Marek Zuber: Czy Polsce grozi kryzys finansowy?
Rosnący dług publiczny, relatywnie wysokie koszty jego obsługi, zwiększające się w bardzo wysokim tempie potrzeby pożyczkowe – to wszystko może skłaniać do zadania pytania: jak to się może skończyć?
Załamanie rynków finansowych w Polsce to nie jest mój bazowy scenariusz na najbliższe lata. Nie jest, ale go nie wykluczam. Choć możemy się przed nim obronić. Ale po kolei.
Pamiętają Państwo wydarzenia w Wielkiej Brytanii w październiku 2022 r.? Ówczesna świeżo upieczona premier tego kraju ogłosiła chęć obniżania podatków, ale na pytanie o cięcia wydatków odparła, że to nie wchodzi w grę. Przecież jej kraj jest świeżo po pandemii, w dodatku dokonał się Brexit, a to wszystko ma swoje konsekwencje i wymaga nakładów ze strony państwa. W efekcie zaczęła się wyprzedaż brytyjskich obligacji. Rentowność wzrosła dwukrotnie, przekraczając 4 proc. w ciągu niemalże godzin. Rentowność, czyli realny koszt pożyczania pieniędzy. Mocno stracił funt. Ale sytuacja „rozlała się” także na inne kraje, w tym Polskę. To właśnie wtedy odnotowaliśmy 5,04 zł za dolara – najwyższy poziom w historii – i 4,94 zł za euro, prawie najwyższy poziom w historii; gorzej było tylko w marcu 2022 r. W sumie, uwzględniając oba kursy, czyli koszyk walut, złoty nigdy nie był taki słaby. Rentowność polskich obligacji przekroczyła 9 proc., czyli wzrosła o ponad 3 p.p. Wydarzyło się to – jak napisałem wcześniej – praktycznie w ciągu godzin. To właśnie wtedy BGK nie był w stanie sprzedać obligacji, więc wycofano się z emisji. Ówczesny premier Mateusz Morawiecki po raz pierwszy publicznie powiedział, że powinniśmy zacząć oszczędzać.
Sytuacja uspokoiła się dość szybko. Nowa premier podała się do dymisji i była najkrócej urzędującym brytyjskim szefem rządu. Bank Anglii, żeby opanować sytuację, zaczął kupować obligacje skarbowe, czego w zasadzie robić nie powinien. Generalnie wszystko rozeszło się po kościach. Ale nie zmienia to faktu, że szósta wtedy największa gospodarka świata dostała od inwestorów pstryczka w nos. Pomysł zaś, który w krótkim okresie pogorszyłby znacznie sytuację finansów publicznych, otrzymał czerwoną kartkę. Mówiąc jeszcze inaczej: świat uznał, że działania idące w kierunku dalszego zadłużania się Wielkiej Brytanii są dla niego zbyt ryzykowne. Dług publiczny sięgał wtedy 95 proc., był więc znacząco wyższy niż w Polsce obecnie. Ale też wciąż jeszcze jest to wyraźnie bogatszy kraj od nas, ze znacznie większym skumulowanym potencjałem do obsługi długu. O wyższych ratingach itd.
W ciągu najbliższych lat, wszystko na to wskazuje, przekroczymy 70 proc. długu w stosunku do PKB. Oficjalnie oczywiście nie, bo oznaczałoby to złamanie Konstytucji. Ale wiemy doskonale, jak można to wszystko „rozmydlić”. Mamy w tym dwudziestoletnie doświadczenie. Jedne rządy robiły to bardzo delikatnie, a inne „szły po bandzie”. Pełnej przejrzystości nie ma jednak od dawna. Oczywiście inwestorzy ze świata głupi nie są i będą zdawali sobie sprawę z sytuacji. Jasne, że 70 proc. to nie 95 proc. – nawiązuję tu do przykładu brytyjskiego – ale Polska to wciąż nie Wielka Brytania, o czym już wspominałem. Mało tego – Brytyjczycy, pomimo mocnego wzrostu kosztu długu, wciąż pożyczają pieniądze taniej niż my, choć różnica się wyraźnie zmniejszyła.
Nie mam pojęcia, gdzie jest sufit, jeśli chodzi o polski dług. Ale na pewno jest i na pewno nie są to poziomy, przy których Grecji dawano jeszcze środki. Grecja była w strefie euro i czy to się komuś podoba, czy nie, jest to element stabilizujący, zwiększający możliwości zadłużania. Co ma oczywiście plusy, ale i minusy, choćby związane z przemożną chęcią brania pieniędzy dalej. Tak było właśnie w Grecji. Zmierzam do tego, że – moim zdaniem – i to jest tylko moje zdanie – do tego sufitu się zbliżamy. I to wcale nie tak powoli.
Nie jesteśmy oczywiście Grecją z 2011 czy 2012 r. To nie ten poziom postrzegania. I mamy stabilizator wynikający z faktu, że 70 proc. naszego długu to wierzyciele krajowi, głównie polskie banki, w znacznym stopniu państwowe. Ostatnie dwa lata to wyraźny wzrost wynagrodzeń, ale i wzrost skłonności do oszczędzania, co przełożyło się także na więcej środków do dyspozycji banków. Tym bardziej, że nie mieliśmy żadnego boomu kredytowego. Nadwyżki szły zatem na finansowanie rosnących, lawinowo rosnących potrzeb pożyczkowych brutto. Czyli tego, co musimy pożyczyć w danym roku, uwzględniając nie tylko nowy dług, ale także ten, który trzeba oddać. To oddawanie to najczęściej rolowanie, czyli emisja nowych obligacji, żeby wykupić stare. Dość powiedzieć, że w 2024 r. było to około 425 mld zł, w zeszłym około 550 mld zł, a w 2026 r. prawie 700 mld zł. Dla porównania w 2019 r. potrzeby pożyczkowe brutto wyniosły około 165 mld zł.
Czy mamy skolonizowane umysły? Dr Obłąkowska odpowiada!
Krajowi inwestorzy to jedno, ale kapitału z zewnątrz też potrzebujemy. I na to nakłada się jeszcze kolejny element. Najbliższe lata to potężne inwestycje. Możemy się tylko zastanawiać, czy będzie to bliżej 1,5 bln zł, czy 2 bln zł. Energetyka, obronność i kolejnictwo to najważniejsze obszary, wiemy o tym od dawna. Moim zdaniem, jeśli wzrost długu Polski będzie związany głównie z finansowaniem tych inwestycji i spora część środków pójdzie do polskich firm, to pożyczający nam się znajdą. Będzie to bowiem de facto oznaczało rosnący potencjał do obsługi i spłaty tego długu w przyszłości, czyli po prostu rozwój ekonomiczny Polski. Choć nie oznacza to, że żadne cięcia nie będą konieczne. Dzisiaj trudno jest to dokładnie określić, bo będzie to zależało choćby od tempa wzrostu gospodarki. Tak czy inaczej, jeśli znów zaczniemy kierować pożyczane środki choćby na kolejne projekty socjalne, możemy dostać „pstryczka w nos”, podobnie jak Wielka Brytania w 2022 r. Pierwszy potencjalnie niebezpieczny okres będziemy mieli już za chwilę, czyli przed najbliższymi wyborami parlamentarnymi. Jeśli zobaczą Państwo kolejny festiwal w stylu „kto da więcej”, naprawdę nie wykluczam, że może dojść do odpływu kapitału z Polski, a euro wyląduje na poziomach wyraźnie powyżej 5 zł. I to wyraźnie powyżej. Wtedy, żeby opanować sytuację, trzeba będzie nie tylko wycofać się z nowych obietnic, ale i ciąć w tym, co zostało zrealizowane w ostatnich latach.
Dla przypomnienia: koszt „500+”, obniżenia wieku emerytalnego, zobowiązania do zwiększenia środków na NFZ bez strukturalnego zabezpieczenia finansowania i kilku innych mniejszych programów szacuje się w 2026 r. na ponad 120 mld zł, przy planowanych dochodach na poziomie 650 mld zł. W tym miejscu nie oceniam i nie krytykuję, po prostu stwierdzam fakt.
Jest jeszcze jeden scenariusz, o którym już pisałem i który nie wymaga nowych pomysłów naszych polityków w kwestii rozdawnictwa. Jeśli zdarzyłby nam się kryzys porównywalny z 2008 r., to już teraz opanowanie sytuacji wymagałoby działań znacznie dalej idących niż te realizowane w 2009 r. I byłoby to znacznie bardziej bolesne. Ale póki co powtórki z 2008 r. nie zakładam.
Na koniec jeszcze jedna wielkość: w tym roku za same odsetki od naszego długu zapłacimy około 100 mld zł, czyli 15 proc. dochodów budżetu. To najwięcej w historii ostatnich 35 lat. Powyżej 10 proc., około 12 proc., było tylko raz – w zeszłym roku.