|

Czy Polskę stać na to, żeby się nie zbroić? Ekonomiczne koszty wojny

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wraz z Defence Institute opublikowali raport „Ekonomiczne koszty wojny dla Polski”. To bardzo ambitna próba odpowiedzi na pytanie, jaką cenę będzie musiała zapłacić Polska w przypadku wybuchu konfliktu zbrojnego z Rosją.

Trzy scenariusze, jeden wspólny wniosek

W raporcie przeanalizowano trzy scenariusze militarne uznane przez autorów za prawdopodobne: od „najlżejszego”, czyli zajęcia państw bałtyckich i ataków rakietowo-lotniczych na kluczową polską infrastrukturę, z zawieszeniem broni po 2 miesiącach; przez „pośredni” wariant inwazji regionalnej, czyli ograniczony atak lądowy na północno-wschodnią Polskę i wycofanie się wojsk rosyjskich po miesiącu; aż po pełnoskalową inwazję, czyli dojście wojsk rosyjskich aż do linii Wisły i Sanu oraz okupację połowy kraju przez 4 miesiące, do czasu kontrofensywy NATO.

Cena, której nie chcemy poznać

Do każdego z trzech scenariuszy opracowano analizę skutków makroekonomicznych. Jak się przedstawiają? Wariant pierwszy to spadek realnego PKB o ponad 11 proc. i średnioroczna inflacja na poziomie 80 proc. W wariancie drugim PKB spada o prawie 30 proc., a inflacja rośnie do 160 proc. W trzecim wariancie PKB spada aż o 55 proc., a inflacja zamienia się w hiperinflację – 850 proc. rocznie.

W każdym ze scenariuszy poziom długu publicznego przekracza określony w Konstytucji i traktatach unijnych pułap 60 proc. PKB. Od 85 proc. w pierwszym, przez 135 proc. w drugim, aż po 250 proc. w wariancie trzecim, co zdaniem autorów oznaczałoby bankructwo państwa.

Wreszcie każdy wariant wiąże się z niewyobrażalnymi nakładami na odbudowę. W pierwszym – od 0,8 do 1,2 bln zł. W drugim – od 1,5 do 2,5 bln zł. W trzecim – od 3,5 do 5,5 bln zł. Wszystko w cenach bieżących z 2025 r. Koszty mogą więc przekraczać całe polskie PKB, czyli około 3,9 bln zł.

Dane makroekonomiczne to nie wszystko. Konfliktowi towarzyszyłyby ogromne koszty społeczne: zapaść demograficzna, drenaż mózgów, masowa migracja, bezrobocie przekraczające nawet 40 proc. – przed tym wszystkim przestrzegają autorzy raportu.

Apokalipsa w tabelach

Liczby są wręcz apokaliptyczne. Ale czy trzeba traktować je jako werdykt przesądzający o końcu polskiej gospodarki w sytuacji nawet najmniej dotkliwego konfliktu? Nie do końca.

Po pierwsze, autorzy stanęli przed bardzo trudnym zadaniem przewidzenia nieprzewidzianego. Prognozy zawsze obarczone są dużym ryzykiem niepewności. Trudno realnie przewidzieć, jak zareaguje polska, europejska i światowa gospodarka.

Zwłaszcza że w czasie wojny o skali strat decydują nie tylko same działania militarne, ale też reakcja sojuszników, zachowanie rynków finansowych, polityka banku centralnego i skala pomocy zagranicznej.

Po drugie, sam raport nie dostarcza przekonującego uzasadnienia dla zaprezentowanych danych. Brakuje publicznie dostępnego opisu modelu, na który powołują się autorzy raportu. Projekcje makroekonomiczne opierają się na książce współtwórcy raportu, prof. Trzonkowskiego, „Ekonomia wojny – modelowanie odporności systemowej”. Niemniej, jeśli wprowadza się do debaty publicznej tak poważne tezy i prezentuje tak zatrważające liczby, to należałoby przedstawić w tej samej przestrzeni odpowiednie uzasadnienie, a nie odsyłać do książki.

Po trzecie, raport został zaprezentowany na branżowym kongresie Defence24 Days, nie w środowisku akademickim ani rządowym. Raport z założenia nie jest neutralnym opracowaniem naukowym. Sam gen. Jarosław Gromadziński, prezes Defence Institute i współautor raportu, przyznał, że słowo „wojna” w tytule ma odbiorcę „troszeczkę przestraszyć”. Wzrost państwowych wydatków na zbrojenia jest zresztą jednym z głównych postulatów Związku Przedsiębiorców i Pracodawców – drugiego współautora raportu.

Nie dyskredytuje to raportu ani pracujących przy nim specjalistów, ale powinno skłaniać do ostrożności w interpretowaniu jego najbardziej alarmistycznych wniosków.


Czy grozi nam kryzys lekowy? O tym się nie mówi!


Ukraina jako test dla prognoz

Z jednej strony dane dotyczące spadku PKB w sytuacji ograniczonego konfliktu zdają się być spójne z przykładem ukraińskim i analizami międzynarodowych instytucji, np. Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju czy Kiel Institute. Według danych ukraińskiego banku centralnego, w samym tylko 2022 r. PKB Ukrainy skurczył się o niemal 30 proc.

Z drugiej strony prognozy dotyczące wojennej hiperinflacji na tle Ukrainy wydają się mocno przesadzone. Jej szczyt przypadł na 2022 r. – ceny średniorocznie wzrosły o 26,6 proc. W następnych latach, według ukraińskiego Ministerstwa Finansów, średnia inflacja wynosiła ok. 5 proc., 12 proc. i 8 proc. Ukraiński bank centralny, dzięki prowadzonej polityce stopniowej dewaluacji oraz miliardom dewiz napływającym z zagranicy, pozwalającym na interwencje walutowe, był w stanie obronić hrywnę.

Patrząc na to, jak radzi sobie Ukraina po 4 latach konfliktu, prognozy dotyczące inflacji – od 80 proc. do 850 proc. – wydają się przesadzone. Ukraina, dysponując znacznie słabszymi instytucjami fiskalnymi niż Polska, utrzymała inflację poniżej 30 proc. i kurs walutowy pod kontrolą.

Oczywiście Polska to nie Ukraina – w porównaniu do scenariuszy z raportu inna była skala zajętego terytorium. Oba kraje różni struktura gospodarki. Nie wiemy też, jak mocno Polska byłaby wsparta z zewnątrz. Niemniej przykład ukraiński pokazuje, że sama wojna nie musi automatycznie oznaczać hiperinflacji.

Zbrojenia jako polisa ubezpieczeniowa

Mimo to uważam, że raport „Ekonomiczne koszty wojny dla Polski” był nam potrzebny. Nawet jeśli niektóre wielkości mogą być przesadzone, raport trafnie przypomina, że najtańszym scenariuszem jest scenariusz zerowy – odstraszenie wroga dzięki działaniom podjętym przed konfliktem.

Wnioski z raportu, spójne z doświadczeniem ukraińskim, pokazują, że wojna w dzisiejszych czasach uderza nie tylko w armię i infrastrukturę, ale w całe zaplecze gospodarcze nowoczesnego państwa. Dobrobyt europejskich społeczeństw opiera się na zglobalizowanej sieci gospodarczej i aktywnej roli państwa, które ponosi olbrzymie nakłady na usługi publiczne dla swoich obywateli. Wojna może odciąć nas od jednego i drugiego.

Nawet jeśli polskie sojusze gospodarcze i obronne okażą się skuteczne w czasie kryzysu, to znacznie ograniczą suwerenność na długie lata. Przetrwanie, a potem powojenna odbudowa nie będą możliwe bez wsparcia zewnętrznego – Unii Europejskiej, USA czy międzynarodowych instytucji finansowych. Za kapitał zapłacimy nie tylko odsetkami, ale też większą zależnością od oczekiwań wierzycieli i sojuszników.

Kluczem do uniknięcia tego wszystkiego jest zwiększenie polskich zdolności militarnych. W perspektywie spadku PKB o kilkanaście czy kilkadziesiąt proc. oraz trudnych do oszacowania kosztów demograficznych, infrastrukturalnych i społecznych zwiększenie wydatków obronnych do 5 proc. PKB wydaje się niezwykle „tanim” ubezpieczeniem.

Ubezpieczeniem istotnym przede wszystkim politycznie. Polska musi pokazać, że jako pierwsza osiągnęła nowy standard NATO i traktuje to zobowiązanie naprawdę poważnie. W 1939 r. byliśmy „first to fight”, a obecnie jesteśmy „first to pay”. Co najmniej 5 proc. PKB na obronność to w naszej sytuacji po prostu oczywista konieczność.

Konstytucja nie może udawać, że wojny nie ma

Drugą „oczywistą koniecznością” jest zrobienie porządku z konstytucyjnym limitem zadłużenia. Nawet jeśli wizja długu na poziomie 250 proc. PKB może być nadmiernie katastroficzna, to konflikt z Rosją oznacza, że nasz dług szybko przekroczy magiczną barierę 60 proc. PKB. W czasie wojny nie pomogą żadne sztuczki z wypychaniem miliardów długu poza sektor finansów publicznych.

Dlatego, jeśli rząd nie chce jawnie złamać Konstytucji, to ten limit trzeba odpowiednio wcześnie dostosować. Można np. uchwalić klauzulę wyjścia wyłączającą jego stosowanie w czasie wojny albo – wzorem Niemiec – wyłączyć z jego zakresu wydatki obronne.

Nie chodzi tu o zniesienie dyscypliny finansów publicznych, lecz o stworzenie jasnej procedury na wypadek sytuacji nadzwyczajnej. To ważne, bo inaczej tekst może zostać odczytany jako poparcie dla swobodnego zadłużania państwa.

Polak mądry przed szkodą?

Wojna jest realnym niebezpieczeństwem grożącym Polsce. Dlatego raport ZPP i Defence Institute powinien być przyczynkiem do konstruktywnej debaty o cenie, którą możemy zapłacić. I o tym, co zrobić, żeby ją zminimalizować.

To bardzo odważna próba policzenia kosztów, które wiszą w powietrzu. Mam nadzieję, że dane doczekają się weryfikacji ze strony środowiska naukowego, Ministerstwa Finansów, NBP i Rady Fiskalnej. Niech w końcu, po raz pierwszy w ponad tysiącletniej historii, Polak będzie mądry przed szkodą.

Podobne wpisy