|

Mołdawia i Ukraina bliżej UE

Wspólnota dała zielone światło dla otwarcia negocjacji akcesyjnych dla dwóch krajów, które jednak jeszcze długo będą miały status europejskich pariasów.

Po raz ostatni Unia Europejska rozpoczęła negocjacje akcesyjne w lipcu 2022 r., gdy do rozmów na temat przyszłego członkostwa zaproszono Albanię i Macedonię Północną. Wcześniej, bo w 2014 r., negocjacje rozpoczęła Serbia, a w 2012 r. Czarnogóra. Spośród tych państw najbliżej realizacji celu nieoczekiwanie jest Albania, która w ekspresowym tempie spełnia kolejne wymogi i obecnie zakłada się, że zostanie pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej jeszcze przed 2030 r.

Specjalni kandydaci

Największy spośród bałkańskich krajów-kandydatów Serbia będzie musiała poczekać na swoją kolej jeszcze bardzo długo, podobnie jak Macedonia Północna. W przypadku Ukrainy i Mołdawii uruchomiona może zostać za to wręcz ekspresowa ścieżka, ponieważ państwa te są traktowane przez Brukselę bardzo priorytetowo (w wariancie optymistycznym mogłyby przystąpić do Unii nawet w 2030 r.). Wraz z nimi eurokraci zamierzają bowiem dokonać istotnej modyfikacji podstawowych celów istnienia wspólnoty.

Komentując historyczny moment rozpoczęcia negocjacji akcesyjnych z dwoma państwami wschodnioeuropejskimi, przewodniczący Rady
Europejskiej, Antonio Costa stwierdził z zadowoleniem, że „unijna oferta pokoju, stabilności i możliwości nie ma sobie równych”. Słowa te zabrzmiały bardzo patetycznie, ponieważ podstawowe problemy Unii Europejskiej wiążą się właśnie z poważnymi trudnościami we wspomnianych obszarach. Unia Europejska cieszy się wprawdzie pokojem, ale gwarantem jej bezpieczeństwa pozostaje mocarstwo zza oceanu. Z kolei zachwalanie wspólnoty 27 państw jako oazy stabilności i wielkich możliwości nie wytrzymuje konfrontacji z faktami, które ukazują ją jako organizację międzynarodową zdolną w coraz mniejszym stopniu rywalizować z największymi światowymi potęgami z innych kontynentów.

Jest całkowicie zrozumiałe to, że biedne i słabsze państwa ze Starego Kontynentu lgną do Unii Europejskiej, ponieważ w Europie nie ma w zasadzie dla niej alternatywy, a pozostając od wielu dekad w orbicie silnych wpływów rosyjskich, społeczeństwa Ukrainy czy Mołdawii chcą po prostu znaleźć się w bardziej doborowym towarzystwie. Tym bardziej, że ich bezpośredni sąsiedzi z zachodu, czyli Polska i Rumunia, zdają się pokazywać nieustannie, jak wiele można na tym zyskać.


30 Years in Poland: Why Investors Keep Coming


Przymknięte oczy na korupcję

Obecna Unia Europejska już dawno przestała być elitarnym klubem, do którego zdawał się nawiązywać Antonio Costa. Gdy negocjacje akcesyjne rozpoczynała Polska i inne kraje regionu przyjęte do wspólnoty przed dwiema dekadami, teza o „unijnej ofercie możliwości” z pewnością się jeszcze broniła. Obecnie Unia Europejska jest już w sposób jawny projektem federalnego państwa, które daje wyraźnie do zrozumienia, że interesuje je przede wszystkim władza, a dopiero w dalszej kolejności spełnianie wysokich standardów i wymogów.

Najlepiej świadczy o tym fakt, że negocjacje rozpoczęto z takim krajem jak Ukraina, która pozostaje jednym z najbardziej skorumpowanych państw w Europie i we wszelkich możliwych rankingach gorzej od niej spisują się tylko Białoruś, Rosja czy też Turcja. Skandale korupcyjne przyjmują nad Dnieprem skalę niespotykaną w krajach Unii, o czym świadczył chociażby ten ujawniony w listopadzie ubiegłego roku, w który zamieszane były nawet osoby z bliskiego otoczenia prezydenta Zełenskiego.

Bruksela jest skłonna przymknąć oko na nieprawidłowości, ponieważ zależy jej przede wszystkim na utrzymaniu trwałego pretekstu do wzmacniania swoich zdolności militarnych poprzez obecność dwóch nowych państw członkowskich położonych na wschodniej flance. Eurokraci chcą brać coraz większą odpowiedzialność za bezpieczeństwo w regionie, a najważniejszym instrumentem służącym osiągnięciu tego celu ma być wspólne zadłużenie. Dzięki euroobligacjom Bruksela zamierza docelowo wyjść z cienia Stanów Zjednoczonych, emitować dług w znacznych ilościach i tym samym sfinansować wszystkie swoje marzenia: zarówno o sile militarnej, jak i gospodarczej.

Nowi członkowie jako pretekst

Ukraina i Mołdawia, które same w sobie pozostaną jeszcze wiele dekad krajami zubożałymi i skorumpowanymi, potrzebne są więc Brukseli jako pretekst do zwiększania puli wspólnego długu, ale także do zwiększania zdolności militarnych europejskiego superpaństwa. Można zatem domniemywać, że w przeciwieństwie do Macedonii Północnej czy też Czarnogóry, Bruksela znajdzie dla Kijowa i Kiszyniowa ekspresową ścieżkę rozmów, byle tylko sfinalizować swój plan w sprzyjających wciąż okolicznościach politycznych. Nie jest wszak tajemnicą, że przywódcy unijni już od dłuższego czasu celowo torpedują amerykańskie wysiłki na rzecz zakończenia wojny, ponieważ w swoich wysiłkach na rzecz niesienia pomocy zaatakowanej Ukrainie znajdują doskonały pretekst dla kolejnych uzurpacji władzy względem państw członkowskich wspólnoty. Taki właśnie był przecież cel unijnej pożyczki dla Ukrainy o wartości 90 mld euro z początku br.

Ukraina i Mołdawia powiększą liczbę ludności Unii Europejskiej ok. 42 mln osób, co z pewnością zaradzi nieco brakom na rynku pracy w bogatszych krajach. Potencjalni nowi członkowie reprezentują jednak znikomą siłę polityczną, co może przełożyć się na jeszcze dalej idącą marginalizację interesów Polski. Jako kraje mające po swojej stronie bardzo niewiele ekonomicznych argumentów, będą wnosiły do wspólnoty tę samą uległość, którą reprezentują choćby kraje bałtyckie. Dodatkowo, co pokazały brutalnie ostatnie cztery lata, Ukraina będzie nader skłonna do zawierania porozumień z Niemcami z pominięciem Polski lub wręcz otwarcie na jej szkodę, co będzie miało bardzo szkodliwe skutki m.in. w obszarze rolnictwa czy transportu.

Z dzisiejszej perspektywy przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej wydaje się wciąż bardzo abstrakcyjne, ponieważ na jej terytorium trwa wojna. Z punktu widzenia eurokratów najważniejszy krok został jednak wykonany, ponieważ długo wyczekiwany moment rozpoczęcia rozmów miał już miejsce. Jeszcze do niedawna było to nieosiągalne za sprawą Wiktora Orbana, który konsekwentnie twierdził, iż przyjmowanie Ukrainy do UE oznaczałoby jednocześnie „wprowadzenie wojny” do wspólnoty. Wobec zmiany rządu na Węgrzech węgierska blokada została jednak usunięta i dlatego Ursula von der Leyen ogłosiła triumfalnie „wykonanie dużego kroku naprzód”.

Dla Polski otwarcie błyskawicznej ścieżki akcesyjnej dla Ukrainy i Mołdawii stwarza szereg wyzwań, czy wręcz poważnych niebezpieczeństw. Dotyczy to w szczególności zmiany mechanizmu podejmowania decyzji w UE, do której po porażce Wiktora Orbana wezwała Ursula von der Leyen. Eurokraci bardzo mocno liczą na to, że przy niemal 30 członkach wprowadzenie głosowania większościowego stanie się już tylko formalnością. Już teraz, przy 27 państwach tworzących wspólnotę, ustalanie jednomyślnego stanowiska jest nierzadko praktycznie niemożliwe. Ukraina i Mołdawia dostarczą tym samym idealnego pretekstu do likwidacji zasady, która do tej pory stanowiła główną blokadę chroniącą UE przed pełną federalizacją i centralizacją władzy.

Podobne wpisy