGD i od których producentów, my zaś musielibyśmy przedstawiać każdą fakturę do zatwierdzenia pod groźbą wstrzymania bądź zwrotu środków. Zgodziliby się Państwo na takie warunki?
„Zaklinanie rzeczywistości” – tak można by podsumować triumfalistyczną narrację rządu w sprawie przyznania Polsce 44 mld euro (ponad 185 mld zł) z unijnego programu SAFE. Przypomnijmy, iż SAFE (Safety Actions for Europe – Instrument na rzecz Zwiększenia Bezpieczeństwa Europy) to wart 150 mld euro unijny program mający sfinansować inwestycje w obronność krajów członkowskich. Pod wieloma względami przypomina on mechanizm NextGenerationEU, z którego finansowane są Krajowe Plany Odbudowy. Podobnie jak w przypadku KPO środki te pochodzą ze wspólnego unijnego długu. Ich wydatkowanie obwarowane jest licznymi, narzuconymi odgórnie wymogami, a w ostatecznym rozrachunku stanowią one pożyczkę, którą będziemy musieli spłacać do 2070 r.
Czy mamy skolonizowane umysły? Dr Obłąkowska odpowiada!
To jednak nie koniec, gdyż Unia Europejska (znów – tak jak przy okazji KPO) będzie w praktyce decydować o tym, na co konkretnie zostaną przeznaczone kolejne transze funduszy. Taka ingerencja byłaby uzasadniona tylko w jednym przypadku – gdybyśmy otrzymywali z Brukseli bezzwrotne dotacje. Tymczasem jest to pożyczka (co z tego, że nisko oprocentowana), a więc finalnie nasze pieniądze, i to my pokryjemy całość kosztów naszej puli z własnej kieszeni. To mniej więcej tak, jakbyśmy wzięli kredyt na urządzenie mieszkania, a bank chciałby nam dyktować, jakie mamy kupić meble, sprzęt AGD i od których producentów, my zaś musielibyśmy przedstawiać każdą fakturę do zatwierdzenia pod groźbą wstrzymania bądź zwrotu środków. Zgodziliby się Państwo na takie warunki?
Warto podkreślić, iż pełna nazwa programu brzmi „Instrument na rzecz Zwiększenia Bezpieczeństwa Europy poprzez Wzmocnienie Europejskiego Przemysłu Obronnego” – i to właśnie do europejskich firm zbrojeniowych ostatecznie trafić ma większość pieniędzy. Plan zakłada, iż w ogólnych kosztach kupowanego uzbrojenia udział komponentów pochodzących spoza UE, Europejskiego Obszaru Gospodarczego (UE plus Norwegia, Islandia i Liechtenstein) oraz Ukrainy (sic! – Ukraina przecież nawet nie jest członkiem UE ani EOG) nie może przekroczyć 35 proc. Od razu wyklucza to więc poza zakres finansowania nasze kontrakty z USA i Koreą Pd. Oznacza to, iż za zakup Abramsów, Patriotów, HIMARS-ów, śmigłowców Apache, samolotów F-35 czy czołgów K2 po staremu będziemy płacić bez unijnego wsparcia. To samo tyczy się broni produkowanej wprawdzie w Polsce, ale ze zbyt dużym udziałem części sprowadzanych spoza EOG i Ukrainy.
Kolejny aspekt budzący wątpliwości to narzucone przez KE ekspresowe tempo zawierania umów. KE chce zatwierdzić polski plan SAFE już 17 marca, zaś do 30 maja mamy zawrzeć umowy wykonawcze z producentami, co rodzi obawę, że będziemy kontraktowali dostawy każdego dostępnego sprzętu „jak leci”, bez oglądania się na jego faktyczną przydatność i zgodność z koncepcją obrony państwa – aby tylko wykazać, że wykorzystaliśmy przewidziane środki. W efekcie otrzymamy armię uzbrojoną w przypadkowy sprzęt od sasa do lasa, co zwiększy koszty szkolenia, eksploatacji i obsługi oraz drastycznie skomplikuje logistykę w zakresie serwisowania i dostaw części zamiennych.
Uwagę zwraca też fakt, iż do Polski popłynie niemal 1/3 środków z ogólnej puli 150 mld euro – i to nie dlatego, że tak skutecznie walczyliśmy o pieniądze, a dlatego, że szereg innych państw europejskich albo w ogóle zrezygnowało z programu, albo partycypuje w nim w minimalnym stopniu. Wielkim nieobecnym są chociażby Niemcy, które uznały, że pomimo zapowiadanych planów modernizacji i rozbudowy Bundeswehry nie wezmą w SAFE udziału – podobnie jak Szwecja, Holandia, Austria, Irlandia, Malta, Słowenia czy Luksemburg. Część pozostałych państw zdecydowała się na symboliczne pożyczki w granicach 1–3 mld euro. Z większych udziałowców (15–16 mld euro) można wymienić Francję czy Włochy, które mają dobrze, jak na Europę, rozwinięty własny przemysł obronny, więc pieniądze zostaną na miejscu. Wracając do Niemiec – jest to piąty co do wielkości światowy eksporter broni, najprawdopodobniej założyły więc, że zważywszy na narzuconą w ramach SAFE strukturę wydatków, lwia część funduszy i tak do nich trafi bez konieczności wikłania się w kredyty.
Na koniec zostaje sprawa uznaniowości przyznawania środków – Komisja Europejska zarezerwowała sobie bowiem prawo do wstrzymania wypłat na podstawie tzw. mechanizmu warunkowości, pozostawiającego Brukseli niemal nieograniczone pole do arbitralnego decydowania o wypłacaniu bądź blokowaniu funduszy. Jak działa to w praktyce, zdążyliśmy się przekonać przy okazji KPO, kiedy to KE, powodowana czysto politycznymi względami, wpierw blokowała należne Polsce pieniądze, by uruchomić je natychmiast po zmianie rządu. Wchodząc zatem do programu SAFE w takiej skali, sami kręcimy kolejny bat na własne plecy, dając Brukseli możliwość wywierania na nas pod byle pretekstem politycznej presji, co oznacza, że w przypadku prawdopodobnej zmiany władzy za niespełna dwa lata Unia ponownie zamrozi nam środki, a my zostaniemy z podpisanymi wielomiliardowymi kontraktami jak Himilsbach z angielskim.
MANUFAKTURA, NIE MASÓWKA. DLACZEGO WOLA PRZYCIĄGA INWESTORÓW?