Podatkowa wojna Sejmu z Senatem Czy wyższa izba sprowadzi niższą izbę na ziemię
Sejm uchwalił zapowiadaną przez rząd podwyżkę progów podatkowych, która ma odciążyć miliony Polaków. W gratisie dorzucił ich automatyczną waloryzację. Przy okazji wykreślił jedno z głównych źródeł finansowania reformy – a przy obecnej sytuacji budżetowej koszt będzie znaczny.

W ubiegły czwartek Sejm uchwalił jedną z najważniejszych reform podatkowych ostatnich lat. Zgodnie z rządowymi zapowiedziami jej głównym elementem jest podniesienie pierwszego progu PIT ze 120 do 130 tys. zł i wprowadzenie pośredniej stawki 24 proc. dla dochodów między 130 a 150 tys. zł. Dotychczasowy drugi próg (32 proc.) obowiązywać będzie dopiero powyżej tych 150 tys. zł. Na zmianach ma skorzystać około 3,5 mln podatników, którzy mogą zaoszczędzić nawet 3600 zł rocznie.
Koszt tej zmiany dla sektora finansów publicznych to ponad 9 mld zł. Przy obecnej sytuacji budżetowej rząd stara się oglądać każdą złotówkę dwa razy – dlatego zmiany na skali miała zrównoważyć podwyżka CIT-u dla dużych firm (z 19 do 22 proc.) i podniesienie daniny solidarnościowej (z 4 do 5 proc.). Oprócz tego rząd proponował ośmiokrotne zmniejszenie limitu przychodów uprawniającego do korzystania z ryczałtu (z 2 mln do 250 tys. euro) i dodatkową 17-proc. stawkę dla przychodów przekraczających 300 tys. euro. To miało doprowadzić do tego, że reforma wyjdzie finansowo dla państwa na plus – ponad 2,5 mld zł w następnym roku. Łącznie ok. 50,7 mld zł w ciągu następnych 10 lat.
Sejm zgodził się na zmiany w daninie solidarnościowej i ryczałcie. Ale największe zamieszanie wywołały dwie poprawki przyjęte wbrew stanowisku rządu. Pierwsza usunęła z projektu podwyżkę CIT. Druga wprowadziła coroczną waloryzację progów PIT o inflację, począwszy od 2028 r.
Państwo od lat zarabiało na inflacji
Samo podniesienie progów podatkowych już było mocno spóźnione. Obowiązujący próg 120 tys. zł wprowadzono w 2022 r. Od tego czasu pozostał niezmieniony, pomimo inflacji i wzrostu wynagrodzeń.
Takie zjawisko nazywa się zimną progresją, czyli fiscal drag. Wraz ze wzrostem nominalnych wynagrodzeń coraz więcej podatników wpada w ustalony przed laty próg podatkowy. W rezultacie państwo może pobierać coraz większe podatki bez formalnych podwyżek – w ostatnich latach zamrożenie skali podatkowej przynosiło państwu ok. 14 mld zł dodatkowych dochodów rocznie.
Gdyby pierwszy próg PIT był od 2022 r. corocznie waloryzowany wyłącznie o inflację, w 2027 r. wynosiłby około 151 tys. zł. Tymczasem rząd chwali się podniesieniem go ze 120 do zaledwie 130 tys. zł. Planowana podwyżka progu nie rekompensuje zatem nawet wzrostu cen z ostatnich pięciu lat, nie mówiąc już o znacznie większym wzroście wynagrodzeń.
No właśnie – to nie jest tak, że proponowany mechanizm całkowicie rozwiązuje problem zimnej progresji. Płace od dłuższego czasu rosną w Polsce dużo szybciej niż ceny. Według danych GUS przeciętne miesięczne wynagrodzenie wynosiło w 2022 r. 6346 zł. Zgodnie z prognozą zawartą w projekcie budżetu na 2027 r. ma ono wzrosnąć do 10 033 zł, czyli aż o 58,1 proc. – inflacja tymczasem wzrosła ponad dwukrotnie mniej, bo o ok. 26 proc.
Indeksowanie progów inflacją to nie jest jedyny możliwy model. Przykładowo w Czechach progi powiązane są z przeciętnym wynagrodzeniem. Sejm świadomie pozostawił więc możliwość zwiększania progresji podatkowej wraz z realnym wzrostem płac, ograniczając jedynie jej wzrost wynikający z inflacji – rząd nie został kompletnie pozbawiony swojego „zimnego” źródełka dochodów.
Reforma miała się finansować. Teraz już nie będzie
Pierwotny plan Ministerstwa Finansów opierał się na stosunkowo prostej konstrukcji: obniżamy PIT, ale jednocześnie zwiększamy obciążenia największych przedsiębiorstw i części osób prowadzących działalność gospodarczą.
Po usunięciu podwyżki CIT rachunek wygląda zupełnie inaczej. Przy zachowaniu pozostałych rządowych założeń zamiast dodatniego salda otrzymujemy około 3,6 mld zł kosztów reformy już w 2027 r.
A to dopiero początek. Waloryzacja progów PIT zaczęłaby przynosić skutki od 2028 r. Według wyliczeń MF oznaczałaby dodatkowy ubytek dochodów wynoszący około 4,1 mld zł w 2028 r., 8,9 mld zł w 2029 r. i 13,8 mld zł w 2030 r.
Zresztą, nie jest wcale pewne, czy ustawodawca (świadomie lub nieświadomie) nie poddał waloryzacji… kwoty wolnej od podatku.
Dlaczego? W ustawie napisano, że kwoty określone w skali podatkowej podlegają corocznie waloryzacji. Tymczasem zgodnie z art. 27 ust. 1c ustawy o PIT kwota zmniejszająca podatek (determinująca kwotę wolną) jest określona w pierwszym przedziale skali podatkowej. A pierwszy przedział skali podatkowej to część… skali podatkowej. Jeśli jakaś kwota jest więc określona w elemencie skali, to tym bardziej jest określona w tej skali. Dlatego też istnieją poważne argumenty za tym, że kwota zmniejszająca podatek również co roku powinna być waloryzowana.
Ukraine and the Middle East: One Global Conflict? Jacob Wirtschafter Explains
Oczywiście, to jeszcze nie weszło w życie, a nawet jakby weszło, to trzeba byłoby poczekać na interpretacje ze strony organów podatkowych i sądów administracyjnych. Ale taka interpretacja kosztowałaby państwo dużo więcej – waloryzację kwoty wolnej odczuliby wszyscy. Przykładowo, obiecane w stu konkretach podwojenie kwoty wolnej kosztowałoby ok. 60 mld zł rocznie.
Sejmowa większość, której rząd się nie spodziewał
Cała sprawa ma również interesujący wymiar polityczny. Poprawki nie zostały przegłosowane przez koalicję rządzącą.
Poprawka o waloryzacji progów została przegłosowana 217 do 200, przede wszystkim głosami posłów PiS, Rozwoju Plus i Konfederacji, ale także części polityków Centrum i PSL oraz Razem. Większość KO, Lewica i Polska 2050 głosowały przeciw.
Podobnie było z rezygnacją z podwyżki CIT. Poprawka przeszła stosunkiem 220 do 214 głosów. Poparli ją między innymi posłowie PiS, Rozwoju Plus i Konfederacji oraz aż 17 posłów PSL.
Oznacza to, że większość parlamentarna popierająca rząd nie zdołała utrzymać jego projektu w pierwotnym kształcie.
Sprawa nie jest jednak jeszcze przesądzona. Już 26 października senacka Komisja Budżetu i Finansów Publicznych przyjęła poprawki zmierzające do wykreślenia waloryzacji progów i przywrócenia podwyżki CIT. Zaproponowała też rezygnację z dodatkowej, 17-proc. stawki ryczałtu.
Na dzień pisania tekstu cały Senat, gdzie większość mają przedstawiciele KO i Lewicy, przeciwnych wobec kształtu przyjętej ustawy przez Sejm, poprawek komisji jeszcze nie rozpatrzył.
Ale jeśli to zrobi, to pojawia się dodatkowa komplikacja. Do odrzucenia poprawek Senatu potrzeba bezwzględnej większości głosów. Przy pełnej obecności Sejmu oznacza to co najmniej 231 głosów. Tymczasem czwartkowe poprawki uzyskały odpowiednio 217 i 220 głosów. Ich zwolennicy musieliby więc ponownie się porozumieć, a wynik zależałby także od frekwencji.
Nie można zatem przesądzić, że Senat przywróci reformie pierwotny kształt, ani że Sejm skutecznie utrzyma własne poprawki.
Kto ma rację?
Paradoks polega na tym, że obie izby mają trochę racji. Sejm postanowił wreszcie ograniczyć ciche podnoszenie podatków przez inflację i usunął podwyżkę CITu, która była problematyczna pod względem konstrukcji. Jednocześnie zrezygnował z miliardów, które miały sfinansować reformę.
Senat może z kolei przywrócić jej finansową równowagę, ale między innymi za cenę utrzymania mechanizmu, na którym państwo od lat zarabiało kosztem podatników.
Czy zatem wyższa izba sprowadzi niższą na ziemię? Być może. Tylko że największy problem leży gdzie indziej – w budżecie, w którym na kolejne ulgi coraz trudniej znaleźć pieniądze, a na podwyżki podatków polityczną zgodę.