Nowy premier, stare błędy
Nowy premier Wielkiej Brytanii Andy Burnham rozpoczął rządy od zapowiedzi wielkiej przeprowadzki. Drugą siedzibą rządu mają być nowoczesne biurowce w jego rodzinnym Manchesterze.

Od prawie 300 lat każdy premier brytyjskiego rządu rezyduje przy 10 Downing Street w Londynie. Już niebawem ma się to zmienić, ponieważ drugim miejscem urzędowania szefa gabinetu rady ministrów ma się stać 10 North w Manchesterze. Kompleks nowoczesnych budynków ma być gotowy dopiero za kilka lat, lecz po jego ukończeniu brytyjskie państwo będzie miało do dyspozycji alternatywny względem Londynu zestaw biurowców gotowych na przyjęcie całego rządu.
Andy Burnham pojawił się w nowej lokalizacji już w pierwszych dniach swojego urzędowania i zamierza pojawiać się tam regularnie co tydzień. Wraz z nim na tego rodzaju regularną pracę poza Londynem zdecydowało się także kilku innych ministrów. Dzięki temu już na samym wstępie udało mu się zakomunikować społeczeństwu, że ma zupełnie nowy pomysł na rządzenie krajem, który wiąże się z przyjęciem perspektywy całego kraju, dostrzeganej spoza stołecznego Londynu.
Reindustrializacja po manchestersku
Czy Burnham posiada rzeczywiście świeżą i odmienną perspektywę na krajową i światową politykę, można zasadnie powątpiewać, lecz ogłaszając plany związane z 10 North, skutecznie odwołał się do przynajmniej kilku symboli. Pierwszym z nich jest reindustrializacja, której potrzebę przeprowadzenia dostrzega coraz więcej osób. Manchester był kiedyś najbardziej prężnym ośrodkiem włókienniczym na świecie i choć współcześnie uchodzi za najszybciej rozwijającą się aglomerację w całym kraju poza Londynem, szczycącą się dodatkowo prężnie rozwijającą się branżą nowych technologii, to i tak ambicje Brytyjczyków sięgają zdecydowanie wyżej. Burnham chce, aby cały kraj był jak Manchester i rozwijał nowoczesny przemysł na dużo większą skalę.
Warto w tym miejscu wspomnieć, że rząd Donalda Tuska również rozpoczął urzędowanie od podobnego kroku, przenosząc siedzibę Ministerstwa Przemysłu do Katowic. Siedziba resortu w samym środku postprzemysłowego Śląska nie utrzymała się jednak długo, gdyż rok temu, w wyniku restrukturyzacji rządu, została nagle zlikwidowana. Niewykluczone, że determinacja Andy’ego Burnhama będzie równie krótkotrwała jak w przypadku polskiego premiera, gdyż siłą rzeczy główny nurt życia politycznego i gospodarczego w Wielkiej Brytanii ciąży zawsze ku Londynowi.
Przeprowadzka do 10 North ma nowemu premierowi posłużyć także jako symbol zwrócenia się ku zwykłym obywatelom oraz regionom. Partia Pracy lubi odwoływać się do swego robotniczego mitu założycielskiego i jednocześnie zależy jej na okazywaniu przychylności ruchom akcentującym autonomię regionów. Dotyczy to zwłaszcza Szkocji, w której starania na rzecz większej niezależności nie słabną mimo upływu lat. Poprzez częściową przeprowadzkę do Manchesteru Andy Burnham chce zasygnalizować politykę decentralizacji i wsparcia lokalnych samorządów.
Czy AI ogłupia uczniów? 18-latek stworzył poradnik, który powinny poznać szkoły
Bliżej obywatela
I rzecz nie mniej ważna: wywołujący wciąż robotnicze skojarzenia Manchester pozwala Burnhamowi lepiej wybrzmieć nowej polityce społecznej, w skład której ma wejść m.in. budowa nowych mieszkań socjalnych, obniżka cen biletów komunikacji publicznej, redukcja stawek podatkowych dla pubów i klubów czy też wsparcie dla bezdomnych. W samym centrum polityki nowego premiera Wielkiej Brytanii ma się także znaleźć walka z rosnącymi kosztami życia. W tym celu planowane są m.in. obniżki stawek VAT na energię i inne media.
Konstruując swój zestaw obietnic i punktów programowych, Andy Burnham miał ten komfort, że nie musiał konfrontować ich z żadnym przeciwnikiem w ramach kampanii wyborczej. Ostatnie wybory w Wielkiej Brytanii przeprowadzono ponad dwa lata temu, a szansę na przejęcie funkcji szefa rządu uzyskał tylko i wyłącznie za sprawą indolencji swojego poprzednika. Keir Starmer był dla brytyjskiej opinii publicznej ciężkostrawny, dlatego kierownictwo Labour Party zdecydowało się postawić na posiadającego zdecydowanie więcej osobistego uroku działacza z Manchesteru. Czy jednak rzeczywiście nowe otwarcie będzie zawierało w sobie tak wiele nowości, aby przekonać wyborców do tego, że partia rządząca rzeczywiście zdiagnozowała własne błędy i chce je poprawić?
Istnieje wiele powodów, aby w to wątpić. Powodów do zwątpienia dostarcza chociażby podejście nowego premiera do szumnie zapowiadanej reindustrializacji. Burnham zamierza ją osiągnąć poprzez przyspieszenie wdrażania agendy klimatycznej. Jeszcze w Manchesterze dał się poznać jako entuzjasta zeroemisyjności i promował osiągnięcie jej już w 2038 r. W analogiczny sposób jego rząd będzie dążył do „reindustrializacji” poprzez deindustrializację wedle kanonów zrównoważonego rozwoju.
Autentyczne dążenie do reindustrializacji Wielkiej Brytanii wymagałoby przede wszystkim ponownego zwrócenia się ku bogatym zasobom ropy i gazu, dostępnym m.in. na Morzu Północnym. Burnham nie zamierza jednak występować przeciwko manifestowi Partii Pracy z 2024 r., w którym zawarto zobowiązanie sprzeciwu wobec wszelkich nowych odwiertów. Szef rządu może się więc dwoić i troić, starając się obniżyć obywatelom rachunki, ale nie osiągnie niczego, dopóki nie przywróci do łask paliw kopalnych.
Coraz głębsza dziura w budżecie
Ukrywanie przed obywatelami horrendalnych kosztów zielonej transformacji przyczyni się zaś wyłącznie do spiętrzenia problemów, jakie trapią brytyjski budżet. Burnham zapowiedział już, że zamierza odkręcić kurek z pieniędzmi w kilku ważnych obszarach (m.in. budowa mieszkań komunalnych), co zwyczajnie nie może przynieść dobrych rezultatów wobec stale rosnących kosztów obsługi zadłużenia. Dług publiczny wynosi wciąż ponad 95,1 proc. PKB, a w programie nowego premiera trudno dostrzec mechanizmy zdolne poprawić sytuację.
Andy Burnham na stanowisku ministra spraw wewnętrznych pozostawił Shabanę Mahmood, która w gabinecie Keira Starmera zdołała ograniczyć masową imigrację, wcześniej tolerowaną przez Partię Konserwatywną. Za tę decyzję kadrową chwalą Burnhama nawet niektórzy jego przeciwnicy. Wydaje się jednak, że sytuacja panująca w Wielkiej Brytanii wymaga o wiele bardziej zdecydowanych działań niż tylko wyhamowanie napływu nowych imigrantów. Na tego rodzaju politykę Burnham zapewne się jednak nie zdecyduje, ponieważ jego macierzysta partia prezentuje w wielu kwestiach społecznych bardzo nieprzejednane stanowisko.
Andy Burnham stwierdził w jednym z wywiadów, że chciałby, aby za jego życia Wielka Brytania wróciła do Unii Europejskiej. Liczący 56 lat polityk ma jeszcze sporo czasu na spełnienie tego marzenia, choć zastrzega, że póki co nie ma mowy o referendum akcesyjnym. Jako szef rządu zamierza jednak, wzorem poprzednika na stanowisku, sukcesywnie wzmacniać integrację z Unią Europejską na każdym szczeblu, a w szczególności w obszarze polityki klimatycznej.
Nie ulega więc wątpliwości, że pomimo nowego otwarcia oraz wyłonienia nowego lidera do pełnienia funkcji szefa rządu Partia Pracy podąża tym samym kursem co do tej pory. W praktyce oznacza to utratę władzy w kolejnych wyborach, lecz najwyraźniej w kierownictwie partii taka perspektywa nie budzi szczególnego przestrachu.