|

Skok na NBP

Zamach na bank centralny oznacza niemal na pewno gwałtowną reakcję rynków finansowych. Najbardziej bowiem nie lubią one destabilizacji i niepewności – a właśnie takie będą konsekwencje rządowych poczynań. Rentowność obligacji poszybuje pod niebo, a wraz z nią koszty obsługi zadłużenia. Złotówka z kolei poleci na łeb, bo w odbiorze rynków przestanie być stabilną, obliczalną walutą, co dodatkowo narazi ją na ataki spekulacyjne.

Wniosek o postawienie prezesa NBP Adama Glapińskiego przed Trybunałem Stanu, to bodaj najbardziej destrukcyjny z dotychczasowych pomysłów rządu, a trzeba powiedzieć, że od dłuższego czasu ten rząd w destrukcyjnych pomysłach ściga się już tylko sam ze sobą. Formalnie oczywiście z takim wnioskiem wystąpiła sejmowa Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej, lecz chyba nikt nie ma wątpliwości czyje zlecenie wykonują zasiadający w niej posłowie rządzącej koalicji. Postawienie Glapińskiego przed Trybunałem Stanu było jednym ze „100 konkretów” obiecywanych w kampanii wyborczej w 2023 r., a sam Donald Tusk snuł wizje wyprowadzenia prezesa NBP z gabinetu przez „silnych ludzi” – jak można się domyślać, w sposób który znamy z siłowego przejęcia TVP. Ten scenariusz jednak nie wypalił, gdyż jeszcze w grudniu 2023 r. za Adamem Glapińskim ujęli się w specjalnych listach „wszyscy święci” międzynarodowych finansów, w tym sama Christine Lagarde – prezes EBC i była szefowa MFW oraz prezesi innych banków centralnych. Dla wszystkich bowiem było jasne, że pogwałcenie niezależności NBP stanowiłoby nie tylko niebezpieczny precedens instytucjonalny, lecz również wywołałoby perturbacje na rynkach finansowych – a takie kwestie, jak stabilność finansowa, gospodarcza i monetarna, której jednym z gwarantów jest niezależna od zachcianek rządzących pozycja banków centralnych, to są zbyt poważne sprawy, by wystawiać je na taki hazard.

Donald Tusk postanowił więc dopiąć swego metodą okrężną – i to na dwa sposoby. Pierwszy, to wspomniane postawienie Adama Glapińskiego przed Trybunałem Stanu, co automatycznie poskutkowałoby zawieszeniem go w czynnościach prezesa NBP. Uchwałę taką Sejm podejmuje bezwzględną większością głosów – problem w tym, że przepis ten zakwestionował w styczniu 2024 r. Trybunał Konstytucyjny, uznając, że do zawieszenia w czynnościach postawionego przed TS prezesa NBP niezbędna jest większość 2/3 głosów, a takowej rządząca koalicja nie ma. Trybunał mógłby więc uznać, że do zawieszenia nie doszło. Druga rzecz: przewodniczącym Trybunału Stanu jest z urzędu pierwszy prezes Sądu Najwyższego – obecnie jest nim Zbigniew Kapiński… nieuznawany przez rząd, jako tzw. neosędzia. Kto więc miałby Glapińskiego sądzić? „Nieprawidłowo” obsadzony Trybunał na mocy niekonstytucyjnego przepisu? Proszę mi wybaczyć, ale nie czuję się na siłach, by rozplątywać ten prawniczy węzeł gordyjski. Jedno jest pewne – mielibyśmy gigantyczną polityczną awanturę, skutkującą paraliżem NBP.


Sztuczna inteligencja w podatkach: pomoc czy niebezpieczna pułapka?


Drugi „sposób na Glapińskiego” to konsekwentna obstrukcja stosowana przez Donalda Tuska przy obsadzie wakatów w zarządzie NBP. Ustawowo liczy on sobie od 6 do 8 członków. W tej chwili w zarządzie zasiada sześć osób, pozostałej dwójce wygasły bowiem kadencje, a premier Tusk pozostawił bez wymaganej kontrasygnaty przedstawione mu kandydatury następców. Co gorsza, w listopadzie wygasa kadencja Adama Lipińskiego, zarząd straci więc kworum. Na to właśnie liczy Tusk, który – jak twierdzą wtajemniczeni – będzie chciał objąć NBP zarządem komisarycznym, wprowadzając tam swoich ludzi. Taki ruch nie ma wprawdzie żadnej podstawy ustawowej, ale nasza polityka w ostatnich latach nie takie rzeczy już widziała.

Zarzutów wobec Glapińskiego jest kilka, lecz większość z nich to demagogiczny bełkot w rodzaju „upolitycznienia” NBP czy braku skuteczności w walce z „drożyzną”. Tak naprawdę kluczowy jest jeden punkt: pośrednie finansowanie deficytu budżetowego w latach 2020-2021 poprzez skupowanie z rynku wtórnego papierów wartościowych państwowych instytucji. Sęk w tym, że Glapiński robił dokładnie to samo, co robiło wtedy pół świata, z USA i Europą na czele. To „luzowanie ilościowe” zwane też „niekonwencjonalną polityką monetarną” miało na celu złagodzenie skutków kryzysu pandemicznego – poza tym, NBP ma prawo skupować z rynku papiery wartościowe, tak więc i tu podstawa prawna zarzutu jest co najmniej wątpliwa. Mówimy przy tym o prezesie NBP mającym na swoim koncie szereg sukcesów, na czele z bezprecedensowym powiększeniem polskich rezerw dewizowych, w szczególności złota, którego mamy obecnie 694 tony, co plasuje nas w pierwszej światowej dziesiątce. Zresztą, biorąc pod uwagę dramatyczny stan finansów publicznych i przyrastające w lawinowym tempie zadłużenie, kto wie czy położenie ręki właśnie na tych rezerwach nie jest głównym powodem rządowego „skoku na NBP”.

Skutki mogą być jednak dramatyczne. Zamach na bank centralny oznacza niemal na pewno gwałtowną reakcję rynków finansowych. Najbardziej bowiem nie lubią one destabilizacji i niepewności – a właśnie takie będą konsekwencje rządowych poczynań. Rentowność obligacji poszybuje pod niebo, a wraz z nią koszty obsługi zadłużenia. Złotówka z kolei poleci na łeb, bo w odbiorze rynków przestanie być stabilną, obliczalną walutą, co dodatkowo narazi ją na ataki spekulacyjne. Szykuje się więc totalna demolka. Atakując NBP rząd bawi się zapałkami i możemy się tylko modlić, by nie wywołał pożaru w którym wszyscy spłoniemy.

Podobne wpisy