||

Nadmierny optymizm fiskalny kosztuje

W życie wszedł pakiet CPN. To ulga dla kierowców, ale zła wiadomość dla budżetu.

Ledwo tydzień temu pisałem o nadmiernym optymizmie fiskalnym rządu. O tym, że w ostatnich trzech latach uzyskane dochody podatkowe budżetu państwa były średnio o ok. 40 mld zł niższe od prognozowanych. O tym, że już pod koniec grudnia było wiadomo, że plany na 2026 rok się nie zepną. Pierwszym „sprawdzającym” rządowe założenia stał się kryzys na Bliskim Wschodzie.

Gospodarka rośnie, a deficyt… też rośnie

Rządowe szacunki na 2026 r. były optymistyczne – 3,5 proc. realnego wzrostu PKB. To więcej, niż prognozowały MFW, OECD, Bank Światowy i Komisja Europejska. Mimo że w projekcie ustawy budżetowej uwzględniono potencjalne ryzyka realizacji tego scenariusza, wydaje się, że nie brano ich do końca na poważnie. Rok 2026 to trzeci rok z kolei, w którym – pomimo znacznego wzrostu gospodarczego – deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych miał utrzymywać się na wysokim poziomie, przekraczającym ponad dwukrotnie unijne limity. Dotychczas było odwrotnie – deficyt rósł wraz ze spadkiem wzrostu gospodarczego i malał wraz z poprawą koniunktury.

Dlaczego to, co dzieje się teraz, jest niebezpieczne? Bo polityka fiskalna powinna być antycykliczna – wzrost gospodarczy powinien napędzać dochody budżetowe i generować bufor w przestrzeni fiskalnej na gorsze czasy. W momencie recesji czy kryzysu z jednej strony mogą spaść dochody budżetowe, a z drugiej wymagana będzie większa obecność państwa. Tak jak w latach 2020-2022, kiedy przekazano setki miliardów złotych w ramach tarcz antykryzysowych podczas walki z pandemią i kryzysem energetycznym.

Być może podobny kryzys czeka nas teraz. Jeśli przy wzroście gospodarki o 3,5 proc. przewidujemy aż 6,5 proc. PKB deficytu – czyli poziom zbliżony do pandemicznego szczytu, kiedy mieliśmy do czynienia z poważną recesją – to pojawia się pytanie: jak duży tegoroczny deficyt może być, jeśli recesja wystąpiłaby teraz?

Interwencja konieczna i kosztowna

Interwencja państwa wobec tego, co dzieje się w cieśninie Ormuz, jest konieczna. Mało co tak napędza inflację jak wzrost cen paliw – koszty transportu przekładają się na wyższe ceny pozostałych dóbr i usług. Ale niestety to kosztuje.

W uchwalonej 27 marca ustawie upoważniono Ministra Finansów do obniżki stawek akcyzy na paliwo do unijnego minimum. Wykorzystano również przepis dodany do ustawy o VAT w 2022 r., który umożliwia obniżkę – w drodze rozporządzenia – stawki podatku dla niektórych towarów i usług. W ten sposób zmniejszono VAT na paliwo z 23 proc. do 8 proc. Na jak długo? Nowelizacja akcyzy upoważnia do wprowadzenia obniżki do końca czerwca. Póki co Ministerstwo Finansów zdecydowało się na taki ruch do 15 kwietnia. Z kolei VAT obniżono do 30 kwietnia, choć – z punktu widzenia prawa krajowego – nie ma przeciwwskazań, aby ten okres przedłużyć.


POLSKA PŁACI ZA CUDZE WOJNY? DROŻYZNA ROŚNIE


Ile kosztuje tańsze paliwo?

Według rządowych szacunków obniżka akcyzy to ok. 700 mln zł miesięcznie, a obniżka VAT – ok. 900 mln zł miesięcznie. Jeśli zdecydowano by się na przedłużenie programu do końca czerwca, budżet straciłby niemal 5 mld zł.

Można powiedzieć, że VAT – z uwagi na swój „procentowy” charakter – w pewnym stopniu skompensuje tę obniżkę: niższa stawka będzie naliczana od wyższej ceny. Jednak po pierwsze, wzrost ten ma być ograniczany przez mechanizm regulowanej ceny (i słusznie). Po drugie, akcyza ma charakter kwotowy, czyli jest wyrażana w złotówkach na 1000 litrów. Cena nie ma tu więc znaczenia, a niższa akcyza oznacza jednocześnie niższą podstawę opodatkowania VAT.

Co jeśli kryzys potrwa dłużej?

Miejmy nadzieję, że kryzys szybko się zakończy, bo jeśli nie, to pojawia się pytanie: co dalej? Czy wówczas rząd znajdzie miejsce w budżecie na kosztowne mrożenie cen paliw (a może także energii i żywności) w celu ochrony przed inflacją i zapaścią gospodarczą? Czy konieczna będzie nowelizacja budżetu? Jeśli nie zmieścimy się w – i tak już bardzo wysokim – limicie deficytu (ponad 270 mld zł), może to zostać negatywnie ocenione przez agencje ratingowe i rynki finansowe. Za poprzednie tarcze antyinflacyjne zapłaciliśmy ok. 30 mld zł tylko w 2022 r.

Paradoksalnie rządowi mogłaby pomóc wyższa inflacja. Wzrost cen to większe wpływy z VAT, a wzrost wynagrodzeń – wyższe dochody z PIT. W podobny sposób „rekompensowano” koszty tarcz w latach 2022-2023. Tyle że nikt takiego „wsparcia” nie chce.

Problem z Brukselą

Kolejny problem, z którym przyszłoby się zmierzyć w dłuższej perspektywie, to Komisja Europejska. O ile z akcyzą nie ma problemu – bo obniżamy ją w granicach unijnych wymogów – o tyle pojawiają się wątpliwości w przypadku VAT. Unijna dyrektywa jasno wskazuje, że paliwo nie może być opodatkowane obniżoną stawką. Z silnymi naciskami Komisji Europejskiej w tym zakresie mierzył się już rząd PiS, który ostatecznie od 2023 r. powrócił do podstawowej stawki VAT. Nie wiadomo również, jak Unia oceni mechanizm ceny regulowanej pod kątem zasad rynku wewnętrznego.

Z jednej strony rząd argumentuje, że ta interwencja w procesy rynkowe ma zapewnić, że obniżki faktycznie trafią do kierowców. Z drugiej strony pojawiają się głosy, że ceny maksymalne mogą zaburzać mechanizm konkurencji cenowej – konsumenci przestaną reagować na sygnały rynkowe, a firmy będą miały słabsze bodźce do działań po stronie podaży. Czy Komisja zaskarży nas do Trybunału Sprawiedliwości UE? To mało prawdopodobne, ale bez zmian systemowych w prawie Unii trudno myśleć o dłuższym utrzymaniu obniżonego VAT.

Powrót do normalności też zaboli

Trudny będzie również powrót do standardowych stawek podatkowych i rynkowej regulacji cen. Z jednej strony – im szybciej, tym lepiej dla budżetu. Z drugiej – istnieje ryzyko skokowego wzrostu cen oraz politycznego rozczarowania wyborców. Jeśli po okresie obowiązywania limitu rynek wróci zbyt gwałtownie do pełnej swobody, ceny hurtowe i detaliczne mogą wzrosnąć jednocześnie.

Wydaje się, że najbezpieczniejszym rozwiązaniem będzie stopniowe wygaszanie ulg zamiast jednorazowego cofnięcia całej preferencji. Pomoże również wcześniejsza zapowiedź zmian – tak, aby firmy i konsumenci mogli dostosować swoje decyzje. Dlatego dobrze, że póki co obniżki VAT-u i akcyzy obowiązują na z góry ustalone i różne od siebie okresy.

Obecnie pytanie brzmi już nie „czy będzie kryzys?”, ale „ile zapłaci za to państwo?”. Miejmy nadzieję, że sytuacja na Bliskim Wschodzie szybko się ustabilizuje, a dochody budżetowe i wzrost gospodarczy nie ucierpią znacząco. W przeciwnym razie planowanie wydatków publicznych „pod korek” może się szybko zemścić.

Podobne wpisy