|

Unia już nie jest sexy?

UE trapią dziś rozliczne problemy – z czego większość na własne życzenie. Pogrążona jest w permanentnym gospodarczym marazmie, politycznym bezwładzie, szaleństwa polityki klimatycznej doprowadziły do utraty konkurencyjności, niekontrolowana imigracja uderza w podstawy bezpieczeństwa publicznego i generuje społeczne napięcia, a forsowany przez brukselskie centrum federalistyczny kierunek zagraża suwerenności krajów członkowskich.

29 sierpnia Islandczycy odrzucili w referendum możliwość wznowienia negocjacji w sprawie przystąpienia ich kraju do Unii Europejskiej. Stosunek głosów wyniósł 52,8 do 47,2 proc. przy frekwencji wynoszącej 82,5 proc. – co także ma swoje znaczenie dla wagi i reprezentatywności dokonanego wyboru. Wynik referendum oznacza, iż kwestia wznowienia negocjacji akcesyjnych zostanie zamrożona co najmniej do 2028 r., czyli do końca kadencji obecnego parlamentu i rządu. Prócz samego wyniku i frekwencji, uwagę zwraca również kilka innych rzeczy. Po pierwsze, wynik referendum stoi w dość rażącej sprzeczności z sondażami, które wskazywały na przewagę zwolenników rozmów z UE. Przykładowo, badanie Maskiny z 13 sierpnia dawało przewagę 52,2 do 47,8 proc. zwolennikom Unii, a sondaż Gallupa z 14 sierpnia pokazywał stosunek głosów 51,5 do 48,5 proc. na korzyść chcących zagłosować na „tak”. Tymczasem, jak widzimy, ostateczne wyniki były niemal dokładnie odwrotne, co rodzi pytanie o rzetelność i polityczne zaangażowanie sondażowni, które najwyraźniej w kluczowych momentach, podobnie zresztą jak u nas, porzucają rolę barometru opinii publicznej na rzecz funkcji perswazyjno-propagandowej. Pozostaje otwarte pytanie, czy były tu również zaangażowane unijne pieniądze – szczerze mówiąc, zdziwiłbym się, gdyby Bruksela nie usiłowała ingerować w tak istotne głosowanie za pomocą opłacanych przez siebie NGO-sów, liderów opinii czy wywierając presję na wielkie platformy społecznościowe, by te w ramach moderacji wyciszały głosy eurosceptyczne, promując zarazem stanowisko euroentuzjastów. Jak to wygląda w praktyce, opisywałem przed tygodniem przy okazji omawiania raportu „The EU’s Propaganda Machine” włoskiego dziennikarza Thomasa Faziego.

Druga kwestia – Islandczycy najwyraźniej wciąż mają w pamięci poprzednie negocjacje z lat 2009-2013, kiedy to Bruksela usiłowała m.in. wymóc na Islandii drakońskie obostrzenia w sektorze rybołówstwa i przetwórstwa rybnego, które w konsekwencji doprowadziłyby do utraty kontroli nad własnymi zasobami morskimi i likwidacji branży generującej 15 proc. PKB oraz 40 proc. eksportu. Żyjący z połowów, hodowli i przetwarzania produktów rybnych pracownicy i właściciele firm z pewnością nie byli taką perspektywą zachwyceni.

Wreszcie trzecia sprawa – Islandczycy mieli wszelkie podstawy, by zadać sobie pytanie: właściwie do czego potrzebna jest nam Unia Europejska? Należymy do Europejskiego Obszaru Gospodarczego i strefy Schengen, a więc mamy dostęp do wspólnego rynku i możliwości swobodnego podróżowania – czyli w zasadzie do jedynych dobrych rzeczy, jakie Unia ma dziś jeszcze do zaoferowania – a bezpieczeństwo zapewnia nam członkostwo w NATO. Z tytułu przynależności do EOG musimy wprawdzie łożyć na tzw. fundusze norweskie, ale per saldo nam się to opłaca. Po co więc nam unijna polityczna i biurokratyczna „czapa” z milionami często absurdalnych regulacji i brukselskie uroszczenia do ingerowania w niemal wszystkie dziedziny życia, podszyte jakimiś ideologicznymi szajbami?


Ceny energii duszą polskie firmy! | L. Skiba wymienia, co trzeba zrobić natychmiast!


Podobnie rzecz się ma z Norwegią – również pozostającą w EOG, Schengen i NATO, ale poza strukturami UE – z tą różnicą, że ta nawet nie zamierza rozpoczynać rozmów o ewentualnym członkostwie. Norwegowie referenda akcesyjne organizowali dwukrotnie – w 1972 i 1994 r., każdorazowo opowiadając się przeciw integracji z UE i jej poprzedniczką EWG. Sierpniowy sondaż pokazał, że przeciw akcesji do Unii Europejskiej opowiada się 49 proc. Norwegów, natomiast „za” jest jedynie 37 proc. – i można się domyślać, że z dokładnie tych samych powodów, co Islandczycy: ekonomicznych i suwerennościowych. Do tego najwięcej eurosceptyków jest wśród ludzi młodych, toteż trudno się spodziewać, by nastawienie Norwegów zmieniło się w przewidywalnej przyszłości.

Podsumowując, Unia Europejska przestała być „sexy”. O ile kiedyś kojarzyła się z porządkiem, sukcesami gospodarczymi i dobrobytem, to obecnie skojarzenia są wręcz przeciwne. UE trapią dziś rozliczne problemy – z czego większość na własne życzenie. Pogrążona jest w permanentnym gospodarczym marazmie, politycznym bezwładzie, szaleństwa polityki klimatycznej doprowadziły do utraty konkurencyjności, niekontrolowana imigracja uderza w podstawy bezpieczeństwa publicznego i generuje społeczne napięcia, a forsowany przez brukselskie centrum federalistyczny kierunek zagraża suwerenności krajów członkowskich. Innymi słowy, przystąpienie do UE takim państwom jak Islandia czy Norwegia niczego nie załatwia, więcej – jest przepisem na wygenerowanie nowych problemów. W tej chwili UE może być atrakcyjnym kierunkiem jedynie dla państw bałkańskich czy Mołdawii – ale raczej ze względu na potrzebę zaspokojenia poczucia bezpieczeństwa, jakie daje zakorzenienie w europejskich strukturach. Trudno więc dziwić się wyborowi Islandii – no chyba, że siły proeuropejskie postanowią zastosować wypróbowaną metodę i tak długo będą męczyły Islandczyków wciąż ponawianymi referendami, aż ci w końcu zagłosują „jak trzeba”.

Podobne wpisy