||

Pieniądze na TVP czy ochronę zdrowia?

Niedawna propozycja PiS to kolejny odcinek najdziwniejszego dylematu budżetowego ostatnich lat.

„800 mln zł na diagnostykę zamiast na TVP w likwidacji” – taką propozycję Prawo i Sprawiedliwość zaprezentowało ostatnio na X. Problem w tym, że ten efektowny politycznie wybór ma niewiele wspólnego z rzeczywistością budżetową. Przy okazji dobrze pokazuje też coś jeszcze: polskie państwo od lat nie potrafi uczciwie odpowiedzieć ani na pytanie, jak finansować media publiczne.

Abonament, którego prawie nikt nie płaci

Może nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, ale abonament RTV jest daniną publiczną, którą muszą płacić osoby posiadające zarejestrowane odbiorniki radiowe lub telewizyjne. Posiadając w domu jedno radio i jeden telewizor, zapłacimy w 2026 r. aż 329,40 zł – przynajmniej w teorii. W praktyce stale poszerzany katalog zwolnień i archaiczny system egzekucji sprawiają, że abonament płaci już mało kto. Ściągalność utrzymuje się na poziomie nieprzekraczającym 35 proc.

Państwo zdaje sobie sprawę z niepopularności tej daniny, dlatego niezbyt gorliwie egzekwuje ten obowiązek. W rezultacie system istnieje, ale nie działa. A skoro nie działa, trzeba było znaleźć alternatywny sposób finansowania mediów publicznych. Stąd koncepcja rekompensat z tytułu utraconych wpływów abonamentowych.

Pierwsze rekompensaty przyznano w 2017 r. – 980 mln zł za utracone wpływy w latach 2010-2017. W 2019 r. kwota wzrosła, a okres się skrócił
– aż 1,26 mld zł tylko za lata 2018-2019.

Dwa miliardy dla TVP

Naprawdę głośno zrobiło się jednak dopiero w styczniu 2020 r. To wtedy narodziły się słynne „dwa miliardy na TVP”. Zbiegło się to z pracami nad ustawą budżetową na 2020 r., więc mogłoby się wydawać, że rząd chciał ująć tę rekompensatę jako wydatki budżetowe.

Nic bardziej mylnego. W 2020 r. 2 mld zł (a ściślej mówiąc 1,95 mld zł) dla jednostek publicznej radiofonii i telewizji przekazano poza budżetem, na mocy nowelizacji ustawy o opłatach abonamentowych. Nie zrobiono tego w formie dotacji, lecz poprzez przekazanie obligacji Skarbu Państwa na wniosek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Był to sprytny trik księgowy, bo w ten sposób oficjalnie nie zwiększano wydatków budżetowych, a jedynie dług publiczny. Media publiczne dostawały pieniądze, a rząd formalnie nie wydawał ani złotówki. Było to o tyle ważne, że właśnie wtedy zapowiadano pierwszy w historii budżet bez deficytu, więc każda złotówka wydatków publicznych była na wagę złota.


KSEF = NOWY system i NOWE OSZUSTWA. Co grozi przedsiębiorcom?


Jak powstał dylemat „TVP czy zdrowie”

Genezy najdziwniejszego dylematu budżetowego III RP również trzeba szukać na początku 2020 r. Ówczesna opozycja, pod przywództwem marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego, stwierdziła, że zamiast na TVP te dwa miliardy powinny trafić na leczenie onkologiczne. Senat wniósł więc o odrzucenie wskazanej nowelizacji ustawy o opłatach abonamentowych i zaproponował wygospodarowanie środków na onkologię poprzez poprawki do ustawy budżetowej. Dodano nową rezerwę celową: „Finansowanie programów polityki zdrowotnej – na leczenie chorób nowotworowych”, na którą planowano przeznaczyć 1,92 mld zł.

Co ciekawe, na etapie prac parlamentarnych nad budżetem nie można zwiększyć deficytu ponad poziom przewidziany w projekcie rządowym. Dlatego, jeśli chciano zwiększyć wydatki na onkologię o 2 mld zł, trzeba było albo zmniejszyć inne wydatki, albo zwiększyć dochody. Senat nie mógł pozyskać tych pieniędzy poprzez obcięcie wydatków na TVP, bo środki dla mediów publicznych miały postać obligacji przekazywanych poza budżetem.

Dlatego Senat po prostu założył, że wpływy podatkowe będą wyższe, niż przewidywał rząd. W ten sposób „znalazły się” dodatkowe miliardy na onkologię.

Polityczne hasło, budżetowa fikcja

I tu dochodzimy do sedna. Dylemat „TVP albo ochrona zdrowia” od początku miał przede wszystkim znaczenie polityczne, a nie budżetowe. Był chwytliwy, emocjonalny i bardzo wygodny w narracji, ale niewiele miał wspólnego z rzeczywistością.

W latach 2021–2023 utrzymano formę przekazywania obligacji na wniosek KRRiT. Tyle że odbywało się to już na mocy ustawy budżetowej.

Co ciekawe, w przedstawionym we wrześniu 2023 r. projekcie budżetu na 2024 r. rząd PiS po raz pierwszy nie zdecydował się na takie rozwiązanie. Czy to oznacza, że po zwycięstwie prawicy w wyborach parlamentarnych pieniędzy na TVP miało nie być? Niekoniecznie – te miliardy można było jeszcze „dorzucić” do budżetu na etapie prac parlamentarnych.

Dla przykładu: w projekcie budżetu na 2023 r. przewidziano rekompensatę na poziomie 1,95 mld zł. Dopiero za sprawą sejmowych poprawek kwota ta ostatecznie wzrosła do 2,7 mld zł.

Po zmianie władzy – zamiana ról

Zmiana władzy pod koniec 2023 r. nie przyniosła tu żadnej rewolucji. Przyniosła za to coś znacznie bardziej typowego dla polskiej polityki: zamianę ról. Ci, którzy wcześniej krytykowali „miliardy dla TVP Kurskiego”, sami zaczęli szukać pieniędzy dla mediów publicznych. Z kolei ci, którzy przez lata tworzyli i rozwijali mechanizm rekompensat, nagle odkryli, że finansowanie „TVP w likwidacji” jest symbolem rozrzutności i politycznego nadużycia.

Nowo powołany rząd Donalda Tuska początkowo chciał wrócić do pomysłu z 2020 r., czyli finansowania TVP poza budżetem. W ustawie okołobudżetowej upoważniono ministra finansów do przekazania na ten cel obligacji o wartości 2,995 mld zł. Ustawa została jednak zawetowana przez Andrzeja Dudę. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że prezydent dopilnował, by koalicja zrealizowała swoją wyborczą obietnicę i przestała dotować TVP.

Po prezydenckim wecie rząd wybrał inną drogę. Zdecydował się finansować media publiczne bezpośrednio z rezerwy celowej budżetu państwa. Ustawy budżetowej prezydent zawetować nie może, więc rozwiązanie okazało się skuteczne. Od 2024 r. minister kultury zaczął przekazywać TVP, Polskiemu Radiu i rozgłośniom regionalnym dotacje celowe. W 2025 r. sama TVP otrzymała w czterech transzach ponad 1,65 mld zł. W 2026 r. do końca lipca ma dostać 900 mln zł. I właśnie temu sprzeciwia się dziś PiS, proponując, by te środki przeznaczyć na diagnostykę.

Trzeba przyznać, że pod pewnym względem polska polityka potrafi być zaskakująco zgodna. Obie największe partie uznają, że hasło „zamiast na TVP, dajmy na zdrowie” dobrze brzmi i politycznie się opłaca. Różnią się głównie tym, kiedy je wypowiadają i z której strony sejmowej sali.

Państwo, które woli prowizorkę

Stworzona w 2020 r. i powtarzana do dziś fałszywa alternatywa pod tytułem „albo TVP, albo zdrowie” jest politycznie bardzo chwytliwa. Szkoda tylko, że ma niewiele wspólnego z prawdą. Wydatki publiczne w 2026 r. przekroczą 2 bln zł, a na ochronę zdrowia przeznaczymy prawie 250 mld zł. Miliard „w tę czy we w tę” niczego nie rozwiąże – kluczowe jest zapewnienie spójnego i stabilnego systemu finansowania. A tego nie ma ani w ochronie zdrowia, ani w mediach publicznych.

Nie ma nic przypadkowego w tym, że zarówno poprzedni, jak i obecny rząd zdecydowały się dotować TVP. System oparty na nieegzekwowalnych opłatach abonamentowych jest niewydolny. Niestety, przyznawane od 2017 r. rekompensaty są tylko doraźnym rozwiązaniem tego problemu. Proces ich przyznawania ma charakter uznaniowy i politycznie polaryzujący. Do tego pozostaje niejednolity – pieniądze przekazywano z budżetu i poza budżetem, w formie dotacji, wpłat czy obligacji.

Trzeba jak najszybciej na nowo zdefiniować rolę mediów publicznych i zapewnić im systemowe źródło finansowania, adekwatne do skali ich misji. Być może projekt nowej ustawy medialnej będzie krokiem w tym kierunku. Tu jednak potrzebny byłby ponadpartyjny konsensus – i to bardziej konstruktywny niż wzajemne oskarżanie się o finansowanie TVP kosztem zdrowia.

Podobne wpisy