||

Wojenny rachunek za żywność

Trwająca już niemal trzy miesiące wojna w Iranie zaczyna coraz bardziej negatywnie wpływać na rynek żywności.

Najbaczniej śledzonym skutkiem trwającej izraelsko-amerykańskiej agresji na Iran są niewątpliwie ceny ropy. W ciągu minionych tygodni mieliśmy już do czynienia z wieloma nieoczekiwanymi zwrotami sytuacji: najpierw cena surowca gwałtownie wystrzeliła, aby następnie obniżyć się w oczekiwaniu na rychły koniec konfliktu i znów odnotować kolejne wzrosty oraz spadki.

Produkcja zagrożona

Skupienie się na wahaniach ceny ropy ma oczywiście głębokie uzasadnienie, lecz nierzadko zapomina się, że oprócz niej z rejonu Zatoki Perskiej eksportowano dotąd także inne ważne surowce, materiały i produkty chemiczne. Najlepszym tego przykładem jest światowa branża produkcji nawozów syntetycznych, która do niedawna w aż 35 proc. polegała na produkcji mocznika z tego regionu. Kraje, do których droga morska prowadzi przez zablokowaną wciąż Cieśninę Ormuz, eksportowały także znaczne ilości amoniaku i fosforanów. Bez wspomnianych składników zwyczajnie nie da się wyprodukować najbardziej popularnych w rolnictwie nawozów.

Każdy kraj może wprawdzie zająć się produkcją we własnym zakresie, lecz w tym celu potrzebuje gazu. Ceny surowca wzrosły jednak w ciągu dwóch miesięcy aż o 60 proc., a na dodatek coraz trudniej o jego zakontraktowanie. Najbardziej boleśnie odczuwają to kraje azjatyckie i afrykańskie, które zaopatrywały się dotąd w gaz właśnie w krajach Zatoki Perskiej. Wystarczyło zaledwie kilka tygodni wojny, aby szereg państw wytwarzających nawozy ogłosił zmniejszenie produkcji. W takich krajach jak Pakistan, Egipt czy Bangladesz zakłady chemiczne coraz częściej mają przestoje w produkcji, a przy wzroście światowych cen nawozów o nawet 70 proc. producenci rolni z tych krajów nie będą w stanie nabyć odpowiedniej ilości produktów z zagranicy. Szanse na zaspokojenie globalnego popytu zmalały także dlatego, że analogiczny problem mają rolnicy i producenci na całym świecie.

Zamożni producenci rolni z krajów zachodnich byli na ogół przygotowani na obecne zawirowania i skorzystali ze zmagazynowanych zapasów tańszych nawozów. Rolnicy z biedniejszych państw na taki luksus pozwolić sobie nie mogą i w wielu miejscach na świecie już teraz stosują mniej nawozów lub w ogóle z nich rezygnują. Jak nietrudno przewidzieć, spowoduje to wyraźnie niższe plony w drugiej części roku. Pogorszenie będzie odczuwane w niemal całej produkcji rolnej, a mniejsza ilość roślin służących do produkcji pasz spowoduje niższą produkcję mięsa czy też produktów mlecznych.

Niektóre państwa na świecie zaczęły już nawet ograniczać możliwość wywozu nawozów do innych krajów. Podejmowanie tego rodzaju kroków nie powinno nikogo dziwić, ponieważ bezpieczeństwo żywnościowe powinno stanowić priorytet dla każdego polityka decydującego o losach własnego państwa. Skutkiem tego rodzaju działań będzie jednak wzmocnienie trendu wzrostu cen żywności, który najmocniej da o sobie znać zapewne w przyszłym roku. Obecnie cały świat konsumuje wciąż to, co udało się wyprodukować w poprzednim sezonie, lecz zasoby te w końcu się wyczerpią.


Blackout czy stabilność? Jak magazyny energii zmieniają system


Ukraińska lekcja

Po raz ostatni tak duże zagrożenie dla produkcji rolniczej na świecie wystąpiło w następstwie rosyjskiej agresji na Ukraina. W pierwszych tygodniach konfliktu mówiło się nawet o tym, że uniemożliwienie eksportu płodów rolnych z żyznych naddnieprzańskich czarnoziemów doprowadzi do głodu w krajach rozwijających się. Na szczęście ten najbardziej czarny scenariusz nigdy się nie ziścił, choć ukraiński eksport z Odessa wymaga od kilku lat nieustannego odpierania ataków ze strony Rosja. Niemałą część wywozu przejęły także polskie porty nad Bałtykiem.

Wojna na Ukrainie pokazała, jak bardzo kruchą i narażoną na wstrząsy konstrukcją jest światowy rynek żywnościowy. Obecnie kruchość tego systemu testowana jest w Zatoce Perskiej, gdzie niestety bardzo trudno będzie wywalczyć uruchomienie eksportu przez nową „Odessę”. Cieśnina Ormuz jest bardzo wąska, a kontrola nad nią stanowi bardzo łakomy kąsek dla obu zwaśnionych stron, dlatego jej odblokowanie na starych zasadach wydaje się coraz bardziej skomplikowane.

Niedobór nawozów na świecie nie doprowadzi oczywiście do żadnego kataklizmu. Mieszkańcy krajów rozwiniętych mają wystarczająco duże dochody, aby zapłacić więcej za żywność. Dużo większe kłopoty spotkają niestety ludność biedniejszej części świata, która będzie zmuszona ograniczyć inne wydatki lub zadowolić się mniejszą ilością żywności. W wielu miejscach na świecie plony w 2027 r. będą zdecydowanie niższe, a to może przełożyć się na pewne niepokoje społeczne.

Istotną trudnością związaną z obecną sytuacją jest to, że świat nie jest w stanie błyskawicznie zareagować na mniejszą dostępność nawozów. Zwiększenie mocy produkcyjnych lub budowa nowych fabryk w krajach, które nie mają trudności z dostępem do gazu, wymaga długotrwałych inwestycji. O ile więc Stany Zjednoczone, Izrael i Iran nie zdołają zawrzeć porozumienia w najbliższych miesiącach, wzrost cen żywności może mieć charakter trwały.

Europa walczy sama ze sobą

Pomimo oczywistych trudności związanych ze wzrostem cen nawozów lub wręcz brakiem ich dostępności część polityków ma niestety poważne trudności z podejmowaniem adekwatnych działań. Najlepszym tego przykładem jest Komisja Europejska, która nadal upiera się przy obowiązywaniu granicznego podatku węglowego (CBAM), wprowadzonego w pełni 1 stycznia 2026 r. Gwoli przypomnienia, ów jeden z ważniejszych elementów polityki klimatycznej UE przewiduje uiszczanie specjalnych opłat przy sprowadzaniu produktów chemicznych produkowanych w krajach nierespektujących tak wyśrubowanych norm klimatycznych jak w Europie. W zaistniałej sytuacji głos rozsądku nakazywałby przynajmniej zawieszenie obowiązywania CBAM do czasu zażegnania trudności z dostępem do surowca. Unia Europejska nie jest samowystarczalna w zakresie produkcji gazu, ponieważ normy klimatyczne skutecznie uniemożliwiły eksploatację bardzo bogatych złóż własnych na wystarczającym poziomie. Przy tak sporym defekcie brukselscy decydenci powinni bez chwili wahania poluzować ograniczenia, które choćby w Stanach Zjednoczonych zostały wyrzucone do kosza. Ideologiczne zacietrzewienie sprawia jednak, że zgodnie z zapowiedziami m.in. unijnego komisarza ds. klimatu oraz innych polityków najwyższego szczebla wiadomo już, że żadnego poluzowania nie będzie.

Odpowiedzią Brukseli na narastające widmo kryzysu ma być specjalny plan dotyczący nawozów, którego prezentację zaplanowano na 19 maja. Według nieoficjalnych informacji Komisja Europejska planuje przede wszystkim zrobić to, w czym czuje się najlepsza, czyli uruchomić specjalne dopłaty dla rolników. Oprócz tego mówi się o prezentacji planów dokonywania wspólnych zakupów oraz dywersyfikacji dostaw. Można zasadnie domniemywać, że sednem inicjatywy Brukseli będzie chęć wymuszenia dalszej centralizacji władzy i przejęcia większych kompetencji przez unijne organy centralne. Dla Unii już od wielu lat każdy kryzys stanowi zaledwie okazję do tego, aby uzurpować władzę.

Większość problemów związanych z kryzysem na rynku gazowym, nawozowym i rolniczym dałoby się oczywiście z powodzeniem załatwić poprzez śmiałą rezygnację z polityki klimatycznej. Europa wydobywająca swój własny gaz, nieposiadająca żadnych węglowych ceł granicznych ani też niekarząca przemysłu za korzystanie z paliw kopalnych, nie musiałaby nawet wprowadzać w związku z zamknięciem Cieśniny Ormuz żadnych specjalnych rozwiązań. W Europie niestety nikt jednak nie chce wzorować się na Donaldzie Trumpie.

Podobne wpisy