|

Regulacje – tak! Wypaczenie – nie!

Czym dla krajów demokracji ludowej były nienaruszalne pryncypia ustrojowe, tym dla państw unijnych taką nienaruszalną zasadą zdaje się być bezkompromisowa walka z emisjami CO2. I dopiero, gdy system zaczął się sypać, okazało się, że możliwe jest to, co wydawało się niemożliwe: życie bez socjalizmu i sojuszu. Czy podobnie będzie i w tym wypadku?

dr Robert Kościelny

Dr Anu Bradford jest profesorem prawa na Uniwersytecie Columbia, specjalizującą się w uprawnieniach regulacyjnych Unii Europejskiej, która stworzyła termin „efekt brukselski”. W sierpniu 2021 r. strona internetowa francuskiej Grupy Studiów Strategicznych (GEG), uważanej za jeden z wiodących europejskich think tanków, opublikowała wywiad z dr Bradford. Na pytanie, czym według niej jest „efekt brukselski”, uczona odpowiada:

„Mówiąc »efekt brukselski«, mam na myśli zdolność UE do regulowania rynków globalnych poprzez wyznaczanie standardów w polityce konkurencji, ochronie środowiska, bezpieczeństwie żywności, ochronie prywatności czy regulacji mowy nienawiści w mediach społecznościowych”.

Każdy, kto chce podejmować działalność gospodarczą na terenie Unii, bądź z nią współpracować, musi dostosować swoje postępowanie i produkcję do rygorystycznych standardów UE.

Eksperci nie są zgodni

Anu Bradford w potędze regulacyjnej Unii widzi same plusy. Czyżby wreszcie udało się pogodzić porządek wprowadzany szczegółowymi przepisami z anarchią wolnego rynku? Jeśli tak, to można by zapewne mówić nie tylko o efekcie brukselskim, ale wręcz o „cudzie brukselskim”. Jednak optymizm amerykańskiej teoretyczki studzą europejskie „praktyczki” i praktycy. Przysłuchajmy się niektórym z nich.

W lutym 2024 r. Matthias Bauer i pani Dyuti Pandya, pracownicy Europejskiego Centrum Międzynarodowej Ekonomii Politycznej (ECIPE), think tanku zajmującego się badaniami nad polityką, opublikowali materiał, w którym zwracają uwagę na to, że „efekt brukselski” przyczynia się do wzrostu protekcjonizmu gospodarczego oraz pobudza na świecie „spiralę regulacyjną”. A to poważnie szkodzi samej Unii, która rozwija się dzięki liberalizacji handlu.

Z kolei pani Clara Weinhardt, adiunkt stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie w Maastricht i Ferdi de Ville, profesor europejskiej ekonomii politycznej na Uniwersytecie w Gandawie, współpracownicy innego think tanku – ECDPM – w artykule z początku tego roku nie zgodzili się z opinią, którą wyraziła uczona z Uniwersytetu Columbia, że „UE nie musi nikomu narzucać swoich standardów siłą – same prawa rynkowe wystarczą”.

Weinhardt i de Ville zauważyli, że w ostatnich latach UE coraz częściej przemawia z pozycji siły ekonomicznej. Chcąc realizować cele swojej polityki zagranicznej (i ideologicznej), bezpieczeństwa i zrównoważonego rozwoju, uzależnia współpracę z innymi krajami – zwłaszcza słabszymi politycznie i gospodarczo – od przyjęcia przez nie całego, obfitego pakietu regulacji.

Warunki stawiane krajom rozwijającym się w zakresie obniżenia emisji dwutlenku węgla sprawiają, że mając olbrzymie zasoby źródeł energii nieodnawialnej (węgiel, ropa, gaz), nie mogą one z nich korzystać, jeśli chcą współpracować z Unią. A jeśli z nich korzystają, produkty wytwarzane przy ich pomocy obłożone są wysokimi cłami.

Przykładem jest Mozambik, który w wyniku tzw. ceł węglowych (CBAM) ryzykuje utratę znacznej części dochodów z eksportu aluminium – około jednej piątej całkowitego eksportu.

Poza tym, jak zauważają Clara Weinhardt i Ferdi de Ville, nacisk na stosowanie regulacji sprzyjających zrównoważonemu rozwojowi (zielony ład) idzie w parze z odsuwaniem celów innowacyjnych i przeobrażeń technologiczno-gospodarczych Unii na dalszy plan.

Aslak Berg, pracownik naukowy w Centrum Reform Europejskich, pisze: „Efekt brukselski zależy od tego, czy UE jest dużym i niezbędnym rynkiem, który uzasadnia ekonomiczne koszty przestrzegania jej przepisów”. Analityk stwierdza, że „bez silnej pozycji w światowej gospodarce i handlu międzynarodowym regulacje unijne ryzykują przekształcenie się w samozniszczalne mechanizmy protekcjonistyczne, które jedynie osłabiają atrakcyjność UE jako partnera handlowego, nie osiągając jednocześnie deklarowanych celów”.

Unia już i tak zmniejszyła swój wpływ gospodarczy. Obecne kraje UE generują 16,5 proc. globalnego PKB, a po uwzględnieniu Wielkiej Brytanii i EFTA – 21 proc. Jest to znaczący odsetek, ale jednak o wiele niższy niż w 1960 r., kiedy to wskaźniki wynosiły 28 proc. dla UE i 38 proc. z uwzględnieniem Wielkiej Brytanii i EFTA.

Przytoczone uwagi pochodzą od instytucji i osób nienależących do eurosceptyków ani nawet eurorealistów. Są to głosy pochodzące z unijnego mainstreamu. I sprowadzają się do próby odpowiedzi na pytanie, jak utrzymać „efekt brukselski”, czyli dominację regulacji unijnych w świecie, przy słabnącej pozycji ekonomicznej Unii, co z kolei jest skutkiem zbyt dużych regulacji przez nią stosowanych – tak u siebie, jak i u innych. Podkreślmy: nadmiar regulacji krępuje innowacyjność w samej Unii (Weinhardt, de Ville).

Nadmierne regulacje

Czerwcowy „Finance and Development”, magazyn wydawany przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, choć urzędowo optymistyczny względem perspektyw rozwoju gospodarczego UE, też zawiera spostrzeżenia o nadmiernej regulacji. Alessandro Merli zapewnia wprawdzie w swym artykule, że „europejscy nowatorzy się budzą”. I nawet stwierdza, że „sukcesy w dziedzinie innowacji na kontynencie i odnowione poczucie celu przeciwstawiają się krytyce nadmiernej regulacji”. Jednak nawet i on musi przyznać, że taka krytyka istnieje i że powiedzenie, iż Amerykę znamionują innowacje, Chiny – replikacje, a Europę – regulacje, nie jest tak do końca niesłuszne.

„Dowodem na to, że Unia Europejska nadmiernie rozszerza swoje regulacje, jest obecnie niesławna ustawa o sztucznej inteligencji, która reguluje kwestie związane ze sztuczną inteligencją, mimo że w regionie nie pojawił się jeszcze ani jeden znaczący gracz”.

Produktywność w amerykańskich firmach technologicznych wzrosła o prawie 40 proc. od 2005 r., podczas gdy w firmach europejskich utrzymuje się na tym samym poziomie. Udział amerykańskich wydatków na badania i rozwój w sprzedaży jest ponad dwukrotnie wyższy niż w Europie. Żadna europejska firma nie znalazła się w pierwszej dziesiątce największych firm technologicznych pod względem udziału w rynku – przyznaje Merli.

Mocnym dowodem na to, że nawet „euroentuzjaści” widzą, iż zielona ideologia (bo rzecz się do tego sprowadza) coraz wyraźniej popada w konflikt z rozwojem gospodarczym i technologicznym Europy, jest opinia Europejskiej Partii Ludowej (EPL), politycznej siły dominującej w europarlamencie.

W jednym z dokumentów EPL czytamy: „Od początku tego stulecia wzrost gospodarczy w Europie spadł w porównaniu z innymi regionami świata”. Istotnym czynnikiem powodującym, że gospodarka europejska słabnie, jest nakładanie na przedsiębiorstwa unijne obciążeń regulacyjnych, które są szczególnie kosztowne dla małych i średnich przedsiębiorstw [MŚP] i szkodliwe dla sektora cyfrowego.

„Ponad połowa MŚP w Europie wskazuje przeszkody regulacyjne i obciążenia administracyjne jako swoje największe wyzwanie. Opowiadamy się za znacznym ograniczeniem biurokracji i regulacji, a także rygorystycznego wdrożenia zasady >jedno wchodzi, dwa wychodzą< – tzn. na każde nowe, uciążliwe rozporządzenie należy uchylić dwa stare, nadal obowiązujące rozporządzenia”.

Czym dla krajów demokracji ludowej były nienaruszalne pryncypia ustrojowe (socjalizm i sojusz ze ZSRR), tym dla państw unijnych taką nienaruszalną zasadą zdaje się być zrównoważony rozwój, czyli nieugięta, bezkompromisowa walka z emisjami CO2. I dopiero, gdy w wyniku coraz bardziej nieznośnego ciężaru owych pryncypiów system zaczął się sypać, okazało się, że możliwe jest to, co wydawało się niemożliwe: życie bez socjalizmu i sojuszu.

Czy podobnie będzie i w tym wypadku? Czy z dnia na dzień decydenci nie dojdą do wniosku, że można żyć bez regulacji? A nawet bez zielonego ładu? Czy Europa uwolni się z ideologicznego uścisku, który wprawdzie zmienił kolor, ale jego efekty zawsze będą takie same?

Podobne wpisy