20.2 C
Warszawa
sobota, 2 lipca 2022

Potrzeba drugiego Bukaresztu, nie Budapesztu

Koniecznie przeczytaj

Wicepremier Morawiecki zainaugurował objęcie stanowiska ministra finansów zapowiedzią kolejnej podwyżki podatków. Tymczasem w Rumunii od wielu miesięcy gospodarka kwitnie dzięki śmiałej redukcji VAT-u.

Decyzja o obniżce stawek VAT-u zapadła jeszcze w 2015 roku, a wszystkie zmiany weszły w życie wraz z początkiem 2016 roku. Obowiązująca wcześniej 24-procentowa stawka została zastąpiona 20-procentową. W planach jest także dalsze jej obniżenie do poziomu 19 proc., a w przypadku wybranych towarów nawet do 9 proc. (taka stawka obowiązuje zresztą już dziś na żywność). Unia Europejska od lat pilnuje, aby w całej Unii Europejskiej nikt nie posiadał niższych stawek VAT-u niż Niemcy (19 proc.), dlatego Rumuni obniżyli swoje stawki do maksymalnie akceptowalnego politycznie poziomu, choć i tak nie obyło się bez przysłowiowej „bury” ze strony międzynarodowych instytucji oraz silniejszych państw. Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Komisja Europejska ostro skrytykowały Bukareszt, lecz na szczęście miejscowi politycy skorzystali z szansy i w zakresie stawki najbardziej dochodowego dla instytucji państwa podatku postanowili być tak bardzo konkurencyjni, jak to tylko politycznie możliwe.

Lepiej niż straszyli

Rezultaty tego śmiałego posunięcia okazały się nader pomyślne. Po pierwsze, wpływy budżetowe z tytułu VAT-u nie spadły, lecz utrzymały się praktycznie na tym samym poziomie (odnotowując marginalny spadek rzędu 0,2 proc.). Jednocześnie znacząco wzrosła dynamika sprzedaży detalicznej – w czerwcu w ujęciu rocznym aż o prawie 8 proc. Rumuni kupują więcej żywności, w przypadku niektórych artykułów wzrost sprzedaży wyniósł nawet więcej niż 20 proc. Jednym słowem, wbrew obawom fałszywych przyjaciół nie nastąpiła wcale żadna katastrofa.

Rumuński rząd zdecydował się także na drastyczną redukcję stawek podatkowych dla samozatrudnionych mikroprzedsiębiorców, którzy zatrudniając przynajmniej dwóch pracowników, muszą płacić zaledwie 1 proc. podatku dochodowego. Zmiany te spowodowały nagły wzrost przychodów budżetowych, które wzrosły aż o 7 proc. Jednocześnie rumuński Produkt Krajowy Brutto zaczął rosnąć szybciej niż poprzednio, osiągając wynik ponad 4 proc. już w pierwszym kwartale 2016 roku. Wedle niektórych prognoz wzrost ten może wynieść na koniec roku nawet 5,1 proc., a w 2017 roku 5,8 proc. W tym samym czasie, kiedy Rumunia dokonała cięć podatkowych i zaczęła czerpać korzyści z większej wolności gospodarczej, w Polsce tempo wzrostu PKB wyraźnie wyhamowało i spadło w drugim kwartale do 3,1 proc. Pozostałe kraje Unii Europejskiej podążają w podobnym kierunku, pogrążając się w gospodarczym marazmie. Jak do tej pory jedynym krajem, który zamierza pójść w ślady Rumunii, jest Bułgaria, której minister finansów zapowiedział, że poważnie rozważa wprowadzenie w swoim kraju analogicznych stawek VAT-u, w szczególności na żywność.

Rumunia skorzystała z przysługującego jej w ramach Unii Europejskiej prawa do redukcji wybranych stawek podatkowych do poziomu akceptowalnego przez Berlin i Paryż, dzięki czemu czerpie korzyści w postaci wyraźnego ożywienia gospodarczego. Politycy z Bukaresztu nie mogą oczywiście dokonywać dalszych cięć podatkowych, gdyż spotkaliby się ze wściekłym atakiem ze stromy Komisji Europejskiej oraz poszczególnych mocarstw, lecz niezwykle cenne jest samo doświadczenie ożywienia gospodarczego, które następuje w wyniku obniżki podatków. Tego doświadczenia najwyraźniej nie chcą dostrzegać politycy Prawa i Sprawiedliwości, którzy konsekwentnie stoją na stanowisku, że żadna obniżka podatków nie wchodzi w rachubę. Warto jednak zauważyć, że rumuński eksperyment po raz kolejny potwierdził dobrze znaną tezę, że niższe stawki podatkowe przyczyniają się nie tylko do wzrostu gospodarczego, lecz także do większych przychodów budżetowych. W przypadku Rumunii wpływy z tytułu VAT praktycznie nie uległy zmianie, za to wpływy z podatku dochodowego zdecydowanie wzrosły.

Tymczasem w Polsce były już minister finansów Paweł Szałamacha stracił pracę za to, że niedostatecznie szybko zwiększał przychody do budżetu, uszczelniając system podatkowy oraz wprowadzając nowe podatki. Szałamacha zasiadałby dziś zapewne dalej w Radzie Ministrów, gdyby tylko udało mu się namówić swoich kolegów z rządu do tego, aby zamiast uszczelniać system podatkowy, skłonić przedsiębiorców do płacenia daniny na rzecz państwa poprzez wprowadzenie bardziej atrakcyjnych stawek.

W czasie wyborów parlamentarnych w 2011 roku Jarosław Kaczyński powiedział, że „przyjdzie taki dzień, kiedy będziemy mieli w Warszawie Budapeszt”. Wiktorowi Orbanowi jako pierwszemu udało się przejąć władzę i na trwałe odebrać władzę postkomunistom, dlatego wzorowanie się na Węgrach stanowiło całkowicie zrozumiałą strategię w ramach walki o władzę. Gdy jednak władzę tę udało się wreszcie zdobyć, formacja Kaczyńskiego powinna była zacząć wzorować się nie na Budapeszcie, lecz na Bukareszcie, jako jednym z niewielu miejsc na politycznej mapie Europy, gdzie rządzący rozumieją logikę systemu podatkowego oraz wiedzą, jak z niego korzystać pomimo ograniczeń narzucanych przez międzynarodowe instytucje oraz zachodnie mocarstwa.

Drugi Budapeszt, nie Bukareszt

Dotychczasową politykę finansową Prawa i Sprawiedliwości można w zasadzie streścić jako wysiłki na rzecz zdobycia możliwie jak największych środków na realizację rozbudowanego programu socjalnego. Starania te są jednak dla ścisłego kierownictwa partii jak do tej pory niezadowalające, o czym świadczy, chociażby, niedawna dymisja Pawła Szałamachy oraz przejęcie jego obowiązków przez Mateusza Morawieckiego. Jak powiedział niedawno Jarosław Kaczyński: „[Morawiecki] Ma taką władzę, jaką chciał, i z niej będzie rozliczany. Oczywiście, nikt od niego nie oczekuje, że w ciągu roku zrealizuje cały swój plan, ale w tym czasie powinno być widać, czy on rusza”. Jeśli więc Mateusz Morawiecki zamierza spełnić oczekiwania swojego mocodawcy, powinien już dziś sprawić, aby z Warszawy zrobić „drugi Bukareszt”. Kaczyński będzie wymagał od Morawieckiego także tego, aby polski kapitał zaczął odgrywać zdecydowanie ważniejszą rolę w gospodarce. Jeśli chce to osiągnąć, powinien tak jak w Rumunii obniżyć VAT, co zapewniłoby zdecydowanie lepszą koniunkturę na rynku oraz większe zyski producentów. Od czasu wprowadzenia VAT-u przez rząd rzekomo liberalnego Jana Krzysztofa Bieleckiego w 1991 roku nie byliśmy jeszcze świadkami ani jednej obniżki stawek tego podatku. Początkowo wynosiły one 18 proc. i 5 proc., następnie zwiększono je do 22 proc. i 7 proc., w 2011 roku Donald Tusk ustalił je na obecnym poziomie, tj. 23 proc. i 8 proc. W czasie kampanii wyborczej Prawo i Sprawiedliwość rzuciło obietnicę obniżki VAT-u do poziomu sprzed 2011 roku, aby następnie wycofać się z niej zaledwie 2 miesiące po wyborczym zwycięstwie. Nie ulega wątpliwości, że hasło obniżonego VAT-u było jedynie pustym sloganem, który miał na celu przyciągnięcie wyborców. W rzeczywistości nikt w PiS-ie nawet nie zamierzał tego uczynić. W październiku Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który wcześniej ostro krytykował Rumunów za obniżkę stawek VAT-u oraz wieścił katastrofę budżetową, dokonał wreszcie korekty swoich szacunków przyznając, że PKB Rumunii urośnie w 2016 roku o ponad 5 proc. Będzie to najlepszy wynik w całej Europie, a w 2017 roku pozycja lidera będzie nadal niezagrożona. W ten sposób Rumuni pozbawili swoich przeciwników najważniejszego argumentu, który podnoszą wszyscy przeciwnicy cięć podatkowych pod każdą szerokością geograficzną. Pomimo tego oczywistego sukcesu, polskie władze wydają się jak do tej pory całkowicie ignorować doniesienia z Rumunii. Stymulowanie rozwoju przez obniżkę podatków przeczy bowiem absolutnym podstawom gospodarczych przekonań PiS-u. Wedle forsowanego obecnie modelu podstawowymi środkami służącymi gospodarczej pomyślności kraju są zaś przede wszystkim: progresja podatkowa, centralnie zarządzane programy, państwowe spółki i specjalne fundusze oraz sprawny system podatkowy. Przypadek Rumunii zwyczajnie nie mieści się w światopoglądzie Kaczyńskiego i Morawieckiego. I pewnie dlatego nikt do tej pory nie rzucił hasła zrobienia z Warszawy drugiego Bukaresztu.

Rzecz jasna, nie wszystko w Bukareszcie jest godne naśladowania, lecz w przypadku podatku VAT Rumuni stali się bohaterami na europejską skalę.

Autor

Najnowsze