3 C
Warszawa
niedziela, 27 listopada 2022
Advertisement

Edukacyjne El Dorado

Koniecznie przeczytaj

Tak naprawdę Rosja nie wie sama, ile ma szkół wyższych i uniwersytetów. Oficjalne dane mówią o 1,2 tysiącach, nieoficjalnie takich placówek może być nawet o tysiąc więcej, a dokładne rozpoznanie utrudnia fakt, że spora część z nich działa tylko wirtualnie.

Zamiast wstępu, tym razem zagadka: jaki rodzaj rosyjskiej przestępczości może pochwalić się zyskiem porównywalnym z branżą narkotykową? Niespodzianka: to wcale nie przemyt broni, ani handel żywym towarem, chodzi o podrabianie dyplomów szkół średnich i wyższych uczelni. Jak szacują rosyjskie media, czyste dochody fałszerzy sięgają rocznie 1,6 mld euro, a i to prawdopodobnie tylko wierzchołek góry lodowej. Jednak to nie koniec edukacyjnego El Dorado, bo niezwykle zyskowną niszę znalazły firmy pośredniczące w publikacji rosyjskich artykułów naukowych na łamach międzynarodowych periodyków. Jakie przyczyny stoją za tak niezwykłymi metodami uzyskiwania przestępczych dochodów?

Pęd do wiedzy

Wypada rozpocząć od suchych danych, które muszą napawać dumą społeczeństwo, a przede wszystkim Kreml, zadając kłam hipotezie o upadku rosyjskiej cywilizacji. Otóż Rosjanie przodują w światowych statystykach edukacyjnych, mierzonych liczbą absolwentów wyższych uczelni. Efekt wręcz poraża, bo ponad 53,5 proc. rosyjskiej populacji w tzw. wieku produkcyjnym może wykazać się dyplomami szkół wyższych i uniwersytetów. Na przykład w 2013 r. był to najwyższy wskaźnik przysłowiowego pędu do wiedzy ludności państw OECD. Nic dziwnego, że równie imponująco wyglądają statystyki średniego wykształcenia Rosjan, potwierdzone świadectwami systemu JGE (Jednolitego Egzaminu Państwowego), czyli odpowiednika naszej matury. I tu następuje niejaka konfuzja, bo wg rosyjskich mediów 26 proc. wszystkich dyplomów akademickich to mniej lub bardziej bezczelne fałszywki, za które rosyjskich kodeks karny przewiduje wyrok pozbawienia wolności do lat dwóch. To znaczy za poświadczanie nieprawdy poprzez okazywanie fałszywych dokumentów. Sama organizacja fałszerstwa, czyli produkcja podrobionych świadectw państwowych to już kwestia pięciu, a nawet dziesięciu lat odsiadki, w zależności od stopnia szkodliwości czynu. Jaki jest efekt przestępczej kooperacji? W 2015 r. rosyjski system szkolnictwa ponadpodstawowego i wyższego „wypuścił” w świat ok. miliona abiturientów różnych specjalności, których kwalifikacje zawodowe i naukowe poświadczył państwowy certyfikat odpowiedniej kategorii. Niestety nawet ok. 500 tys. z nich posługuje się sfałszowaną dokumentacją. Szokuje także cennik dobrych usług, potwierdzając powszechność kryminalnych praktyk. Fałszywy dyplom dowolnego uniwersytetu kosztuje jedynie 15 tys. rubli, czyli ok. 500 dolarów, wg kursu wymiany sprzed dwóch lat.  Jednak zgodnie z informacjami samych zainteresowanych, taka proporcja cenowa utrzymuje się także dziś pomimo dwukrotnej dewaluacji narodowej waluty. Natomiast dużo więcej, bo ok. 150 – 200 tys. rubli, czyli ok. 6,5 tys. dolarów w cenach 2013 r. kosztuje identyczny dyplom, ale nostryfikowany w państwowym rejestrze elektronicznym dyplomów szkół wyższych i ponadpodstawowych, który utworzono w tym samym roku. Różnica w cenie to oczywiście zapłata za serię przestępczych manipulacji, ale dla chcącego nic trudnego. Tym bardziej że tak naprawdę Rosja nie wie sama, ile ma szkół wyższych i uniwersytetów. Oficjalne dane mówią o 1,2 tysiącach, nieoficjalnie takich placówek może być nawet o tysiąc więcej, a dokładne rozpoznanie utrudnia fakt, że spora część z nich działa tylko wirtualnie. Dlatego nie dziwi liczba usługodawców chcących pomóc człowiekowi w edukacyjnej potrzebie. Kto nie wierzy, niech wpisze w dowolnej rosyjskiej wyszukiwarce hasło: dyplom potrzebny od zaraz. Ilość stron kontaktowych sięga 100 tys. A przestępczy biznes działa tak dobrze, że spora część podrobionych dokumentów wykonywana jest na oryginalnych blankietach państwowej mennicy, a więc na tzw. drukach ścisłego zarachowania. Pozostałe fałszywki mogą wykazać się wszystkimi dwudziestoma zabezpieczeniami, w tym znakami wodnymi i specjalnymi włóknami, o równie doskonałych pieczęciach i podpisach nie wspominając. Przestępcy dbają nawet o oryginalny rodzaj tuszu lub szerokość i kolor długopisów kulkowych używanych do ręcznego zapełniania dokumentów w konkretnym roku wydania dyplomu. Nic dziwnego, że interes kwitnie i przynosi krociowe zyski. Najdziwniejsze jest jednak to, że w Rosji nikt nie przeciwdziała podrabianiu wykształcenia. Kreml może wykazać się przecież najskuteczniejszym systemem edukacji na świecie. Pracodawcy są zadowoleni, bo firmy pośrednictwa pracy wywiązują się z zadania naboru wyspecjalizowanych kadr. Same kadry, czyli Rosjanie, są najbardziej szczęśliwe, gdyż spełniając wymogi pracodawców, zarabiają w końcu wymarzone ruble. Najbardziej komfortowo czują się fałszerze, mówiąc, że ich praca jest wręcz potrzebna ojczyźnie i społeczeństwu. Podobnie zadowolona jest policja, która doskonale zdaje sobie sprawę ze skali procederu, ale czerpie z niego równie krociowe zyski korupcyjne. Pora zatem przyjrzeć się detalom podporządkowanym najprostszemu prawu ekonomii, czyli współzależności popytu i podaży.

Popyt

Jak twierdzi magazyn ekonomiczny „Dieńgi”, tylko w marcu 2015 r. ilość wejść na internetowe strony fałszerzy dokumentów przekroczyła 57 tys., co oznacza stałe i intensywne zainteresowanie potencjalnych absolwentów. Jak wykazało dziennikarskie śledztwo, można ich podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowią licealiści, czyli w przypadku Rosji uczniowie 11 klasy. To oni w obliczu klęski edukacyjnej poszukują podrobionych atestatów JGE, czyli świadectw maturalnych. To nic, że od dwóch lat takie poświadczenie nie istnieje, bo władze zrezygnowały z formy papierowej na rzecz elektronicznej, która miała uporządkować korupcyjny proces kwalifikacji na studia wyższe. Jednak w większości rosyjskich rodzin do dziś panuje błogie przekonanie o kontynuacji dotychczasowej tradycji, dlatego niedoszli posiadacze matury decydują się na ryzyko okazania mamie i papie lipnego druku. Ceny nie są wygórowane, sięgają od 5 tys. rubli w górę, w zależności od poziomu technicznego zaproponowanego przez fałszerzy. Drugą grupą są niedoszli absolwenci szkół wyższych, którzy przez kilka lat prowadzili bujne życie towarzyskie, niedające się pogodzić z wymogami akademickimi. Dyplomy tego rodzaju są potrzebne szczególnie tym wiecznym studentom, na których nie najtańsze przecież utrzymanie w stołecznej Moskwie lub innym centrum uniwersyteckim łożyli rodzice. A ponadto w wieku 30 lat pora już wreszcie pomyśleć o jakiejś pracy, czego niezbędnym elementem jest państwowe poświadczenie wykształcenia, najlepiej wyższego. W tym segmencie popytu największe wrażenie robią więc dyplomy z farmaceutyki, prawa i administracji oraz takich dyscyplin, jak marketing i zarządzanie, psychologia i pedagogika, znacznie rzadziej nauki ścisłe. Trzecią i bodaj największą grupę potrzebujących stanowią tzw. poważni klienci w wieku 30–40 lat. Są zazwyczaj ustabilizowani życiowo i finansowo, a co ważne posiadają już jeden certyfikat wyższego wykształcenia. Pracują w największych państwowych korporacjach lub w administracji szczebla centralnego i regionalnego, ale ze względu na wymogi dalszej kariery zawodowej potrzebują dyplomu kolejnego kierunku studiów. Jest to więc grupa najbogatsza i najbardziej wybredna, bo w zamian za niemałe pieniądze żąda nie tylko fałszerstwa ze znakiem jakości, lecz także umieszczenia dyplomu w chronionym państwowym rejestrze elektronicznym. Kierowanie system spoczywa na Rosobrnadzorze – Rosyjskim Urzędzie Nadzoru Edukacyjnego, czyli instytucji o kompetencjach ministerstwa szkolnictwa. Dostęp do rejestru mają tylko szkoły ponadpodstawowe i wyższe uczelnie, które na podstawie decyzji rad pedagogicznych oraz naukowych przyznających dyplomy, wpisują doń corocznie kolejnych absolwentów. Oczywiście teoretycznie, bo jak się okazuje w praktyce, pomiędzy szkołami a organizacjami przestępczymi panuje owocna współpraca, która pozwala na swobodne manipulowanie danymi osobowymi, czyli zawartością rejestru. Jednak to już kryminalna kuchnia. W każdym razie fałszerze mają pełne ręce roboty, co po części wynika z ich własnej akcji marketingowej, prowadzonej pod hasłem: nie trać czasu na naukę, zapłać i odbierz dyplom już dziś! Jak twierdzą przedstawiciele parlamentarnej komisji do spraw przeciwdziałania korupcji, jeśli rynek takich usług obejmuje corocznie ok. pół miliona certyfikatów wykształcenia, to ilość dyplomów akademickich sięga ok. 100 tys. Z tym że jak twierdzi miarodajny ośrodek Obrony Praw Demokracji INDEM, prowadzący stałe badania socjologiczne zjawiska korupcji, parlamentarne szacunki są znacznie zaniżone. Ze względu na naturalną zmowę milczenia pomiędzy klientami i usługodawcami faktyczna ilość transakcji może być wyższa nawet o 30 proc. Zdaniem INDEM potwierdza to w pełni systemowy skutek. Do państwowych korporacji, administracji rządowej, a szczególnie samorządowej przychodzą pracownicy pozbawieni elementarnej wiedzy i profesjonalnego przygotowania. Nieudacznicy, którym powinno się zakazać nie tylko kariery zawodowej, ale prawa podejmowania jakichkolwiek decyzji. Tymczasem to właśnie oni nadzorują gospodarkę, sprawy obywatelskie i socjalne, kierując się kompletnie nieadekwatnym sposobem myślenia. I jak wykazuje pobieżny nawet przegląd rosyjskich środków mediów, afery z podrobionymi dyplomami w roli głównej stosunkowo często wychodzą w przestrzeń publiczną. Jednak tylko dlatego, że są elementem brudnej wojny na materiały kompromitujące, w ramach których wrogie grupy interesów na różnym szczeblu poszukują wzajemnych „haków” w życiorysach. Nieprzypadkowo rejestr dyplomów cieszy się największą oglądalnością w czasie lokalnych i regionalnych kampanii wyborczych oraz opłacanych akcji kompromitujących, prowadzonych z użyciem prasy. Ofiarami wojny na dyplomy padają najczęściej prokuratorzy, sędziowie oraz deputowani parlamentów poszczególnych obwodów lub republik narodowościowych. Często trafiają się policjanci, a przekrój profesjonalny potwierdza tylko masowość procederu posługiwania się fałszywą dokumentacją w celu uzyskania stanowiska. Jednak szczególną grupę umownie prześladowanych z powodu lipnego wykształcenia stanowią merowie, czyli po polsku prezydenci rosyjskich miast. Dlaczego? Rosyjskie ustawodawstwo, z wyjątkiem tzw. miast o znaczeniu federalnym (np. Moskwa i Petersburg), nie przewiduje wyborów na to stanowisko, tylko mianowanie przez deputowanych regionalnego parlamentu, a w praktyce przez gubernatorów prowincji. Jednym z najważniejszych kryteriów takiego konkursu pozostaje oczywiście fachowość mierzona świadectwami wykształcenia. Tym bardziej że to wykwalifikowani merowie realizują budżety miejskie i dotacje federalne. Jest to zatem jeden z najbardziej pożądanych, a zarazem skorumpowanych urzędów w Rosji, o czym świadczy zażarta walka kremlowskich grup wpływu o obsadę stanowisk prezydentów najważniejszych miast. Jej odzwierciedleniem jest liczba aresztowanych merów, która tylko w ostatnich latach sięga dziesiątek osób, oskarżonych o defraudacje i korupcję, czyli niepodzielenie się zyskami z odpowiednimi osobami w administracji rządowej oraz prezydenckiej. Zazwyczaj pierwszą salwą takich kampanii jest formalne oskarżenie o posługiwanie się sfałszowanym dyplomem wyższej uczelni. A jeśli chodzi o nie, to w sferze akademickiej panuje typowo rosyjski bałagan, który wykorzystują w pełni fałszerze. Rosobrnadzor przyznaje się do akredytacji 1,2 tys. uczelni, poczynając od zawodowych, poprzez różnego rodzaju akademie, na uniwersytetach kończąc. Tymczasem popularny tygodnik „Ogoniok” doliczył się ponad 2 tys. szkół wyższych. Jak to możliwe? Zdecydowana większość ośrodków działa wyłącznie w sferze wirtualnej, proponując kursy eksternistyczne, bo nawet nie zaoczne. Jedna z moskiewskich „akademii” ekonomicznych ma na przykład 6 studentów, a raczej figurantów studiów dziennych i ok. 900 eksternów, nie będąc żadnym wyjątkiem. Słowem, cały sens istnienia podobnych uczelni sprowadza się do fikcyjnego wykształcenia, w zamian za sute czesne, a więc do produkowania legalnych, choć kompletnie bezwartościowych dyplomów. Zresztą większość uczelni nie kryje się z taką intencją, oferując na przykład uzyskanie drugiego fakultetu w ciągu ośmiu miesięcy. Z takich możliwości nie korzysta tylko leniwy. I tak szereg deputowanych Dumy z partii LDPR skandalizującego Władimira Żyrinowskiego może wykazać się ukończeniem dwóch kierunków studiów, w tym akademii pedagogicznej w Tyraspolu. Sęk w tym, że jest to stolica separatystycznej Republiki Naddniestrzańskiej, nieuznawanej w świetle prawa międzynarodowego za państwo, podobnie jak wydawane tam dyplomy. Próby uporządkowania sfery akademickiej podejmowane przez Rosobrnadzor kończą się z reguły niepowodzeniem. Dziwnym trafem deputowani Dumy zadbali, aby pozbawić urząd prawa odbierania licencji tym uczelniom, które nie spełniają elementarnych kryteriów edukacyjnych. Urząd może wystosowywać ostrzeżenia, ale szkoła może zostać zlikwidowana tylko w przypadku postawienie zarzutów prokuratorskich, co zdarza się nader rzadko i nigdy nie jest związane z profilem działalności oświatowej. Z takiego bałaganu pełnymi garściami czerpie zorganizowana przestępczość fałszerska. Jednak uwaga, paradoksalnie tylko dzięki niej, w sferze dyplomów i certyfikatów panuje jeszcze jako taki porządek.

Podaż

Dziennikowi „Kommmiersant” udało się skłonić do zwierzeń jednego z byłych tuzów fałszerskiej działalności, dzięki czemu Rosjanie mogli przyjrzeć się kuchni tej sfery przestępczości. Otóż rynkiem kieruje od 15 do 20 grup, na czele z jeszcze radzieckimi fachowcami i weteranami. To oni są właścicielami zdecydowanej większość stron internetowych oferujących dyplomową pomoc. Są także organizatorami procederu, na który składa się sieć dilerów. Dilerzy organizują z kolei komercyjną sieć handlową, czyli kontakty z klientami, omawiają szczegóły kontraktu, takie jak cena, wymogi i czas realizacji zamówień. Na dole drabiny znajdują się kurierzy, którzy fizycznie rozwożą sfałszowane dokumenty oraz odbierają pieniądze. Grupy przestępcze wchodzą także w kontakt z wyższymi uczelniami i placówkami edukacyjnymi niższego szczebla, bo to one zajmują kluczowe miejsce w cyklu produkcyjnym. Służą przede wszystkim jako baza pozyskiwania czystych blankietów drukowanych przez państwową mennicę. To od pracowników administracyjnych pochodzą takie szczegóły jak pieczęcie, tusze oraz kolejne numery wydawanych dokumentów. Zresztą współpraca jest dwustronna, bo gdy skorumpowany rektor sprzeda na początku roku akademickiego zbyt dużo blankietów, na jesieni fałszerze za darmo wykonują brakujące egzemplarze. Przestępcy nie pozostawiają bez uwagi żadnego drobiazgu, łącznie z typowymi błędami ortograficznymi i stylistycznymi, charakterystycznymi dla pracowników, którzy w danym czasie wypisywali dyplomy lub świadectwa. Jeden z moskiewskich guru biznesu fałszerskiego ma w swoim posiadaniu kartotekę z 12 tys. pieczątek i faksymile uczelni z terenu b. ZSRR, co pozwala na realizację najbardziej ekscentrycznych i lukratywnych zamówień. Średni czas produkcji przeciętnego dokumentu zajmuje nie więcej niż trzy dni, a wszystkie organizacje posiadają filie w największych ośrodkach akademickich Rosji, zorganizowane wg przedstawionego schematu. To prawdziwa gałąź szaro-czarnej gospodarki tego kraju. Ale wracając do uczelni – wydmuszek, zwanych z tego powodu w Rosji – myjniami. Odgrywają kluczową rolę w procesie legalizacji dyplomów w oficjalnym rejestrze państwowym. Sprawa jest banalnie prosta, legalny dyplom takiej wydmuszki służy jako przykrywka jednoczesnego zarejestrowania sfałszowanego dyplomu z rzekomego drugiego fakultetu, czyli kolejnego kierunku studiów. I tylko dzięki kodeksowi honorowemu fałszerzy nie dochodzi jeszcze do ludzkich tragedii, spowodowanych działaniami lipnych specjalistów. Otóż niepisana umowa zakazuje fałszowania dyplomów lekarskich oraz licencji pilotów lotnictwa cywilnego. Cóż, przestępcy, podobnie jak inni obywatele korzystają z usług służby zdrowia i linii lotniczych. Po długim sporze wewnętrznym zdjęto jednak ograniczenia na dyplomy farmaceutów oraz prawników. Na koniec można tylko zapytać, a co robi policja? Odpowiedź jest nieskomplikowana jak sama Rosja. Policja o wszystkim wie i nie robi nic, ponieważ korzysta na przestępczym procederze. Najczęściej na gorącym uczynku chwytani są kurierzy, znacznie rzadziej dilerzy. Jednak tylko po to, aby omówić finansowe warunki dalszej współpracy, czyli policyjnej kryszy – ochrony. Każda grupa przestępcza opłaca w ten sposób policji swobodę działania. O tym, że są to z pewnością niemałe pieniądze, świadczą ciągłe alarmy podnoszone przez renomowane uczelnie, a szerzej uczciwą część środowiska akademickiego, oczywiście w kwestii fałszowania dokumentacji ukończenia studiów. Alarmy spotykają się jednak z krótką, acz klarowną odpowiedzią MSW: to nie jest nasza kompetencja. Jakby było mało, niszę na szarym rynku edukacyjnym odnalazły ostatnio firmy, które w nader pokrętny sposób pośredniczą w publikacji artykułów naukowych na łamach renomowanych periodyków międzynarodowych. A kto jest temu winien – oczywiście Władimir Putin.

Nauka w procentach

Od dawna wiadomo, że nic nie przemawia do umysłu rosyjskiego prezydenta tak jak cyfry i procenty. W przypadku publikacji naukowych najwyraźniej ktoś podsunął Putinowi światową statystykę, zgodnie z którą rosyjscy naukowcy i badacze byli w 2015 r. autorami 2,3 proc. światowych publikacji. Prezydentowi popsuł humor fakt, że w rosyjskiej nauce postępuje regres, bo w 2001 r. ilość publikacji odpowiadała trzem procentom globalnych zasobów. Niewątpliwie w jeszcze gorszy nastrój wprowadził Putina fakt, że w tym samym czasie chińscy badacze zwiększyli swój światowy udział do 7,2 proc. Kreml wydał więc dyrektywę o zwiększeniu ilości naukowych artykułów opublikowanych w renomowanych periodykach do 2,44 proc. Skąd te ułamki? – wie tylko sam Putin, ale na rosyjski świat akademicki padł blady strach. Fundamentem rosyjskiej nauki nie są renomowane uniwersytety, tylko skostniała Rosyjska Akademia Nauk, której mocno posunięci w latach członkowie w życiu nie napisali żadnego artykułu, a co dopiero w języku angielskim. Mało tego, bo Kreml postąpił perfidnie i od ilości publikacji uzależnił wydzielanie państwowych grantów badawczych, oznaczających dotąd bezpłatne i długoterminowe wakacje na koszt Rosji. Od czegóż jednak kapitalistyczna pomysłowość. Jak grzyby po deszczu powstają firmy oferujące nie tylko skuteczne pośrednictwo z zachodnimi redakcjami, ale także gwarantujące pojawienie się autora w renomowanym indeksie Web of Science, na podstawie ilości cytatów w światowej prasie naukowej. Wszystko za niewygórowaną cenę 5–6 tys. dolarów, włączając koszty zredagowania, tłumaczenia, rosyjskich recenzji i zachodnich honorariów. Z tym że jak dowiedział się dziennik „Kommiersant” zasada publikacji jest zupełnie inna. Do autora należy tylko tłumaczenie w języku angielskim, a renomowane periodyki same robią resztę, bo decydującym kryterium jest tylko i wyłącznie wartość naukowa artykułu oceniona przez własnych recenzentów. Rosyjskie opinie nie są brane pod uwagę, podobnie jak wszystkie inne. Gdzie zatem leży intryga? Po pierwsze, rosyjskie artykuły naukowe zaczęto publikować w zachodnich periodykach, tyle że lipnych, bo specjalnie powstałych niedawno i poświęconych wyłącznie rosyjskim autorom. Kilkanaście takich tytułów powstało w Niemczech, Austrii, Czechach, a nawet Wielkiej Brytanii. Po drugie, Duma przeforsowała ustawę o rekompensacie autorom kosztów takich publikacji, a są to niemałe środki. Na przykład ośmiu badaczy Uniwersytetu Uralskiego pozyskało w ten sposób ponad pół miliona rubli. I po trzecie, dzięki podobnym przekrętom naukowcy, którzy nigdy nie mieliby merytorycznych szans na umieszczenie swojego artykułu w poważnym magazynie naukowym mogą odetchnąć z ulgą, podobnie jak cała akademia nauk. Los ich państwowych grantów, a więc dalszy byt materialny jest niezagrożony. A co z poziomem publikacji? W 2015 r. Web of Science odnotował 40 206 artykułów rosyjskich uczonych, które były cytowane w światowej prasie fachowej. Podobna ilość jest prognozowana na ten rok i firmy pośredniczące nie mają z tym nic wspólnego. Jednak oprócz skostniałego środowiska naukowego Rosji to one są największym wygranym, jako że same wykreowały cały geszeft. Ciekawe tylko, kiedy w kolejnym oszustwie edukacyjnym zorientuje się Władimir Putin?

Autor

Poprzedni artykułZamach na oszczędności
Następny artykułZero haraczu!

Najnowsze