-3.5 C
Warszawa
piątek, 2 grudnia 2022
Advertisement

Z Zachodem przeciw Wschodowi

Koniecznie przeczytaj

Podpisanie umowy handlowej między Unią Europejską a Kanadą (CETA) wiąże polską gospodarkę jeszcze silniej z krajami Zachodu, choć to Wschód wydaje się bardziej perspektywiczny.

Zmagania globalnych mocarstw w zakresie finansowym i gospodarczym nie bez powodu określane są mianem „walutowych wojen”. Wojny toczone przy użyciu wojsk są niezwykle kosztowne i wyniszczające, dlatego współczesne konflikty polegają przede wszystkim na tym, iż poszczególne państwa starają się zapewnić własnym walutom możliwie jak najsilniejszą pozycję na świecie. Ten, kto posiada walutę o największym zasięgu, ma jednocześnie do dyspozycji władzę nakładania podatku inflacyjnego na całą resztę świata. Podatek ten jest absolutnie kluczowy, gdyż nakładającym go pozwala osiągać przewagę technologiczną i gospodarczą nad resztą świata.

Kres dominacji

Państwa Zachodu dominują nad światem od kilku stuleci, lecz pozostałe potęgi nie śpią i czynią wszystko, aby zagrozić supremacji dolara i euro. Najbardziej energiczne w tym zakresie od ponad trzech dekad pozostają Chiny, które z ubogiego, wyniszczonego komunizmem kraju przerodziły się w głównego pretendenta do odebrania władzy USA. Wedle najnowszych prognoz gospodarka Państwa Środka mierzona przy pomocy produktu krajowego brutto prześcignie gospodarkę amerykańską już w 2018 roku.

Oprócz rosnącej potęgi gospodarczej Chin, Indii, Brazylii czy też innych regionalnych mocarstw, wielkim problemem wszystkich krajów Zachodu pozostaje demografia. Europejczycy, Amerykanie, ale także mieszkańcy Australii czy Kanady są coraz mniej skłonni do zakładania rodzin. Średnia dzietność w Unii Europejskiej wynosi obecnie ok. 1,48, podczas gdy zastępowalność pokoleń zapewnia dzietność na poziomie 2,1 dzieci przypadających na jedną kobietę. Aby się rozwijać, gospodarki krajów Zachodu muszą nieustannie przyjmować coraz to nowe rzesze emigrantów, które jednak coraz rzadziej przejawiają wolę integracji kulturowej. W rezultacie wiele państw całego Zachodu przeżywa obecnie bardzo poważny kryzys społeczny, którego przejawem jest m.in. lawinowy wzrost przestępczości.

Przywódcy świata Zachodu nie potrafią zatrzymać postępującego wyludniania się, dlatego ich wysiłki na rzecz zachowania uprzywilejowanej pozycji skupiają się nieodmiennie na tworzeniu wielkich politycznych bloków wymierzonych przeciwko przeżywającym wciąż eksplozję demograficzną i gospodarczą krajom rozwijającym się. Jednym z elementów tej skomplikowanej geopolitycznej gry jest właśnie CETA, czyli Kompleksowa Umowa Gospodarczo-Handlowa między Kanadą a Unią Europejską.

W czasie kampanii wyborczej przed wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych kandydatka z ramienia Partii Demokratycznej, Hillary Clinton, zapowiedziała w specjalnym przemówieniu dla finansistów czynienie intensywnych wysiłków na rzecz powołania do życia wielkiej strefy wolnego handlu dla całej półkuli zachodniej. Niedoszła prezydent Stanów Zjednoczonych zapowiedziała jednocześnie otoczenie Chin systemem wyrzutni rakietowych, wskazując tym samym na to, jaki jest plan działania zachodnich elit. Innymi słowy, Zachód chce przede wszystkim izolować Chiny gospodarczo (albo przynajmniej ograniczać ich wpływ) poprzez gospodarczą integrację swoich gospodarek i jednocześnie powstrzymać polityczną ekspansję Pekinu.

Dalsza integracja?

W polskich warunkach debata na temat CETA została niestety bardzo spłycona i sprowadzona wyłącznie do dyskusji na temat tego, czy warto otwierać polski rynek na żywność modyfikowaną genetycznie oraz czy postanowienia umowy nie sprzyjają zanadto ekspansji wielkich międzynarodowych korporacji. Choć kwestiom tym trudno odmówić doniosłości, w rzeczywistości decyzja o podpisaniu umowy o wolnym handlu z Kanadą sprowadzała się przede wszystkim do tego, czy Polska zamierza się ściślej integrować gospodarczo z Zachodem, czy też Wschodem. W dyskusji na temat CETA nie brakowało oczywiście także głosów tych, którzy naiwnie postrzegają umowę jako poszerzenie zakresu swobód gospodarczych, lecz zasadniczo w Polsce w dalszym ciągu brakuje odpowiedniej świadomości tego, że angażując się w tego rodzaju umowy, Polska angażuje się w polityczny projekt o bardzo poważnych konsekwencjach.

Podstawowym celem podpisywania tzw. umów o wolnym handlu jest wzmocnienie popytu na walutę państw zawierających porozumienie kosztem innych państw. Razem z TTIP (czyli analogiczną umową między USA a Unią Europejską) CETA ma zadanie stworzyć wielki blok handlowo-walutowy wymierzony przeciwko bardziej konkurencyjnym gospodarkom półkuli wschodniej. Wspomniane umowy mają postawić skuteczną tamę dla dalszej ekspansji krajów półkuli wschodniej oraz wzrastającej pozycji ich klasy średniej.

Rzecz jasna, najbardziej na tym rozwiązaniu zyskają dolar i euro, lecz na pewno nie złotówka. Na umowach o wolnym handlu zawieranych między walutowymi mocarstwami i mniejszymi krajami zyskują przede wszystkim te pierwsze, czego dowodem jest, chociażby obecność Polski w Unii Europejskiej. Warto pamiętać, że w ramach Planu Junckera Unia Europejska przekaże do końca 2017 roku korporacjom ze „starej Unii” łącznie aż 315 mld euro w ramach bezzwrotnej pomocy publicznej. Polskie firmy nie mają większych szans w starciu z dotowanymi przez mocarstwa podmiotami, dlatego dalsza integracja z Zachodem przyczynia się tak naprawdę do osłabiania polskiej gospodarki i podtrzymywania siły euro.

W rzeczywistości dalsze zacieśnianie więzów z Unią Europejską ma jedynie sens o tyle, o ile elity polityczne godzą się na to, aby ograniczyć suwerenność Polski na rzecz budowanego wciąż europejskiego superpaństwa. Demograficzny potencjał Europy nieustannie spada, dlatego jedyną szansę na dotrzymanie tempa Chinom stanowi dla Unii Europejskiej postępująca integracja i uczynienie z niej jednego, zarządzanego centralnie państwa. W Wielkiej Brytanii w porę zdano sobie z tego sprawę i dlatego społeczeństwo zagłosowało za opuszczeniem Unii, jednakże w Polsce ekipa rządząca kultywuje wciąż dość naiwną wizję Wspólnoty. Niedawno minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski ogłosił nawet swój program ratowania Unii Europejskiej, przedstawiając jej istnienie jako absolutnie kluczowe dla pomyślności Polski.

„Dobra zmiana” obrała, póki co, zdecydowanie proamerykański kurs w polityce zagranicznej, o czym świadczy chociażby sprowadzenie do Polski amerykańskich oddziałów oraz coraz bardziej wyraźne zaniedbywanie Nowego Jedwabnego Szlaku. Choć od kilku lat działa połączenie kolejowe między Chengdu a Łodzią, a wolumen handlu między Polską a Państwem Środka stale rośnie, w obecnej ekipie nie ma jednoznacznej zgody co do dalszego zacieśniania współpracy. Za taki stan rzeczy odpowiedzialny jest m.in. minister obrony narodowej Antoni Macierewicz, który zamiast sojuszu półkuli zachodniej przeciwko półkuli wschodniej doszukuje się sojuszu Chin, Rosji i Europy Zachodniej przeciwko Stanom Zjednoczonym. W rezultacie Polska traci swoją pozycję wobec Chin kosztem innych państw regionu (m.in. Węgier, Turcji).

Konsekwentne poszukiwanie protekcji Stanów Zjednoczonych oraz Unii Europejskiej przeciwko Chinom i Rosji nie jest oczywiście pozbawione wszelkich argumentów, niemniej jednak bardzo wiele przemawia za tym, że nawet umowy CETA i TTIP nie będą w stanie zmienić biegu wydarzeń oraz kresu dominacji Zachodu. Przygotowany niedawno przez McKinsey Global Institute specjalny raport pokazuje prognozowaną liczbę ludności największych aglomeracji miejskich na świecie oraz ich znaczenie gospodarcze. Uderzającą cechą tego raportu jest absolutna stagnacja ośrodków miejskich półkuli zachodniej. W 2025 roku w 600 największych miastach świata będzie wytwarzane aż 60 proc. światowego PKB, lecz najwięcej dynamicznie rozwijających się ośrodków będzie można znaleźć poza naszym regionem. W najbliższych latach czeka nas postępująca degradacja demograficzna i gospodarcza świata Zachodu. Uważane za niezwykle ludne ośrodki miejskie Chin czy Indii staną się jeszcze większe i bardziej konkurencyjne, z kolei duże europejskie miasta będą się stopniowo wyludniały i traciły na znaczeniu.

W świetle tego umowa CETA wydaje się wyjątkowo chybionym sposobem na zabezpieczenie sobie gospodarczej pomyślności.

Autor

Poprzedni artykułWady wirtualnego biura
Następny artykułEch, ta repolonizacja…

Najnowsze