8.7 C
Warszawa
niedziela, 25 września 2022

Futbol oszalał

Koniecznie przeczytaj

Za najlepszych piłkarzy trzeba dziś zapłacić ok. 100 milionów euro. Niedawno padł kolejny rekord – angielski Manchester United kupił francuskiego pomocnika, Paula Pogbę, za 105 milionów euro. Federacje rządzące piłką nożną (FIFA, UEFA) starają się zaostrzyć politykę transferową klubów, jednak robią to nieudolnie i ostatecznie cierpią na tym drużyny mniej zamożne. Dokąd zmierza futbol, kto wykłada tak astronomiczne sumy, czy FIFA oraz UEFA przeszkadzają w wolnorynkowym rozwoju futbolu?

Historia rekordowych transferów rozpoczęła się na Wyspach Brytyjskich pod koniec XIX wieku. Pierwsza trzycyfrowa transakcja miała miejsce w 1893 roku, gdy Willie Groves został kupiony przez Aston Ville od West Bromwich Albion za sto funtów. Dwanaście lat później padła pierwsza czterocyfrowa suma – angielski Sunderland wyłożył tysiąc funtów i odkupił od innej angielskiej drużyny, Middlesbrough, Alfa Commona. W okresie międzywojennym, w 1928 roku, przekroczono kolejną barierę. Tym razem londyński Arsenal wzbogacił się o 10 890 funtów sprzedając Jacka Davida do Bolton Wanderes. Kolejny rekord transferowy padł poza granicami Wielkiej Brytanii. Argentyńskie River Plate kupiło zawodnika za 23 tysiące funtów. Pierwsza sześciocyfrowa (152 tysiące funtów) transakcja została zawarta w 1961 roku pomiędzy hiszpańską Barceloną a mediolańskim Interem. Rok po mundialu w Niemczech kwota transferu przekroczyła milion funtów (1,2 mln). Tym razem do transakcji doszło na Półwyspie Apenińskim, gdzie włoskie Napoli odkupiło Giuseppe Savoldi’ego od Bologni. 17 lat później po raz pierwszy pojawiło się osiem cyfr w kontrakcie – inny włoski klub, AC Milan, dobił targu z Marsylią i zapłacił za piłkarza  10 mln funtów.

Od tamtego czasu (1992 rok) transferowe rekordy zmieniały się kilkunastokrotnie. Ostatnia głośna transakcja zawarta pomiędzy Manchesterem United a Juventusem Turyn znów wywołała dyskusję o tym, w którym kierunku zmierza futbol. Coraz więcej wiemy o tym, kto stoi za sterami europejskich gigantów, a dzięki „wyciekom” (tzw. Football Leaks) możemy poznać szczegóły kontraktów najdroższych piłkarzy świata.

Galaktyczny projekt

Nieprzypadkowo, gdy myślimy o najbogatszym klubie świata i o najdroższych transferach, przychodzi nam na myśl hiszpański Real Madryt. Za sterami „królewskich” stoi hiszpański biznesem Florentino Perez, plasujący się regularnie w piątce najbogatszych Hiszpanów.

W 2000 roku, wtedy 53-letni przedsiębiorca z sektora budowlanego, postanowił wystartować w wyborach na prezesa klubu ze stolicy. Szanse były niewielkie. Dotychczasowy sternik Realu, Lorenzo Sanz, postanowił nieoczekiwanie rozpisać wybory na prezesa, chociaż jego kadencja miała zakończyć się dopiero za rok. Był to sezon, w którym drużyna z Madrytu święciła triumfy na europejskim podwórku. Na fali sukcesów klubowych prezes Sanz chciał umocnić swoją pozycję i zapewnić sobie kadencję na kolejne lata.

W tym czasie, w znienawidzonej w Madrycie Barcelonie najlepszym piłkarzem, obok Brazylijczyka Rivaldo, był Portugalczyk Luis Figo, jeden z najlepszych ofensywnych pomocników w historii futbolu. Kiedy Lorenzo Sanz bawił się na weselu swojej córki, jedna z rozgłośni radiowych podała informację, która szybko zamieniła weselną sielankę, w grobową atmosferę. Mało znany przedsiębiorca i były polityk, Florentino Perez, dobił targu z Luisem Figo. Ten ostatni miał przejść do Realu Madryt, tylko w przypadku, gdy w wyborach na prezesa klubu zwycięży właśnie Florentino Perez. Portugalczyka skusiła propozycja trzykrotnie wyższej pensji od tej, którą inkasował w Barcelonie. Kwota transferu wyniosła 62 miliony euro i została niemal w całości zapłacona z kieszeni nikomu nieznanego przedsiębiorcy. Od tamtej pory Luis Figo był najbardziej znienawidzoną osobą w Barcelonie, a kiedy Real Madryt przyjeżdżał na Camp Nou (nazwa stadionu Barcelony) w jego kierunku leciały nie tylko wyzwiska, ale i prawdziwy świński łeb.

Tak w wielkim skrócie rozpoczęło się to, co Perez nazwał „galaktycznym projektem”, którego motto brzmiało: „najlepsi piłkarze za wszelką cenę”. Stanowisko prezesa piastuje, z trzyletnią przerwą (2006-2009), do dziś. W tym czasie Real Madryt kupił piłkarzy o łącznej wartości prawie 1,2 miliarda euro. Podczas pierwszej kadencji w stolicy Hiszpanii grały takie gwiazdy jak Zinedine Zidane (aktualny trener „Królewskich”), kupiony za 75 mln euro, Ronaldo (ten brazylijski) – 46 mln, David Beckham – 37,5 mln oraz Michael Owen – 12 mln.

W drugiej kadencji (2009-obecnie) Florentino kontynuował swoją politykę transferową. Już w 2009 roku sprowadził do Madrytu piłkarzy o łącznej wartości 260 mln euro. Wśród zawodników, którzy zasilili Real Madryt znalazł się Portugalczyk Cristiano Ronaldo, za którego Manchester United zainkasował 94 mln euro, co wówczas było rekordem transferowym. Rekord ten utrzymał się do 2013 roku, kiedy nie kto inny, jak Florentino Perez dobił targu z Danielem Levy, właścicielem angielskiego Tottenhamu i kupił walijskiego skrzydłowego, Garetha Bale’a, za 100 mln euro. Był to pierwszy dziewięciocyfrowy transfer. Dużo spekulowało się o tym, czy rzeczywiście Walijczyk był droższy od Ronaldo. Wątpliwości zostały rozwiane, gdy światło dziennie ujrzały szczegóły kontraktu Bale’a. Włodarze „Kogutów” do ostatniej chwili podbijali stawkę, chcąc zatrzymać gwiazdę w swoich szeregach. O sile negocjacyjnej „Królewskich” może świadczyć komentarz udzielony przez ówczesnego trenera Tottenhamu. „Wpływ takiego klubu jak Real Madtyt jest bardzo duży i w końcu dochodzi się do punktu, w którym trzeba brać pod uwagę, czy zatrzymanie zawodnika w klubie jest w ogóle możliwe” – skonstatował Andre Villas-Boas.

Skąd Florentino Perez miał pieniądze na swój pierwszy wielki transfer (62 mln euro za Luisa Figo)? Hiszpan jest jednym z najbogatszych ludzi na Półwyspie Iberyjskim. Jego majątek Forbes wycenia na 1,6 mld dolarów. Steruje jedną z największych firm budowlanych na świecie – Actividades de Construcción Servicios (ACS). Grupa ACS zatrudnia ponad 200 tys. pracowników, a jej roczny dochód netto regularnie przekracza 2 mld euro. To pozwoliło Hiszpanowi zapewnić gwarancje finansowe dla agenta Luisa Figo i stworzyć od podstaw „galaktyczny projekt”. Florentino Perez zapoczątkował zabójczy wyścig, do którego niedługo później włączyły się katarskie petromiliardy, rosyjscy magnaci i… przewodniczący Chińskiej Republiki Ludowej, Xi Jinping.

Petromiliardy w futbolu

W ostatnich latach zakup (przejęcie) klubu piłkarskiego stał się popularnym kaprysem wśród miliarderów pochodzących z Bliskiego Wschodu. W 2008 roku szejk Mansour bin Zayed Al Nahyan, pochodzący ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) i działający rzecz jasna w sektorze naftowym, kupił za 200 milionów funtów 87 proc. udziałów w angielskim klubie Manchesterze City. Majątek szejka wyceniany jest na, bagatela, 30 mld euro, co stawia go na pierwszym miejscu wśród najzamożniejszych właścicieli klubów na świecie. Transakcja miała swój polityczny kontekst, miliarder jest bowiem jednocześnie wicepremierem ZEA oraz członkiem rodziny panującej w Dubaju (jest m.in. kuzynem obecnego prezydenta ZEA).

Miliardy z Półwyspu Arabskiego bardzo szybko przełożyły się na rezultaty sportowe. Po 44 latach posuchy w sezonie 2011/12 udało się wygrać ligę angielską i powtórzyć ten sukces dwa sezony później. Manchester City wskoczył tym samym do najwyższej „ligi finansowej”. Petromiliardy pozwoliły na zakontraktowanie takich piłkarzy jak Argentyńczyk Sergio Aguero (55 mln euro), czy też Belg Kevin De Bruyne (74 mln euro) oraz ściągnięcie znanego hiszpańskiego trenera Pepa Guardolę, którego szejkowie obdarowali roczną pensją 12 mln euro (w przypadku spełnienie niektórych zapisów umowy kwota ta może wzrosnąć do 18 mln).

Chińska ofensywa

Pozostałe 13 proc. udziałów w Manchesterze City posiada chiński rząd. Państwowa firma została powołana specjalnie po to, by móc „podpatrzeć”, jak działają europejscy giganci. Za mniejszościowy pakiet Chińczycy wyłożyli 400 mln euro. W negocjacjach poprzedzających zawarcie umowy uczestniczył sam przewodniczący Chińskiej Republiki Ludowej, Xi Jinping. Na stadionie Manchesteru City z chińską delegacją spotkał się ówczesny premier Wielkiej Brytanii David Cameron. To, że Chiny wytoczyły najcięższe działa, nie jest już dla nikogo tajemnicą. W plan reaktywacji futbolu Państwa Środka zaangażowało się państwo oraz wielki biznes. Celem jest przepływ europejskiego know-how oraz stworzenie z reprezentacji Chin światowej potęgi.

Oprócz inwestycji w Manchesterze, Chińczycy mają również udziały w angielskiej Aston Villi. Klub jest w 100 proc. kontrolowany przez miliardera Tony’ego Xia, którego majątek wyceniany jest na 1 mld euro. Miliony z Azji zasiliły również konta madryckiego Atletico, w którym 28 proc. udziałów należy do chińskiego konsorcjum. W zimowym okienku transferowym sezonu 2015/16 chińskie kluby wydały więcej pieniędzy niż ligi angielska i hiszpańska razem wzięte. Łączna wartość sprowadzonych do Państwa Środka piłkarzy wyniosła ćwierć miliarda euro. Jangsu Sinning, drużyna ze środkowej części tabeli ligi chińskiej, stoczyła zażarty bój z angielskim Liverpoolem o Brazylijczyka Alexa Teixeirę. Stojący za sterami „The Reds”, amerykański miliarder (majątek 1,5 mld funtów) John W. Henry, musiał uznać wyższość chińskiego „średniaka”. Jangsu Sinning kupił Brazylijczyka za 50 mln euro i zagwarantował mu roczną pensję wynoszącą ok. 8 mln.

Nie dla funduszy

FIFA i UEFA od kilku lat próbują unormować rynek transferowy. Chodzi o to, by prywatny inwestor lub wyspecjalizowany fundusz inwestycyjny nie mogli ze średniego klubu uczynić światowej potęgi. Zdaniem wielu ekspertów niektóre regulacje zabijają wolny rynek transferowy i godzą w interesy mniej zamożnych zespołów.

W 2014 roku komitet wykonawczy FIFA zakazał tzw. Third-Party Ownership (T-PO). Na podstawie tego mechanizmu fundusz inwestycyjny mógł wyłożyć brakującą kwotę transferu i tym samym uzyskać „prawo do piłkarza”. Proporcje inwestycji na rynku europejskim wahały się od 10 do nawet 99 proc. wartości piłkarza. W przypadku późniejszej sprzedaży zawodnika, fundusz inkasował kwotę odpowiadającą proporcji wniesionego wkładu. To właśnie dzięki temu mechanizmowi Atletico Madryt w ostatnich latach zbudowało swoją potęgę. Z długiem wynoszącym 0,5 mld euro madrycki klub mógł pozwolić sobie na zakontraktowanie Kolumbijczyka Radamela Falcao, który kosztował wówczas 40 mln euro. Włodarze Atletico wyłożyli wtedy mniej niż połowę wartości piłkarza, a pozostałą część sfinansował fundusz inwestycyjny.

W Ameryce Południowej, Hiszpanii i Portugalii aż 80 proc. transferów odbywa się z funduszem w tle. Ligii europejskie mają jeszcze 2 lata na dostosowanie się do nowych wytycznych FIFA. Dla większości z nich nowy reżim oznacza brak możliwości konkurowania z gigantami pokroju Realu Madryt. Polityka finansowa małych klubów opiera się w głównej mierze na kupnie perspektywicznego piłkarza, zatrzymaniu go przez 2/3 lata, późniejszej sprzedaży i zainkasowaniu zysku. Podczas gdy dochody np. angielskich klubów opierają się na sprzedaży praw telewizyjnych i marketingowych (50-60 proc. wszystkich dochodów). W konsekwencji zakaz T-PO spowoduje, że bogate kluby będą przeprowadzać pomiędzy sobą drogie transfery, kluby zaś z niższej półki stracą możliwość konkurowania na rynku transferowym.

Finansowe Fair Play

Poprzedni przewodniczący UEFA, Michel Platini, wprowadził tzw. Finansowe Fair Play. W dużym skrócie- w myśl przyjętych regulacji prywatny właściciel klubu nie może swoim kapitałem zasilać klubowego konta. Oznacza to, że pieniądze miliardera nie mogą pomóc klubowi w zakontraktowaniu drogiego piłkarza. Fundusze na transfer muszą w większości pochodzić z tzw. statutowej działalności, a więc głównie dochodów z tytułu transferów, sprzedaży praw marketingowych i telewizyjnych. Nowe przepisy dopuszczają jednak 45-milionową stratę klubu przypadającą na jeden sezon (w kolejnych sezonach dopuszczalna strata ma wynieść 30 mln euro).

Rzeczywistość pokazała, że Finansowe Fair Play nie przeszkadza potęgom klubowym na pobijanie kolejnych rekordów transferowych. W letnim okienku transferowym sezonu 2016/17 Juventus Turyn sprzedał, wspomnianego wcześniej Paula Pogbę, za 104 mln euro i dzięki temu mógł pozwolić sobie na zakontraktowanie Argentyńczyka Higuaina za 90 mln euro. W rezultacie, podobnie jak to miało miejsce w przypadku T-PO, nic nie stoi na przeszkodzie, by zamożne drużyny pobijały kolejne rekordy transferowe.

Klauzula odejścia Cristiano Ronaldo wynosi miliard euro, Messiego 0,25 mld (plus 56 proc. podatku obowiązującego w Katalonii). Na dziś takie zapisy w umowach oznaczają, że do czasu zakończenia kontraktu piłkarz nigdzie się nie ruszy. Jednak w 1893 roku, kiedy kwota transferu składała się z trzech cyfr, nikt nie przypuszczał, że za ponad sto lat znajdzie się klub, który wyłoży milion razy więcej za jednego zawodnika. I nie byłoby w tym nic niestosownego, gdyby organizacje rządzące futbolem nie premiowały klubów bogatych kosztem mniej zamożnych. Bo albo zapewniamy wolny rynek, gdzie szejk z Kataru może z Wisły Płock uczynić drużynę pokroju Aston Villi, albo, jeśli naprawdę rażą nas dysproporcje w klubowych budżetach, nakładamy na najbogatsze kluby progresywny podatek dochodowy. Nie ma nic pomiędzy.

Autor

Poprzedni artykułImperium Ramzana
Następny artykułCSR w branży finansowej

Najnowsze