26.2 C
Warszawa
środa, 29 czerwca 2022

CBA na tropie unijnej kasy

Koniecznie przeczytaj

Sprawa dystrybucji unijnych środków to dzisiaj obszar naprawdę wielu patologii. Centralne Biuro Antykorupcyjne postanowiło wreszcie zająć się tym problemem. Na efekty działań Agencji będziemy musieli jednak poczekać.

Rankiem 16 czerwca br. funkcjonariusze CBA wkroczyli do 16 urzędów marszałkowskich w całej Polsce. Powodem tej akcji jest chęć przeprowadzenia systemowej kontroli sposobów wydatkowania środków unijnych z programów regionalnych w latach 2007-2015. CBA szacuje, że łączna suma unijnych środków, jakie zostały we wspomnianym okresie rozdysponowane przez urzędy marszałkowskie, wynosiła aż 17,3 mld euro. CBA zamierza przy tej okazji skontrolować przestrzeganie prawa o zamówieniach publicznych, zasad konkurencyjności, dotrzymywania harmonogramu realizacji projektów, a także przyjrzeć się procesom weryfikacji zmian w projektach i poprawności dokonywania płatności. Agencja skontroluje również osoby, które były odpowiedzialne za podejmowanie decyzji w instytucjach uczestniczących we wdrażaniu programu regionalnego, począwszy od etapu podjęcia decyzji o dofinansowaniu projektu, a kończąc na zbadaniu procesu weryfikacji wniosku o płatność przyznanych środków.

Jak zakomunikowało CBA, cała akcja ma potrwać co najmniej trzy miesiące. W jej trakcie funkcjonariusze Agencji będą studiowali wszelką dokumentację, jaka znajduje się w urzędach marszałkowskich dotyczącą wydatkowania środków unijnych. Nie jest jednak wykluczone, że czas tej kontroli ulegnie przedłużeniu o kolejne trzy miesiące. Chyba dlatego CBA zażądało w siedzibach urzędów marszałkowskich wydzielenia dla jej ludzi specjalnych pomieszczeń, w których mogliby spokojnie prowadzić czynności kontrolne. CBA nie wyklucza również, że w ich trakcie konieczne będzie przeprowadzenie kontroli w innych instytucjach oraz wielu firmach prywatnych, które w ostatnich latach były beneficjentami unijnych środków. Poniekąd takie kontrole miały miejsce już w chwili, gdy funkcjonariusze Agencji wkraczali do urzędów marszałkowskich. W tym samym bowiem czasie CBA rozpoczęła także działania w PZU i PZU Życie w Warszawie, gdzie od razu zabezpieczono dokumentację dotyczącą informatycznego przetargu o wartości 200 mln zł, które to czynności zleciła Agencji Prokuratura Regionalna w Warszawie. Również w tym samym czasie CBA rozpoczęło kontrolę w siedzibie Straży Miejskiej w Warszawie, która ma również związek z wydatkowaniem unijnych środków. Na nieprawidłowości związane z tym przetargiem natrafili kilka miesięcy temu funkcjonariusze Delegatury CBA w Lublinie, a czynności w tej sprawie zleciła im warszawska prokuratura regionalna.

Tak czy inaczej, to największa akcja, jaką CBA podjęło od początku swojego istnienia (2006 r.) Jej zakres jest gigantyczny: 16 urzędów marszałkowskich w całej Polsce, spośród których aż w 14 niepodzielnie rządzi od lat koalicja PO-PSL. Nic więc dziwnego, że w kręgach regionalnych działaczy PO i PSL po wkroczeniu ludzi Agencji zapanowała duża nerwowość. Wielu polityków tych partii, nie czekając efekty kontroli CBA, od razu ruszyło do ataku, zarzucając Agencji kierowanie się motywami stricte politycznymi, a nie merytorycznymi. W ich ocenie, w wydatkowaniu unijnych pieniędzy nie ma w Polsce żadnych patologii, a urzędy marszałkowskie są od lat sprawdzane przez wiele instytucji pod tym kątem i nigdzie nie stwierdzono żadnych nieprawidłowości. Przywódca będącej w opozycji PO Grzegorz Schetyna w reakcji na zeszłotygodniową akcję CBA zdecydował się nawet napisać specjalny list do polskich samorządowców, apelując do nich, aby nie dali się zastraszyć. Przewodniczący PO podkreślił, że takie działania, jakie zainicjowało CBA w każdym kraju zostałyby uznane za „polityczną szykanę”. W jego ocenie jest to jedynie „próba zastraszenia, niezależnych od władzy Prawa i Sprawiedliwości, samorządowców”, która będzie miała bardzo negatywne skutki dla funkcjonowania całego polskiego państwa. Lider PSL ,Władysław Kosiniak-Kamysz, również zakwestionował sens zainicjowanych przez CBA działań, podkreślając, że wydatkowanie środków unijnych było już sprawdzane przez wiele instytucji, w tym także europejskich i nie ujawniły one żadnych nieprawidłowości. Jak podkreślił lider PSL w jego ocenie „PiS nie potrafi współdziałać z samorządami” i jest to niedobre dla Polski, ponieważ bardzo dużo zadań w naszym państwie zostało powierzonych właśnie samorządom.

Tak czy inaczej, reakcje polityków PO i PSL mogły tylko potwierdzać, że mają oni naprawdę spore obawy co do rezultatów działań CBA. Nie dzieje się tak bez powodu. To politycy tych dwóch partii ponoszą odpowiedzialność za działania podejmowane w ostatnich latach. Dobrze wiedzą, że nie były one ani w pełni transparentne, ani do końca uczciwe. Dla CBA nie będzie więc specjalnie trudnym zadaniem wykazanie, że tak właśnie było. A jeśli tak się stanie, to sprawy mogą nabrać zupełnie innego dla nich wymiaru.

Długo czekaliśmy na taką kontrolę

Nikt do tej pory rzetelnie nie skontrolował tego, w jaki sposób wydatkowane były unijne środki z programów regionalnych. Jak były one przydzielane, na jakie cele zostały faktycznie przeznaczone i czy ktoś to w ogóle sprawdzał. W czasach, gdy CBA kierował Mariusz Kamiński, tak naprawdę proces ten dopiero się zaczynał, z roku na rok nabierając coraz większego tempa. Z kolei jego następca Paweł Wojtunik, który 13 października 2009 r. przejął kierowanie Agencją, nigdy nie miał politycznego przyzwolenia na przeprowadzenie takiej kontroli. Nic zresztą dziwnego, musiałby kontrolować polityków swojej partii, a także PSL-owskiego koalicjanta, który zapewne zagroziłby wówczas zerwaniem koalicji z PO. Wiedział o tym dobrze sam Donald Tusk, przymykając oczy na kolejne sygnały, które wskazywały na liczne patologie w zakresie wydatkowania unijnych funduszy. Nie znaczy to jednak, że CBA kompletnie nic na ten temat nie wiedziało. W czasach szefowania w Agencji Pawła Wojtunika, CBA pozyskiwało informacje na ten temat niejako przy okazji innych prowadzonych spraw. Jedną z nich były działania, jakie Agencja prowadziła na zlecenie Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach, prowadzącej śledztwo w sprawie korupcji na Podkarpaciu. Momentem zwrotnym w tym dochodzeniu było zatrzymanie w kwietniu 2013 r. marszałka województwa podkarpackiego Mirosława Karapyty (PSL), protegowanego Jana Burego – wówczas szefa klubu parlamentarnego PSL. Karapycie przedstawiono wówczas kilka zarzutów, w tym te o charakterze korupcyjnym i płatnej protekcji. Jeszcze bardziej kluczowe w tym śledztwie okazały się zeznania zatrzymanych rzeszowskich przedsiębiorców i urzędników, w wyniku których mocno uwypuklił się wątek dystrybucji unijnych środków na Podkarpaciu w czasach, gdy marszałkiem województwa był wspomniany Karapyta. Okazało się m.in. że to marszałek i jego ludzie inicjowali powstawanie różnego rodzaju podmiotów zewnętrznych, które miały za zadanie odgrywanie roli pierwszego filtra wniosków o dotacje ze środków unijnych, które następnie trafiały do Urzędu Marszałkowskiego w Rzeszowie. Oficjalnie podmioty te miały one zadbać o to, aby wnioski zostały poprawnie przygotowane. W rzeczywistości, jak wyszło ze śledztwa instytucje te uczestniczyły w stworzonym nieformalnie systemie ich „pozytywnego załatwiania”, oczywiście za tzw. odsypem, który uzależniony był od wysokości dotacji. Jeden z takich podmiotów, gdzie przygotowywano wnioski przedsiębiorcom, pobierał sam „odsypy” od nich w formie wycieczek do orientalnych krajów.

W związku z unijnymi dotacjami na Podkarpaciu powstał cały szereg innych mechanizmów korupcyjnych, które w praktyce decydowały o tym, kto i w jakiej wysokości otrzyma unijne środki. Było zresztą o co walczyć. Środki na inwestycje współfinansowane z funduszy unijnych dla województwa podkarpackiego w Strategii Rozwoju Kraju na lata 2007-2015 to kwota, która wynosiła dokładnie 2 746,91 mln euro. Obejmowała alokację na Regionalny Program Operacyjny (RPO), regionalny komponent PO „Kapitał Ludzki” oraz PO „Rozwój Polski Wschodniej”. Za wydatkowanie tych środków odpowiedzialny był właśnie marszałek Karapyta, nad którym ciąży obecnie aż 16 zarzutów karnych, z których większość ma charakter korupcyjny. Wśród tych zarzutów jest także ten, który związany jest z dystrybucją unijnych środków na Podkarpaciu. Jednak nie tylko afera korupcyjna na Podkarpaciu rzuciła światło na problem wydatkowania w Polsce unijnych funduszy. Wiedzy na ten temat dostarczyły CBA także inne sprawy korupcyjne, jakie Agencja prowadziła w ostatnich latach. Wojtunik miał zatem już sporą wiedzę na temat tego, w jaki sposób wydatkowane są środki unijne. Jednak ze względów politycznych, żadnych działań systemowych nie mógł podjąć. Dał jednak upust swojej wiedzy w czerwcu 2014 r., podczas kolacji w warszawskiej restauracji „Sowa i Przyjaciele” spożytej wspólnie z Elżbietą Bieńkowską – wówczas ministrem infrastruktury i rozwoju regionalnego. W ujawnionym opinii publicznej nagraniu tej rozmowy szef CBA mówił m.in. o korupcji przy dystrybucji i wykorzystaniu unijnych funduszy. Jednak po ujawnieniu tego nagrania wtedy uwagę opinii publicznej w Polsce zwróciły zupełnie inne wątki rozmowy Wojtunika z Bieńkowską, znacznie barwniejsze od sprawy unijnych funduszy. Ta musiała poczekać wiele miesięcy, aż nastąpiła w Polsce zmiana władzy.

Będące przy władzy PiS nie musi obawiać się już nikogo, rządzi samodzielnie. Szef CBA Ernest Bejda ma pełne polityczne poparcie, aby wreszcie zająć się wydatkowaniem w Polsce unijnych funduszy. I właśnie zaczął to robić.

————————————————

Więcej w najnowszej „Gazecie Finansowej”

Autor

Najnowsze