|

Anarchia zadłużenia pustoszy Polskę! Dlaczego nie potrafimy rozmawiać o długu publicznym?

Na koniec I kwartału dług publiczny przekroczył 60 proc. PKB… co dalej? Balon pękł – i musiał pęknąć. Na koniec I kwartału Ministerstwo Finansów ogłosiło to, co od kilku lat było spodziewane i nieuniknione. Dług publiczny (liczony wg unijnej metodologii) osiągnął 61,6 proc. PKB. To najwięcej od 1994 r., kiedy to miał miejsce II etap redukcji zobowiązań wobec Klubu Paryskiego.

Po raz pierwszy w historii obowiązywania obecnej konstytucji i w ramach członkostwa w Unii Europejskiej przekroczyliśmy magiczną barierę 60 proc. PKB, przed którą miały hamować nas limity z ustawy zasadniczej i Traktatu z Maastricht.

Co po przekroczeniu psychologicznej bariery?

Pytanie brzmi: co teraz? Uważam, że przekroczenie tej psychologicznej bariery to najlepszy moment, żeby zastanowić się nad debatą publiczną o zadłużeniu. Tak, nie przejęzyczyłem się: psychologicznej bariery. Nie ekonomicznej – nie ma żadnego badania, które potwierdzałoby, że 60 proc. PKB (ani jakikolwiek poziom) wyznacza granicę bezpiecznego zadłużenia. Tak naprawdę to nie jest nawet bariera prawna – Komisja Europejska coraz mniej zwraca uwagę na dług państw członkowskich. I tak na niewiele by się to zdało – na koniec I kwartału wynosił on średnio 82,9 proc. PKB. Z limitem zawartym w Konstytucji rządzący też od lat sobie radzą – po prostu wypychają dług poza sektor finansów publicznych. W rezultacie państwowy dług publiczny, który ma ograniczać Konstytucja, wynosi jedynie 50,6 proc. PKB.

Dlatego tak naprawdę bariera 60 proc. PKB od dawna żyła tylko w naszych głowach. I jak widać, świat się nie zawalił. Ale jeśli nie zmienimy naszego podejścia, to może nam to grozić. Od lat każda opozycja punktuje rząd za „rekordowe” zadłużanie państwa i straszy swoich wyborców rychłym bankructwem. Ale gdy tylko każda opozycja przyjdzie do władzy, to idzie śladami swoich poprzedników. Wydając coraz więcej, wyłamując ustrojowe bezpieczniki i wypychając pieniądze do pozabudżetowych funduszy. Dotychczas redukcja zadłużenia wynikała raczej z ponadprzeciętnej koniunktury gospodarczej lub zaciskania pasa przez presję ze strony rynków finansowych, żądających zwiększonej premii za ryzyko.

Ograniczone dochody, nieograniczone potrzeby

Z tej powszechnej hipokryzji zrodziły się same skrajności. Mainstream przerzuca się oskarżeniami za rujnowanie państwa, jednocześnie zadłużając się poza kontrolą. Dla skrajnej prawicy dług publiczny to samo zło, którego trzeba unikać jak ognia, żeby uniknąć bankructwa i hiperinflacji. Dla skrajnej lewicy dług publiczny to nadwyżka prywatna i tak długo, jak emitowany jest w krajowej walucie, nie ma się co przejmować jego spłatą.

A jak jest naprawdę? Prawda jest gdzieś pomiędzy. Każde współczesne państwo, które nie śpi na ropie ani nie podbiło kosmicznych złóż złota, jest zadłużone. Dlaczego? Bynajmniej nie dlatego, że wszystkie państwa mają za sterami złodziejów i złoczyńców, którzy za cel postawili sobie zniszczenie ojczyzny. Po prostu państwa mają ograniczoną bazę dochodową i nieograniczone potrzeby wydatkowe. W systemie gospodarczym, w którym żyjemy, najprościej i najtaniej wypełnić tę różnicę długiem i mieć nadzieję, że nigdy w całości nie trzeba będzie go spłacić. Esencją kapitalizmu jest konieczność ciągłego wzrostu i patrzenia w przyszłość.


Od Mazowsza i TVN do własnego festiwalu. Klaudia Carlos ujawnia szczegóły swojego sukcesu!


Na długu opiera się rynek

Dług nie jest zły ani dobry… po prostu jest. Obligacje skarbowe to nieodłączny element rynków finansowych. To bezpieczne aktywa dające pewny zysk. Są chętnie kupowane przez fundusze emerytalne szukające niskiego ryzyka czy używane jako zabezpieczenie w rozliczeniach międzybankowych. Rentowność obligacji pozwala wyznaczyć stopę wolną od ryzyka i długoterminową „cenę pieniądza”, która jest punktem odniesienia dla wyceny wielu instrumentów finansowych.

Zresztą 12 proc. długu Skarbu Państwa znajduje się w naszych rękach – zwykłych obywateli. Dlaczego? Bo obligacje detaliczne to bardzo atrakcyjna opcja na lokowanie oszczędności.

Gdyby ktoś wpadł na karkołomny pomysł spłacenia wszystkich długów państwa, to paradoksalnie najbardziej odczułby to rynek finansowy, który po prostu potrzebuje pewnego aktywa gwarantującego wzrost.

Zostawić wnukom dług czy zgliszcza?

Dług to obciążenie przyszłych pokoleń, ale jednocześnie za ten dług można przeprowadzić inwestycje, które znacznie polepszą ich jakość życia. Wątpię, żeby nasze wnuki były wdzięczne za to, że zostawimy im dług na przyzwoitym poziomie, ale ze zniszczoną infrastrukturą, kwaśnymi deszczami i wysokimi cenami energii – bo przycinaliśmy na tym, na czym najłatwiej oszczędzić, czyli na nowych, wielomiliardowych programach.

Oczywiście, wnuki nie będą zadowolone, jeśli doprowadzimy finanse publiczne do ruiny, a ten dług przejemy na konsumpcję i kolejne kiełbasy wyborcze. Ale tu jest właśnie kluczowe rozróżnienie: nie patrzmy tylko, ile się zadłużamy, lecz na co.

Bez kredytu nie ma inwestycji

„Dobry” dług zostanie przeznaczony na inwestycje, które wzmocnią państwo, poprawią jakość życia obywateli i mogą przynieść zyski, które pozwolą ten dług spłacić. „Zły” dług, zaciągany nadmiernie na konsumpcję, zagrozi państwu i może zaszkodzić również inwestycjom prywatnym. Im większy dług publiczny, tym mniejsza przestrzeń na pozyskanie finansowania dla sektora prywatnego.

Banki i instytucje międzynarodowe wskazują jasno – w nadchodzących latach państwa czeka coraz więcej wyzwań. Wydawać będzie trzeba coraz więcej na doraźne przeciwdziałanie efektom klęsk żywiołowych i na infrastrukturę, która przed tymi klęskami będzie nas chronić. Żadnego państwa nie stać, żeby zrobić to z podatków – kredyt to nieodłączna część inwestycji.

Nie bazujmy na jednym wskaźniku

Skupmy się więc na tym, żeby to finansowanie na inwestycje zawsze było. Nie na fetyszyzowaniu jednego wskaźnika, długu do PKB, który w gruncie rzeczy niewiele mówi. Tylko nad tym, na co ten dług jest przeznaczany. Czy rośnie w tempie stabilnym, kontrolowanym przez rząd. Jaka jest jego struktura – czy udział zagranicznych walut jest odpowiednio niski – a dług dewizowy odpowiednio ubezpieczony przed ryzykiem kursowym. Czy jego zapadalność jest odpowiednio długa, a wykupy rozłożone w czasie – tak by uniknąć kłopotów z jego refinansowaniem.

Wreszcie – żeby rynki finansowe to wszystko „kupiły” – że w nasz dług warto inwestować, bo gospodarka się rozwija, inwestycje rosną i będziemy bronić Zachodu przed rosyjską agresją.

Rzeczywistość nie jest atrakcyjna, bo nie przyjmuje prostych diagnoz i rozwiązań rzucanych w przestrzeni politycznej. Ale jeśli nie zaczniemy myśleć o długu jako po prostu jednym z wielu środków do celu, daleko nie zajedziemy. Bo jak pokazuje ostatnie 30 lat, nieustanne oskarżenia o bankructwo nie ograniczają zadłużenia. Wręcz przeciwnie – prowadzą do kolejnych długów, zaciąganych po cichu i bez ograniczeń – w półmroku informacyjnej anarchii.

Podobne wpisy