zielona energia
|

ETS, czyli „żadnych marzeń, panowie”

Bez odejścia od systemu ETS nie ma co marzyć o odzyskaniu przez Europę konkurencyjności. W przeciwnym razie takie wieści, jak z Niemiec, gdzie w zeszłym roku zbankrutowało niemal 24 tys. firm (główne przyczyny – koszty energii i przeregulowanie gospodarki), będą tylko wstępem do europejskiego gospodarczego Armageddonu.

Piotr Lewandowski

„Point de rêveries, messieurs” – „żadnych marzeń, panowie”. Tymi słowami można spuentować propozycje Komisji Europejskiej w sprawie reformy systemu handlu emisjami EU ETS. Wprawdzie do bardziej gruntownej rewizji dyrektywy ETS ma dojść na początku lipca, lecz patrząc na to, co zostało zaprezentowane 1 kwietnia, i wsłuchując się w ton wypowiedzi unijnych urzędników, można założyć w ciemno, że żadnych zasadniczych zmian w rodzaju choćby częściowego zawieszenia tego węglowego parapodatku (a tym bardziej odejścia od planów wdrożenia ETS2) nie będzie.

Przypomnijmy, że przy okazji marcowego szczytu Rady Europejskiej przywódcy 10 państw (w tym Polski) wezwali Komisję do przeprowadzenia dogłębnego przeglądu obowiązujących obecnie regulacji, podnosząc w szczególności destrukcyjny wpływ ETS na ceny energii i konkurencyjność przemysłu. W odpowiedzi, w ramach doraźnych działań, Komisja Europejska zaproponowała korektę benchmarków (efektywności emisyjnej i energetycznej decydującej o przydziale darmowych uprawnień dla poszczególnych sektorów przemysłu) oraz reformę Rezerwy Stabilności Rynkowej (Market Stability Reserve – MSR). Dotąd MSR zajmowała się ściąganiem nadmiaru uprawnień do emisji z rynku, by ich cena zbytnio nie spadła, oraz wypuszczaniem ich na rynek w przypadku niedoborów. Przy czym, jeżeli liczba uprawnień w zasobach MSR wzrastała powyżej 400 mln, nadmiarowa część była automatycznie kasowana. Teraz KE, w swej łaskawości, zezwoli, by MSR gromadziła również uprawnienia powyżej kwoty 400 mln. Doceńmy poziom obłędu: Komisja Europejska dba o to, by ceny uprawnień do emisji nie były zbyt niskie – a więc, by europejski przemysł nie miał za łatwo i nie był, broń Boże, zbyt konkurencyjny, a przy okazji, by nie stracili spekulanci. Wszystko oczywiście w imię ochrony „płonącej planety”.

Niemniej zasadniczo KE stoi na nieugiętym gruncie dekarbonizacji i zeroemisyjności, zaś co bardziej oderwani od rzeczywistości euromandaryni, w rodzaju komisarza ds. klimatu Wopkego Hoekstry, posuwają się wręcz do wygłaszania jawnych farmazonów, jakoby Unia Europejska „udowodniła”, iż można połączyć transformację energetyczną ze wzrostem gospodarczym. Wszelkie reformy będą zatem jedynie doraźną łataniną, przypominającą jako żywo próby reformowania komunizmu – a jak wiemy z doświadczenia, nie sposób zreformować czegoś, co jest wadliwe u samych podstaw. Delikatnej korekcie ulega jedynie propagandowa narracja. Ponieważ światowa agenda klimatyczna się skichała, czego dowodem była spektakularna klapa ostatniego COP w brazylijskim Belém, sięgnięto po inne uzasadnienie: mianowicie, dzięki transformacji i dekarbonizacji Europa ma uzyskać „suwerenność energetyczną”. W jaki sposób tę „suwerenność” mają zagwarantować uzależnione od kaprysów pogody, niestabilne, wiecznie szarpiące siecią elektroenergetyczną i generujące przez to potworne koszty systemowe OZE? OZE, które nie mają szans, by spinać się finansowo bez publicznych subwencji, a na dodatek ich produkcja w coraz większym stopniu przejmowana jest przez Chiny? Wygłaszanie takich tromtadrackich deklaracji to podręcznikowy wręcz przykład myślenia magicznego. Ostatnio wprawdzie Ursula von der Leyen przeprosiła się z atomem – tyle że budowa nowej elektrowni jądrowej to w europejskich realiach regulacyjnych minimum 35 lat.

Niedawno portal wnp.pl podał, iż w 2025 r. do sieci nie trafiło 1,4 TWh z OZE – głównie z przyczyn bilansowych, tj. podaż energii przekraczała popyt. W tym roku, wraz z nadejściem wiosny, jest podobnie – farmy wiatrowe i fotowoltaiczne są masowo odłączane, a takich odłączeń będzie coraz więcej, wraz z budową nowych instalacji. Czyli tak: budujemy farmy, które albo nie produkują prądu, bo nie świeci i nie wieje (np. w jesienno-zimowych okresach „zgniłego wyżu”), albo są odłączane, bo akurat nie ma popytu lub by uniknąć przeciążenia sieci i blackoutu. Niech Państwo sami ocenią efektywność takiego systemu. Dodam jedynie, iż za każde odłączenie farmy otrzymują rekompensaty. Jak kiedyś już tu pisałem: OZE są „odnawialne” tak długo, jak długo „odnawialne” są publiczne dotacje. Zapowiedź premiera Donalda Tuska przeznaczenia w najbliższych latach 220 mld zł na tego „odnawialnego” pasożyta zostawię bez komentarza.

Wracając do ETS, od którego tu zaczęliśmy – bez odejścia od tego poronionego systemu nie ma co marzyć o odzyskaniu przez Europę konkurencyjności i żadne sięganie prawą ręką do lewego ucha tego nie zmieni. No chyba że będzie to ETS i „zielona rewolucja” jak w Chinach, gdzie tona emisji CO₂ kosztuje ok. 14–15 dol. (w Europie – ok. 70 euro), realny udział energii wiatrowej i słonecznej w miksie energetycznym wynosi łącznie ok. 18 proc. (2024 r.), za to w samym 2025 r. oddano do użytku nowe bloki węglowe o mocy 75 GW. W przeciwnym razie takie wieści, jak z Niemiec, gdzie w zeszłym roku zbankrutowało niemal 24 tys. firm (główne przyczyny – koszty energii i przeregulowanie gospodarki), będą tylko wstępem do europejskiego gospodarczego Armageddonu.

Podobne wpisy